sobota, 6 sierpnia 2016

Od Emilie

  Gdy Sam wrócił było mi łatwiej. W pracy dostawałam mniejszy wycisk, nie miałam tej pieprzonej papierkowej roboty tylko w końcu jakieś zlecenia. Gdy pojawiło się tajemnicze morderstwo na obrzeżach Chicago, potem zaginięcie małej dziewczynki Samanty i wszyscy inni kryminolodzy przestali sobie radzić ze sprawą bo była zbyt trudna i brutalna sięgnięto po moją pomoc. Gliniarze nic nie potrafili zrobić a FBI zupełnie nie zwracało uwagi na informacje świadków czy też nie zauważali ukrytych śladów na sprawcę. Gdy trafił mi się w końcu dobry współpracownik byłam wniebowzięta. Był upierdliwy, nachalny i nie miał granic by wypytywać o sprawy zupełnie dla kogoś prywatne czy intymne.
  Gdy wstałam od martwego ciała kobiety, zdaje się siostry zaginionej dziewczynki zdjęłam rękawiczki i nie odrywając wzroku od ciała zaczęłam analizować sytuację.
-Siniaki na szyi i nadgarstkach ewidentnie świadczą o usiłowaniu podduszenia. Jednak... gdy spojrzy się na brzuch, dłonie czy też szyję widoczne są cięcia ostrym narzędziem, zgaduję, że nożem. - ciągnęłam jakby znudzona. - Oczywiste. - wzruszyłam ramionami. - Napastnik napadł dwudziestolatkę, jednak co najdziwniejsze spodziewała się tego.
-Skąd to wiesz Sherlocku? -spytał Jared.
-Spójrz na to, w jaki sposób leży słuchawka telefonu stacjonarnego - wskazałam na przed pokój. - złapała szybko za nóż, drzwi nie wskazują na ślady włamania, wszystko jest na swoim miejscu.
  Jared parsknął i wyszedł a ja za nim.
-Nieźle jak na młodą dziennikarke.
-Kryminologa. - sprostowalam.
-Porzucilas zawód? - zaśmiał się. - Jednak nie jesteś taka doskonała.
-Jestem bardziej niż Ci się wydaje. - odparlam uśmiechnięta. - Ja skończyłam prace a Ty zdaje się masz jeszcze do przejrzenia strefę papierkową, wiec powodzenia. - uśmiechnęłam się i otworzyłam samochód.
-Suka.  - mruknął pod nosem Jared tak bym nie usłyszała.
  Wychylilam się z samochodu, blysnelam zębami i zadowolona przekrecilam kluczyki w stacyjce.
-Słyszałam!
  Pokręcił głową i wsiadł do swojego samochodu odpalając papierosa.
  Zadzwoniłam do Sama czy odebrał ze szkoły Richa, gdy okazało się ze na domiar tego mój syn nie wdał się w żadną bojke ze swoimi kolegami ze szkoły byłam w siódmym niebie.
  Weszłam do domu i zdjęłam z siebie płaszcz, gdy tylko go odwiesiłam zobaczyłam zza ściany jak Sam i Rich grają w GTA. Zaszłam ich od tyłu i przytulilam syna, który właśnie strzelał do jakiegoś gracza. Usiadłam między tą dwójką i wzięłam pada do ręki.
-Lekcje odrobione i obiad zjedzony.  - zapewnił Sam zanim spytałam.
  Uśmiechnęłam się i spojrzałam na niego.
-Dzięki. Ale to was nie uratuje, zaraz was rozwale.
-Myślałem, że będziesz zła jak dowiesz się ze gra w strzelanine. - odparł Sam.
-Przecież wiem, że gra w różne inne krwawe gry jak siedzi w swoim pokoju.
-Wcale nie! - odparł szybko Rich. - Ja nie przepadam za takimi grami... - mieszał.
  Roześmiałam się.
-To skąd masz takiego cela? - spytałam.
-Bo Sam mnie nauczył! W realu tez mnie nauczysz strzelać nie? - zwrócił się do Sama.
-Jak podrośniesz. - odparł z lekkim nie ukrywanym uśmiechem.
-No ale...!
-Bez dyskusji. - wtrąciłam nie odrywając wzroku od telewizora plazmowego. - Sam ma rację.
-Ale przecież... szybko bym się nauczył...!
-Najpierw popraw cel w grze bo jakoś nie widzę żeby Ci szło, widzisz! Właśnie przez nieuwagę jakiś gracz cie zastrzelił! Zobacz lepiej jak gra twoja mama! Właśnie ukradła mercedesa!
-Wcale nie gra lepiej ode mnie! - krzyknął oburzony Rich łapiąc mocniej za pada.
  Uśmiechnęłam się dumna.
-Wszystkich was zaraz pozabijam i się skońc... Ej! SAM! - krzyknęłam zła. - Czemu mnie zabiłeś?!
  Roześmiał się i odłożył pada na bok.
-Bo stałaś na środku ulicy...
-I musiałeś strzelić mi prosto w tego białego mercedesa bazuką?!
-Kusiłaś!
-Zabiłem Sama! - krzyknął Rich. - Teraz przeroslem mistrza!
-Przez moją nieuwagę młody. - zaśmiał się Sam.
-Kiedyś uda mi się Cię namówić na naukę strzelania... - mruknął odkładając pada. - Idę do Johna, mogę?
-Tak ale nie na długo.
-Przecież on mieszka trzy piętra wyżej...
-Ach, ten John.. dobra, leć. - machnęłam ręką a Rich wyszedł.
  Gdy spojrzałam na Sama nagle zgasło światło, cała dzielnica nagle straciła dostępność do elektryczności.
-Świetnie. - mruknęłam zła dalej wgapiając się w teraz już nie widocznego Sama.
-Znowu wyłączyli prąd. - jakby za mnie dokończył Sam.
  Wstał i zapalił trzy zapachowe świeczki w dwóch miejscach. Jedna w salonie gdzie siedzieliśmy, druga w kuchni a trzecia w przedpokoju. Wrócił do salonu i odłożył zapalniczke.
-Kusiłam? - spytałam z szerokim uśmiechem. - I dlatego mnie zabiłeś?
-Ten mercedes... - westchnął marzycielmarzycielsko i opadł na kanapę przypadkowo uderzając mnie łokciem w nos.
  Zaśmiałam się a on zaczął przepraszać.
-Sam nic ze nie stało, zrzucimy winę na brak elektryczności. - parsknelam i nie przestawalam trzymać się za nos.
-Chociaż pokaż czy go nie oszpeciłem, może zaraz Ci odpadnie jak Michaelowi Jacksonowi.. - zaczęłam się śmiać, odsunął dłoń od mojego nosa i spojrzał na niego przykładając świeczkę by lepiej widzieć.
- I jak? Nos do wymiany? -spytałam z lekkim uśmiechem.
-Nie sądzę, jest nadal piękny. - gdy to powiedział zamknął oczy i skrzywił się, jakby zaliczył gafę.
  Poczułam, że się rumienię. Zaśmiałam się pod nosem i dotknęłam palcem wskazującym jego policzka.
-Ziemia do Sama, odbiór. - szepnęłam.
  Otworzył oczy powoli, jakby czegoś się obawiał. Patrzyłam w nie z lekkim uśmiechem.
-Przepraszam, nie powinienem.
  Położyłam mu dłoń na policzku bojąc się każdego kroku. Przegryzłam wargę.
-Coś jak zakazany owoc, prawda? - spytałam szeptem, jakbym chciała ukryć to pytanie przed całym światem. Jakby było to tak prywatne pytanie, że chciałam właściwie spytać o to samą siebie.
  Nie czekając na odpowiedź, która dobrze już znałam, wstałam powoli odrywając dłoń od jego policzka. Stanęłam na kanapie i zwinnie i zgrabnie zeszłam z niej, natomiast gdy zeskoczyłam na śliskie panele prawie się zabiłam.
-Cholerne panele. - warknęłam i poszłam do kuchni po coś ciepłego.
  Świeczka która paliła się na blacie w kuchni dalej płonęła, zrobiłam sobie kakao i oparłam się o blat.
  Dopiero po chwili usłyszałam zamykane drzwi i wchodzenie po schodach. Wiedziałam, że to Rich. Jednak zapomniałam o tych cholernych schodach, które były kręte i śliskie, po chwili usłyszałam huk, jak syn spadł ze schodów. Odłożyłam kubek i pobiegłam do miejsca z którego dobiegał hałas.
  Sam dopiero po chwili podszedł do mnie i wpatrywał się we mnie dziwnie, a ja przy schodach zupełnie nic nie widziałam.
-Co się stało? - spytał Sam wyraźnie zaniepokojony.
  Zakryłam twarz w dłoniach głośno, ciężko wzdychając.
-Słyszałam jakby Rich spadł ze schodów...
-Ja nic nie słyszałem... może się połóż Emi?
-Nie... to przez pracę. Jest tyle morderstw teraz... jakiś mężczyzna porwał dziewczynkę... dziesięciolatkę... zabił jej siostrę... mam omamy,  boje się o Richa... ze mogę go stracić...
-Nie stracisz. - przyciągnął mnie do siebie i objął.
-To taki okres tej pracy... przejdę to...
-Pewnie, że przejdziesz. - spojrzałam na Sama, który uśmiechał się lekko do mnie.
  Odwzajemniłam uśmiech.
  Zapaliło się światło i było o niebo lepiej.
-Wkońcu... - westchnęliśmy w tym samym momencie.
  Spojrzałam mu w oczy i jakby mnie coś uderzyło, jakby prąd elektryczny przebiegł po moim ciele. Sam najwyraźniej poczuł podobnie, bo wzdrygnął się. Znowu był ten nie okiełznany pociąg do siebie nawzajem. Sam ścisnął mnie mocniej, nie odrywaliśmy od siebie wzroku. Gdy mieliśmy się ku sobie Sam w porę odsunął usta od moich które były bardzo niebezpiecznie blisko siebie. Zaśmiałam się pod nosem i przejechałam mu dłonią po szyi.
-No tak... zakazany owoc. - przegryzłam wargę, westchnęłam ciężko i wyrwałam się mu z objęcia.
  Bez słowa poszłam na górę. Zobaczyłam czy młody śpi, przykryłam go kołdrą i pocałowałam w czoło. Po chwili zrobiło mi się nieco słabiej, znów ciśnienie. Po chwili zaczęła szaleć burza, Rich wszedł do mojego pokoju i położył się obok mnie. Objęłam go i poczekałam aż zaśnie bo sama nie mogłam spać.

  Rano obudziłam się nieco później, co wskazuje na to ze dziś sobota i mam wolne. Rich smacznie spał wtulony we mnie, zobaczyłam, że w moim telefonie w lewy górny róg świeci się na niebiesko, wzięłam telefon do ręki manewrując tak by nie obudzić syna i przeczytałam SMS'a od Sama który, jak się właśnie okazało pojechał do Deana i jeszcze dziś postara się wrócić.
  Cieszyłam się, że mnie informował o tym kiedy wróci i gdzie jest... czułam, że o mnie pamięta i ma świadomość że się... martwię...
  Wstałam tak by nie naruszyć śpiącego Richa i na boso po cichutku zeszłam do kuchni by zrobić mu śniadanie. Ja zjadłam szybkie naleśniki a gdy usłyszałam dreptanie młodego powitałam go uśmiechem. Wyglądał uroczo, jego blond włoski były rozczochrane na wszystkie strony a szedł z prawie że zamkniętymi oczami. Usiadł przy blacie na stołku.
-Obudziłaś mnie. - mruknął niezadowolony.
-Przepraszam skarbie. - przeprosiłam podając mu talerz z nalesnikiem i owocami.
-Nawet pysznościami mnie nie przekabacisz. - odparł grożąc widelcem.
-Ach tak? - spytałam z uśmiechem. - Co powiesz na nutellę albo bitą śmietanę do pyszności na talerzu?
-Przemyśle to. - odparł poważnie.
  Zaśmiałam się i podałam mu nutellę i śmietanę. Od razu rozpogodniał.
-Ale Sam robi o wiele ciszej śniadania niż Ty, mamo.
-Tak? - usiadłam na blacie i sama zaczęłam jeść. - Polubiłeś go. - zauważyłam.
-No. - wzruszył ramionami nakładając sobie monstrualne łyżki nutelli. - Jest dla mnie jak tata... nie  chce żeby to się zmieniło. Lubie go bardzo. Ty też,  prawda?
  Spuściłam wzrok na talerz i uśmiechnęłam się lekko.
-Tak. Lubię.
-Nie zostawi nas... prawda? Jak Dean? - gdy spytał o to zupełnie szczerze serce mi drgęło. 
  Zeskoczyłam z blatu i odłożyłam talerz na bok. Usiadłam obok syna i objęłam go ramieniem.
-Sam taki nie jest.
-Wiem. Ale chodzi mi o to... ze nie pozwolimy mu na to...? Ty nie pozwolisz mu odejść? To znaczy... my nie pozwolimy mu odejść...?
  Uśmiechnęłam się szerzej i przytulilam Richa.
-Nie. Nie pozwolimy synku.
-To ekstra. - uśmiechnął się momentalnie i zaczął jeść. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz