Wpadłem do biura jak szalony. Było już po 21, więc mało kto kręcił się w środku, lecz paru ludzi widzących mój stan, odsuwali się z przestrachem. Jazda windą ciągnęła się wieczność. Facet w garniaku przypatrywał mi się ciekawie.
- Co się pan tak patrzysz? - warknąłem, a on wzdrygnął się i odwrócił posłusznie wzrok.
Gdy tylko drzwi się odsunęły, pierwsze co zobaczyłem to przerażone oczy Alexandry. W pomieszczeniu nikogo nie było, więc bez krępacji podbiegła do mnie pospiesznie.
- Dominic posłuchaj..! - starała się mnie zatrzymać - On naprawdę nie mógł przyjechać. Wypadło mu naprawdę pilne spotkanie.
- O widzę, że przeszliście już na 'ty'? - odezwałem się sarkastycznie.
Zaskoczona zamilkła. Wykorzystałem okazję i odepchnąłem ją brutalnie. Stanąłem przed salą konferencyjną. Usłyszałem dobiegające ze środka głosy.
Sceneria się nie zmieniła. Wszystko wyglądało tak samo jak parę godzin temu, z wyjątkiem tego, że ludzie byli inni, a ojciec nie siedział, tylko chodził poddenerwowany.
- Miał zadzwonić o 19, jest 21...
Przerwał gdy zauważył jak wpadłem do środka. Alexandra wbiegła za mną, łapiąc mnie za ramię.
- Panie McKagan próbowałam mu wytłumaczyć, tak jak poprzednim razem, ale..
- W porządku Alexandro - odparł - Możesz zająć się swoją pracą.
Aha no i zmieniło się jeszcze jedno. Ludzie nie wpatrywali się w swoje papiery, tylko gapili się bezczelnie dla mnie.
- Narysowała dla ciebie nawet twój portret... Chciała ci go dziś dać - wysyczałem.
Zerknął na niego obojętnie.
- W porządku, połóż na stole.
Zagotowało się we mnie.
- Mówiłem ci to już, ale powiem jeszcze raz. Twoja własna córka myśli, że jej nie lubisz. Próbuje do ciebie w jakiś sposób dotrzeć. Czemu jej do cholery nie słuchasz? Czemu chociaż raz nie jest dla ciebie najważniejsza? - krzyknąłem wściekły, a paru ludzi siedzących przy stole wzdrygnęło się mimowolnie - Czekała dziś na ciebie! Była taka szczęśliwa, że przyjedziesz.
- Wrócimy później.. - wstał powoli któryś z nich, ale ojciec machnął ręką.
- Spokojnie, nic nie szkodzi. Zostańcie - powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Patrzył na mnie przez chwilę w milczeniu.
- Dla kogo ten teatrzyk? - spytał.
Rozłożyłem ręce.
- Dla ciebie.
Włożył ręce do kieszeni spodni i odparł.
- Wie, że się o nią troszczę.
- Tak, a kiedy ostatnio...
- Może naprawdę... - wstał ten sam człowiek co wcześniej chcąc wyjść, lecz ojciec nie spodziewanie krzyknął.
- Siadać do cholery! Natychmiast! - po czym po chwili zwrócił się do mnie - I wie że ją kocham. Posługujesz się tym słowem, ale w ogóle nie wiesz co znaczy - mówił coraz szybciej.
- Może i nie wiem... Ale Sophie też nie - wysyczałem.
- Zabezpieczyłem jej życie. I twoje.
- To nie znaczy że możesz je niszczyć postępując w ten sposób! - krzyknąłem.
- Jak śmiesz tak do mnie mówić?! Przyjechałeś sobie samochodzikiem, niczym nie musisz się przejmować, za nikogo nie jesteś odpowiedzialny! Myślisz że ja nie czuję tego samego co ty?! Tak myślisz? - krzyczał - Dobrze wiesz, jak ciężko mi tam wracać!
Po dłuższej chwili wyszeptałem.
- To nie ty go wtedy znalazłeś, tylko ja.
Zapadła cisza. Ludzie zmieszani wpatrywali się w siebie nawzajem i w swoje ręce. Ojciec ilustrował mnie spojrzeniem. Po chwili zrezygnowany mruknąłem.
- Jesteś tragicznie ślepy, że reszta twoich dzieci umrze na twoich oczach. Albo pójdzie do burdelu, tak jak Sarah.
- Ty cholerny... - zaczął i szybko szedł w moją stronę. Ludzie stanęli nam na drodze powstrzymując mnie i jego. Ostatnią siłą woli, zmusiłem się, by nie przemienić się teraz, przy tych wszystkich osobach. Do środka wpadła Alexandra.
- Dominic! - krzyknęła - Wyjdź! Wyjdź w tej chwili!
Nie sprzeciwiałem się. Rzuciłem portret tego sukinsyna na podłogę i wybiegłem pospiesznie z sali.
Gdy wracałem, szalała we mnie burza. Najchętniej wróciłbym tam i potraktował go, tak jak Sare kiedyś.
Gdzieś obok rozdzwonił się telefon. Nie przejąłem się tym, tylko dodałem gazu.
Pod domem znalazłem się dość szybko, choć dochodziła powoli 23. Musiałem ochłonąć. Wiedziałem, że prawdopodobnie wszyscy już śpią, lecz jeśli Sophie jakimś cudem zobaczy mnie w takim stanie...
Schowałem twarz w dłoniach. Weź się w garść chłopie - pomyślałem i wysiadłem z volkswagena.
Wszyscy już spali - wszyscy rzecz jasna prócz Kath, która czekała na mnie w moim pokoju.
- I jak? - wyszeptała, lecz zamilkła widząc moją minę. Bez słowa usiadłem obok niej. Przez okno wpływało ciepłe, letnie powietrze, a księżyc standardowo oświetlał cały mój pokój.
Nie wiem ile tak siedzieliśmy w milczeniu. Sam z siebie zacząłem mówić.
- Wiem, że może to głupie. Że tak się tym przejmuje. Ale Sophie.. - zaciąłem się - Ja po prostu chce żeby miała ojca. Żeby czuła się kochana.
- Dominic ona jest silniejsza niż ci się wydaje - szepnęła i dotknęła mojego ramienia.
- W sumie masz racje - westchnąłem.
- Ja zawsze mam racje - odparła.
Zerknąłem na nią powoli. Uśmiechnąłem się lekko.
- Oczywiście.

I wtedy coś się ze mną stało. Nie wiem czy to przez to że emocje które zawsze tak dobrze skrywałem a wymknęły mi się ostatnio spod kontroli. Czy chciałem odreagować. Czy po prostu poddałem się temu dziwnemu przyciąganiu, któremu zawsze się opierałem.
Nachyliłem się szybko.
I pocałowałem ją lekko.
Była tak zaszokowana, że zacisnęła na kilka sekund usta. Rozbawiła mnie myśl, jak musiało to wyglądać. Po chwili jednak zmiękła i rozwarła je lekko. Całowałem ją z początku ostrożnie, a później zupełnie się w tym wszystkim zatraciłem. Czułem, jak wplata mi rękę we włosy i po chwili odwzajemnia pocałunek z taką samą pasją. Przebywałem z nią tak blisko że instynktownie jej zapach pół wampirzycy zaczął parzyć mnie w nozdrza, jednak zignorowałem go.
Kompletnie nie panując nad sobą, objąłem ją mocniej i pozwoliłem by opadła na plecy. Pochyliłem się nad nią i całowałem coraz mocniej.
Nagle poczułem jej lodowate ręce na moim rozpalonym brzuchu i to podziałało na mnie niczym kubeł zimnej wody. Zamarłem i ciężko dysząc przeniosłem zaszokowany wzrok z niej na widok ciemnego lasu za oknem.
Wstałem tak gwałtownie, że zwykłemu śmiertelnikowi co najmniej zakręciłoby się w głowie. Przeczesałem sobie ręką włosy i odetchnąłem sfrustrowany.
Kath nie ruszała się. Wpatrywała się we mnie wielkimi oczami oddychając szybko.
- Przepraszam - odparłem zmieszany - Nie wiem co we mnie wstąpiło.
Nie odzywała się.
- Czekam aż dasz mi w twarz - uściśliłem mrużąc oczy.
Przełknęła ślinę i odparła.
- To się nie doczekasz, bo nie zamierzam tego zrobić - szepnęła.
Zapadła cisza. Słyszałem oddechy pozostałych domowników.
Po dłuższej chwili mruknąłem.
- Muszę... Muszę już iść na patrol.
Oboje wiedzieliśmy, ze moja zmiana zaczyna się dopiero za 2 godziny.
- Oczywiście - odparła z przekąsem, powtarzając moją kwestie sprzed parunastu minut po czym odwróciła się gwałtownie i przykryła kołdrą.
Stałem tak wpatrując się w jej plecy przez parę długich chwil.
- No na co czekasz? - warknęła nie odwracając się - Zamierzasz długo tu jeszcze stać?
Wzdrygnąłem się. Bez słowa zamknąłem cicho drzwi i wyszedłem na zewnątrz.
Nie przemieniłem się od razu w wilka. Chciałem jeszcze przez parę chwil pobyć sam ze swoimi myślami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz