wtorek, 2 sierpnia 2016

Od Emilie

  Zaskoczona wpatrywałam się w Sama, który nie wyglądał tak jak po opętaniu Lucyfera. Ściskałam w prawej dłoni list od matki, byłam czerwona od łez a moje rzęsy mokre od dwu godzinnego płaczu. Nie wiedziałam co to ma znaczyć, dlaczego Dean odszedł, na dodatek by pomóc Samowi a jest on zupełnie normalny i co najdziwniejsze - jest tutaj - bez eskorty Lucyfera czy innego demona.
  Wpatrywałam się w niego podejrzliwie, nie mogłam wpuścić to kogoś opętanego, przecież mam w domu pięcioletniego synka, który co prawda jest teraz w przedszkolu. Tak... zaczęłam żyć normalnie, unikając tematów nadprzyrodzonych. Zniszczyły mi życie, Richowi mogą również spieprzyć dzieciństwo, więc starałam się unikać różnych dziwnych stworzeń i istot. Przede wszystkim demonów.
-Co tu robisz? - spytałam w końcu, po dłuższej, nieprzerwanej ciszy.
-Lucyfer mnie wypuścił.
-Jak to cię ''wypuścił''?
-Widocznie do ciebie coś ma...
  Spojrzałam mu w oczy i wzięłam jego dłoń w swoje. Spojrzał na mnie dziwnie i po chwili pozwoliłam mu wejść. Zamknął za sobą drzwi i patrzył na mnie jakby szukał w moich oczach wyjaśnień.
-Przez dotyk mogłam stwierdzić obecność mojego ojca... - odparłam ciszej niż to było zamierzone.
-Czyli... Lucyfer to twój ojciec?
-Tak. - kiwnęłam głową powoli. - Wiesz chociaż gdzie jesteś?
-Nie za bardzo.
-Chicago.
-A gdzie Dean?
-Nie ma. - odparłam obojętnie.
-A niby gdzie jest?
-Sama chciałabym wiedzieć. - zaśmiałam się pod nosem, a potem spoważniałam. - Możesz się tu zatrzymać... o trzynastej jadę odebrać Richa z przedszkola, więc możesz tu zostać.
-Dzięki.
  Uśmiechnęłam się do niego promiennie.
-Głodny może? Spragniony?
-Dziwne, ale nie. Dziękuję.
  Usiadłam obok niego na kanapie, czułam, że ma wiele pytań w głowie.
-Co chciałbyś wiedzieć? - spytałam z lekkim uśmiechem.
-Czy Dean... nie wpakował się w kłopoty? Znowu?
-Nie wiem, Sam... nie mam z nim kontaktu. Zostawił wiadomość, że odchodzi i już.
-To nie w jego stylu, żeby odchodzić od tak...
  Wzruszyłam ramionami.
-Wiesz... nie chodzi o mnie ale o dziecko. Mamy syna, chcę żeby chociaż widywali się raz na tydzień czy miesiąc...
-Rozeszliście się?
-Nie. Ja odeszłam w normalniejsze życie dla Richa. Chcę go wprowadzić do życia dziecka, żeby nawiązał przyjaźnie, dopóki jeszcze moce... się nie zaczęły ujawniać... A musi mieć ojca, ma go, nie umarł. Zostawiłam list w naszym byłym domu że może sobie odchodzić ale mam nadzieje, że będzie odwiedzał syna. Wiesz... myślę, że to coś co było między nami wygasło, jeśli chodzi o Deana. Muszę myśleć o wychowaniu syna a nie o tym, czy Dean kiedyś wróci i czy jeśli w ogóle to w całym kawałku.
-On wróci, zawsze wraca. I na pewno cię kocha, Richa też.
-Sam... gdybyś miał rodzinę... syna... zostawiłbyś ich i sobie gdzieś jeździł? Ja rozumiem że chciał cię ratować ale mógł poprosić mnie o pomoc. Jestem córką Lucyfera... mogę zrobić więcej niż się wydaje.
-Działa na własną rękę... ale czemu nie wrócił? I co robi i gdzie jest?
-Niestety nie wiem. Nie zamartwiam się tym już. Gdy wróci nie będzie tak łatwo, niech nie myśli, że za każdym razem tak będzie. Na razie ma syna i musi go chociaż odwiedzać i udawać, że on go obchodzi...
  Zadzwonił telefon. Odebrałam, pani z przedszkola...?
  Rzuciłam się zaraz po kurtkę. Rozłączyłam się i ubrałam buty, złapałam kluczyki od samochodu.
-Wrócę niedługo.
-Co się stało? - krzyknął za mną jeszcze.
-Później wyjaśnię.

  Gdy weszłam do budynku przedszkolanka trzymała mojego syna za rękę, dosyć mocno. Zdenerwowana podeszłam do niej i grzecznie kazałam jej puścić Richa. Naskoczyłam na nią, oczywiście jak się okazało, był poważniejszy problem.
-Pani syn jest... oczywiście lubianym chłopcem, ma wielu przyjaciół ale jest niezwykle niemiły dla pewnego chłopca...
-Co takiego dokładnie się stało?
-Mamo to nie chcący... - mruknął pod nosem Rich, a ja tylko pogłaskałam go po głowie.
-Nie widziałam zajścia ale chłopiec z płaczem przybiegł z zakrwawionym nosem, powiedział, że chłopiec go dotknął. Pomyślałam, że po prostu Rich uderzył chłopca zabawką w nos... oczywiście wzięłam chłopców na rozmowę ale obydwoje mówili inne wersje.
-Przepraszam... to się więcej nie powtórzy...
-Proszę pani... - zatrzymała mnie jeszcze. - Chłopcy nie darzą siebie wielkim uczuciem... nie przepadają za sobą od dnia gdy się spotkali... wszyscy lubią Richa ale ten chłopiec i jego kilku kolegów po prostu mają coś do pani syna. Nie wiem co się stało między nimi... może pani uda się czegoś dowiedzieć.
  Kiwnęłam głową i bez słowa wsiadłam do samochodu z Richem. Siedział z tyłu wpatrując się we mnie zupełnie zmieszany. Ja oddychałam głęboko i powoli z zamkniętymi oczami. Starałam się uspokoić. Nie sądziłam, że zacznie się to tak szybko. Nie możliwe, by moce objawiły się teraz.
-Mamo... nic mu nie zrobiłem... - zaczął. - Zabrał mi samochód i nie chciał oddać... złapałem go za rękę i...
-Uderzyłeś go? - spytałam oschle.
-No... nie...
-Rich, uderzyłeś czy nie, to ważne?! - krzyknęłam nagle.
  Wystraszył się. Miał łzy w oczach, próbowałam się uspokoić.
-Dobrze... przepraszam... powiesz mi w domu dobrze? - powiedziałam łagodniej. - Na spokojnie.
  Kiwnął głową i ruszyliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz