wtorek, 2 sierpnia 2016

Od Dominica

  Do Seattle dojechałem wyjątkowo szybko. Modliłem się w duszy, żeby ojciec dał radę wyjść. Mi był szczerze obojętny, ale Sophie tak by się ucieszyła, gdyby się pojawił..
Szybko wjechałem na górę. Widząc mnie Alexandra stanęła mi pospiesznie na drodze. Nie miałem dużo czasu, szczerze powiedziawszy w ogóle go nie miałem. Gdybym chciał dojechać punktualnie o 17 musiałbym teraz szybko wciągnąć ojca do samochodu i pędzić 200 na godzinę. Dlatego tym bardziej się zirytowałem, gdy zatrzymała mnie sekretarka.
- Dominic, nie możesz teraz wejść. Ojciec ma spotkanie. Będzie gotowy za godzinę.
- Za godzinę? - wysyczałem - Wiedział, że przyjęcie zaczyna się o 17.
Alexandra rozłożyła ręce.
- Przypominałam mu dziś o tym.. - urwała widząc moją minę, lecz po chwili pospiesznie dodała - Powiedział, że nic się nie stanie jak spóźni się godzinę.
- Jaką godzinę? - odparłem wściekły - Dojedziemy tam w najlepszym przypadku na 19.
- Przykro mi.. - mruknęła
- Posłuchaj mnie - odparłem - Mała ma dziś urodziny i nie pozwolę mu jej ich schrzanić.

image

I zanim zdążyła zareagować minąłem ją i poszedłem szybkim krokiem do sali konferencyjnej. Jako dziecko bawiłem się w niej z Jose.. Pamiętam jak robiliśmy z kartek z drukarki samolociki i ślizgaliśmy się po ogromnym stole. Ojciec nie złościł się, a wręcz przeciwnie czasem nawet bawił się z nami.
Takiego go chciałem zapamiętać. Roześmianego. Szczęśliwego. Gdy zaczynał w tej firmie jako zwykły asystent. Może nie mieliśmy wtedy dużo pieniędzy, ale przynajmniej był z nami.
A teraz... Był zgorzkniały i obojętny. A ja nie miałem pojęcia, jak go zmusić żeby zainteresował się chociaż Sophie.
Słyszałem za sobą protesty Alexandry, lecz bez słowa odnalazłem właściwe drzwi i pchnąłem je wchodząc do środka.
Masa elegancików siedzących przy stole odwróciła się w moją stronę. Ojciec oczywiście siedział u samego szczytu dobrze znanego mi, ogromnego stołu. Na ścianie za nim właśnie wyświetlana była prezentacja jednego z jego podwładnych.
- Alexandra nie przekazała ci, że kończymy za godzinę? - spytał obojętnie.
- Owszem, przekazała mi - wysyczałem - Ale nie przyjąłem tej informacji. Ubieraj się natychmiast i jedziemy - zakomunikowałem, czując, że stąpam po kruchym lodzie.
Ojciec podniósł szklankę do ust i przełknął spory łyk wody. Przypatrywał mi się z chłodnym zainteresowaniem. Eleganciki starały się dyskretnie nie patrzeć w naszą stronę udając, że są zajęci przeglądaniem papierów.
- Wracaj do domu - odparł po chwili - Dojadę do was na 20.
- Na 20? - spytałem oniemiały. Poczułem jak wszystko się we mnie gotuje, a dreszcze przechodzą mi po kręgosłupie. Nie teraz Dominic, nie teraz - powtarzałem sobie w myślach.
- Dobrze, będziemy czekać - odparłem uspakajając się. Wyczułem nutę szczerości w jego głosie - Ale jeśli nie przyjedziesz...
- Przyjadę - uciął i wrócił do omawiania prezentacji.
Odwróciłem się i wychodząc trzasnąłem drzwiami.
Miałem mętlik w głowie. Czy powinienem mu zaufać? Wiedziałem, że Sophie miała ogromną nadzieje, że po paru miesiącach w końcu zobaczy swojego ojca. Widziałem czasem jak szkicowała jego portret w swoim małym notatniku. Wyznała mi dawno temu, że robi to, bo boi się że w końcu zapomni jak wygląda.
Wróciłem do Clearwater. Do balustrady ktoś przyczepił balony. Dziadek siedział na zewnątrz na ławce paląc papierosa. Obok niego stali Matt, Carl, Alberto i Cody.
- No i gdzie nasz wielki pan biznesmen? - spytał sarkastycznie dziadek - Ha! Wiedziałem, że nie przyjedzie.
- Przyjedzie - odparłem zaciskając zęby - O 20.
- Już to widzę - odparł Toby. Matt zerknął na mnie. Albo mi się zdawało, albo zobaczyłem w jego oczach cień współczucia.
Z domu wybiegła Sophie, a za nią jej jedyna przyjaciółka. Mała była wyjątkowo nieśmiała. Zwierzyła mi się kiedyś, że inne dzieci uważają ją w szkole za dziwaczkę, bo zaczem zdarza jej się 'odpływać' i nie słyszy kogoś, jeśli do niej mówi. Parsknąłem śmiechem na to wspomnienie.
Widząc, że jestem sam na jej twarz wstąpił ogromny zawód.
- Tata przyjedzie - powiedziałem pospiesznie - Tylko musi pozałatwiać parę spraw... Będzie na 20.
Zacisnęła usta lecz grzecznie pokiwała głową. Złapała swoją przyjaciółkę za rękę, chyba Rebekę (?)  i pobiegły do środka.
Kath i mama kręciły się w domu i przynosiły różne rzeczy na stół dla gości. Chłopaki weszli za mną środka. Isabella też starała się pomóc, lecz wyglądała naprawdę dziwnie. Nie było z nią w tym momencie chyba tak źle. Może to tylko zwykłe przeziębienie? Chciałbym w to wierzyć.
- Twój ojciec naprawdę przyjedzie czy wzbudzasz w Sophie niepotrzebną nadzieje? - spytała mnie z wyrzutem, pojawiwszy się znikąd Kath.
- Powiedział, że będzie... - mruknąłem, jednak sam w to nie za bardzo dowierzałem.
- Cóż... Chyba nie będziemy czekać na niego do 20? Sophie taktownie tego nie powie, ale wydaje mi się, że chciałaby już zdmuchnąć tort.
- Masz rację - pokiwałem głową - Przynieśmy go.
Mała oczywiście chciała poczekać do 20, lecz zdradziły ją oczy gdy Kath przyniosła piękny tort. Nieśmiało podeszła do niego. Wszyscy zgromadzili się wokół stołu.
- Pomyśl życzenie - szepnęła do niej Kath, lecz dzięki mojemu wyostrzonemu zmysłowi mogłem ją usłyszeć.
Gdy mała zdmuchnęła świeczki, zaczęliśmy bić brawo i śpiewać jej 'sto lat'. Nie byłem dobrym piosenkarzem, więc Kath słysząc mnie parsknęła śmiechem. Mrugnąłem do niej i śpiewałem dalej. Sophie była czerwona jak piwonia, lecz wyjątkowo zadowolona.
Później wszyscy zaczęli jej składać życzenia i dawać prezenty. O 18 Matt musiał wyjść, ale przyszli Hugo i Flynn.
- Cześć Kathie - uśmiechnął się złośliwie Hugo
- O proszę kogo my tu mamy - mruknęła - Najbardziej zapatrzony w siebie mięśniak w Clearwater.
Parsknąłem śmiechem.
- No widzę, że chociaż ty je doceniasz - odparł.
- Co doceniam? - spytała zdezorientowana Kath.
- Moje piękne mięśnie - odparł i pocałował swoje napięte ramię.
- Myślę, że jednak bardziej docenia Dominica - wtrącił Flynn.
Przewróciłem oczami, a Kath spłonęła rumieńcem. Roześmiałem się i zerknąłem na zegarek.
Dochodziła już powoli 20.
Starałem się niczego po sobie nie pokazywać. Ani gdy była już 20.10. Ani 20 minut później. Wmawiałem sobie, że jeszcze ma czas. Że zaraz się pojawi.
Jednak o 20.40 widząc ogromny zawód na twarzy Sophie, triumfującą minę Toby'ego i zaciśnięte usta mamy, postanowiłem, że dłużej nie będę tego tolerować. Wściekły ruszyłem w kierunku samochodu.
- Dominic! - krzyknęła za mną Kath - Tak Sophie nie pomożesz. Gdzie jedziesz do cholery?!
- Rozmówię się z nim raz na zawsze - odparłem i wsiadłem do samochodu. To nie mogło mu ujść na sucho.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz