czwartek, 4 sierpnia 2016

Od Dominca

 Gdy tylko Bella wyszła z pokoju zaczęły się gorące dyskusje.
- W podaniach nie ma nic na temat kobiety- wilka - mruknął dziadek Cody'ego.
- Ale teoretycznie wilkołak podczas pełni może ugryźć każdą osobę - wstawił się za Bellą Toby. Wiedziałem, że będzie jej bronił jak lew.
- Ale jak wy sobie to wyobrażacie? - burknął niespodziewanie Alberto. Ze zdziwienia otwarłem oczy. Zawsze był wyjątkowo zamknięty w sobie, cichy i poważny. Czasem pożartował, ale generalnie zawsze dostosowywał się we wszystkim pod Matta. W końcu byli najlepszymi przyjaciółmi.
- W sensie? O co ci chodzi? - mruknąłem.
- Jak to wszystko będzie funkcjonować. Nasze prywatne myśli...
- Masz coś do ukrycia? - zainteresowałem się.
- Spokój - przerwał Toby -  Jestem pewien, że da się to załatwić. Jeśli Isabella będzie chciała tylko dołączyć do watahy, ustawimy jej patrole tak, byście nie obejmowali ich razem.
- Patrole? - tym razem to ja wybuchnąłem - Nie można jej obciążać czymś takim. Czy to w ogóle można jakoś wyleczyć? - zwróciłem się w stronę matki Matta.
Westchnęła.
- Dominic, dobrze wiesz, że tego nie da się cofnąć.
Zapanowała cisza. Chyba nikt z nas nie wyobrażał sobie w stadzie wilczycy. Miało dojść na pewno do mnóstwa krępujących sytuacji.
Hugo zawsze żartujący z wszystkich i z wszystkiego teraz siedział wyjątkowo milczący. Wiedziałem dobrze o czym myśli. Rozumiał Belle, bo sam w ten sam sposób stał się kim się stał.
- Myślę, że na razie Isabella powinna zostać u nas - popatrzył po wszystkich Tobby - Mamy odpowiednie warunki,a dzieciaki dobrze się znają - spojrzał na mnie znacząco.
Przewróciłem oczami za te 'dzieciaki'.
- Mogę ją jutro zbadać - zaoferowała się matka Matta - Do normalnego lekarza raczej już nie pójdzie.
- I wcale nie jest powiedziane, że będzie chciała do nas dołączyć - wtrącił Matt - Może wybrać swoją własną ścieżkę.
Zapadła cisza. Po chwili jednak wszyscy zaczęli rozmawiać o zupełnie zwyczajnych sprawach.
- Mama pyta, czy ktoś nie jest głodny, lub nie chciałby się czegoś napić - mruknęła cicho przybita Sophie. Wiedziałem, co ją martwi, jednak postanowiłem rozprawić się z tym problemem później.
- Susanne, chętnie bym się czegoś napił - zwrócił się do mojej matki dziadek Cody'ego i zawtórował mu ojciec Matta. Jego żona zerknęła na niego z przyganą. Flynn, Carl i Hugo najbezczelniej w świecie weszli do MOJEJ kuchni i zaczęli szperać w MOJEJ lodówce. Zirytowałem się odrobinę, ale gdy zobaczyłem z jakimś zapałem Flynn gotuje parówkę, parsknąłem śmiechem.
- Dziadku - zacząłem (nie wolno mi było zwracać się do niego po imieniu) - Maria pewnie bardzo niepokoi się o Bells.
- Ach no tak - mruknął - Wyjdę na zewnątrz i zadzwonię do niej.
Odetchnąłem z ulgą. Maria nie pozwoliłaby mi odejść od słuchawki, póki nie zdałbym jej szczegółowych relacji jak znalazłem Isabellę i jak się czuje, i przez godzinę musiałbym jej opowiadać o głupotach m.in. jaki ręcznik dostała by wytrzeć się po wyjściu z prysznica.
- Donato wraca - powiedział nieoczekiwanie Alberto.
- Jak to?! - krzyknął ucieszony Hugo z pełną gębą MOICH chipsów.
Mama w tej samej chwili ustawiła szklanki dla gości. Dyskutowali między sobą o czymś. Po chwili przysłuchiwania stwierdziłem raczej, że nie o czymś lecz o 'kimś'. Podekscytowani zastanawiali się 'co wyjdzie' z 'tej dziewczyny'. Dziadek Cody'ego był bardziej sceptyczny, za to ojciec Sama zafascynowany.
- Martwię się, że pijawki szybko się nią zainteresują. W końcu nie na co dzień spotyka się kobietę - wilkołaka.. - mruknął dziadek Cody'ego.
Cody też się im przysłuchiwał, bo mruknął po chwili.
- Dziadku przesadzasz...
Obok zawzięcie rozprawiali o Donato.
- Kelly znudziły się już tamte klimaty. Chciałaby wrócić do domu.
Donato i Kelly pobrali się dwa miesiące temu i wyjechali na swój 'miesiąc' miodowy. Był młodszy od Alberta dwa lata, ale też o wiele bardziej rozrywkowy. Szczerze go lubiłem i ucieszyłem się że wracają. Wiedziałem jednak, że Kelly będzie drżeć za każdym razem, kiedy jej małżonek wyjdzie gdzieś między ludzi. Zastanawiałem się, co by było gdyby Donato faktycznie wpoił się w jakąś inną dziewczynę..
- Jeśli o tym mowa, to powinienem sprawdzić jak się ma Lucy -chrząknął Matt.
Flynn najwyraźniej się ożywił.
- Myślę, że Vera też będzie...
Ojciec Matta przerwał im machnięciem ręki.
- Dajcie spokój chłopcy jest już późno - machnął ręką - Niech dziewczęta się wyśpią.
W tej samej chwili Sophie nachyliła się i mruknęła mi do ucha.
- Mama kazała ci przekazać, że dzwoniła Kim.
Pokiwałem głową, zaciekawiony o co jej może chodzić. Postanowiłem oddzwonić później i dowiedzieć się. W końcu Kim milczała od paru tygodni.. Myślałem, że będzie wydzwaniać i prosić mnie żebym do niej wrócił jak to zawsze po kłótni miała w zwyczaju, dlatego pozytywnie się zdziwiłem, że tego nie robi.
Po chwili wrócił dziadek.
- Powiadomiłem o wszystkim Marię. Gorąco ci dziękowała i prosiła żebym ci przekazał że jakaś dziewczyna cię szukała. Esmeralda czy jakoś tak..
Wzdrygnąłem się. Wiedziałem, że Marii chodzi o Estele. Kolejna?, pomyślałem zirytowany, lecz na wspomnienie wydarzeń ostatniej nocy zrobiło mi się niespodziewanie gorąco. Odetchnąłem głębiej i postanowiłem, że lepiej będzie jeśli o niej nie będę myśleć.
- To ta panienka z którą wczoraj pojechałeś na motocyklu? - powiedział jak na złość Hugo.
Zmierzyłem go wzrokiem, ale na szczęście starsi zaczęli rozprawiać o drużynie baseball'owej Seattle Mariners i nie usłyszeli niczego.
Wstałem i mruknąłem.
- Idę się przejść.
'Przechodziłem się' dość długo. Później o 1 tradycyjnie objąłem wartę, wraz z wyjątkowo milczącym dziś Carlem. Gdy już nad ranem mieliśmy schodzić, usłyszałem jakieś poruszenie w liściach paręnaście metrów stąd i dobrze znajomy mi zapach.
Wiedziałem, że nie odeszła, pomyślałem triumfująco i zanim cokolwiek zdążyłem wytłumaczyć Carlowi, pospiesznie przemieniłem się, naciągnąłem spodenki i pobiegłem za nią.
Zdziwiłem się gdy zaczęła uciekać. Gdy stanąłem na nią przed rzeką, pospiesznie powiedziałem.
- Czemu odeszłaś?
W momencie gdy się do mnie odwróciła... Zamarłem. Była cała umazaną krwią. Ludzką krwią.
- N-nie możesz.. Nie zbliżaj się do mnie..
- Co ci się stało? - spytałem i podszedłem do niej, choć w głębi duszy wiedziałem, co zrobiła.
Powinienem ją teraz zabić.
- Widzisz co zrobiłam?! Jestem POTWOREM takim za którego twoi kumple mnie uważają.
- Nie jesteś.. - zacząłem, jednak przerwała mi.
- Zabiłam człowieka w mieście. Bezlitośnie. Nie wiesz jaka byłam kiedyś, ile osób zabiłam..znów pragnienie wróciło.. po tylu latach...
- Pomogę ci.. - szepnąłem błagalnie.
- Nie! - krzyknęła - Chcesz żebym skrzywdziła twoją rodzinę? Sophie?! Odpuść, bo kogoś zranię.. muszę odejść.. chociaż w mieście jest większe prawdopodobieństwo na morderstwo z mojej strony to lepiej by się stało to losowej osobie niż komuś tąd. Zostaw mnie. Z-zosta-w...
Nie wiedziałem co zrobić. Wpatrywałem się w jej plecy, gdy się oddalała.
'Skąd obojętność która każe mi stać kiedy chciałbym pobiec za tobą' - w głowie niespodziewanie pojawił się wers dobrze znanej mi piosenki. Przygryzłem wargę.
Była mordercą. I nie ważne co w tej chwili ja czułem. Według prawa powinienem ją zabić bez żadnych 'ale'. Ale nie mogłem. Nie mogłem. Musiała odejść.. Tak widocznie miało być.
Odwróciłem się i wolnym krokiem zacząłem iść w kierunku domu. Siliłem się na spokój, jednak wiedziałem, że stoczę prawdziwą walkę z samym sobą, by nie pozwolić piętrzącym emocją zawładnąć mną do końca.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz