i na domiar złego zabrała mi tez brata. Wiedziałem że Sam zaproponuje
abyśmy gdzieś razem pojechali, może zajeli sie jakąś sprawą ale nawet
gdyby tak powiedział to bym nie przystał na jego propozycję, zawsze
chciał mieć normalną rodzinę i proszę bardzo życzenie spełnione dam
mu swoją... irytowała mnie ta sytuacja ale może lepiej zeby tak bylo?
Sam dobrze zajmie sie młodym, pomoże Emili... ciepły z niego typek, co
nie znaczy ze nie potrafi uderzyć, świetnie zna sztuki walki i wisienką
na torcie jest jego wiedza, prowadzi własny dziennik tak samo jak kiedyś
nasz ojciec. Chcę dla nich jak najlepiej ale mi nie wychodzi, a teraz juz
nie wiele mogę jedynie co to życzyć im szczęścia i próbować dogadać sie z
Richem. Byłem z nim jak był bardzo mały, bardzo lubiłem nasze zabawy
i wspólny czas, jest nadzieja ,że gdzieś w psychice zanotował to i bedzie
chciał chociaż ze mną porozmawiać raz na tydzień. Będę sie o to starał.
Musi wiedzieć ze może na mnie liczyć, zawsze mu pomogę.
Sammy wybiegł za mną. Gdy byłem przy wyjściu a on jeszcze na schodach
spojrzeliśmy sie na siebie i to wystarczyło, nie musieliśmy sobie nic
tłumaczyć, każdy wiedział co ten drugi chciał powiedzieć i wiedzieliśmy
jak by sie potoczyła ta rozmowa. Na odchodne zasalutowałem mu i wyszedłem.
Spoglądając w okna miałem nadzieję,że kto sie obejrzy za mną, że kogos
zainteresuje, może Emilia...Rich ale nic z tego. Emilia najpewniej teraz
popija kawe nieco w nerwach i opieprza Sama albo szuka u niego ciepłych
słów a Rich gra na konsoli olewajac całą sytuację. Obróciłem między palcami
pierścionek zaręczynowy jeszcze na chwilę spoglądając w okna i wsiadłem do impali.
Nie wiedziałem, gdzie mam jechać. Wsiadłem na miejsce kierowcy, złapałem za
kierownicę i tyle..stop.Moim punktem powrotu zawsze była rodzina, jak nie
Emilia to Sammy a teraz jestem sam, dziwne jest to uczycie, uświadomiłem
sobie ze do tej pory zawsze wiedziałem do kogo sie zgłosić, a teraz pustka.
Chyba przegiołem...
Przekręciłem kluczyk w stacyjce, silnik złącz pracować a w radiu leciało
kansas, mój ulubiony zespół rokowy...Rich ma imię po jednym z tych muzyków.
Zaryczałem silnikiem.
-zostaliśmy sami... -powiedziałem
Podglosilem muzykę i pojechałem przed siebie.
Przez godzinę krążyłem po mieście, nie wiedziałem gdzie mam jechać, ale później
moją uwagę zwrócił sklep alkoholowy, jak to się mówi ,,Najlepsze wyjście to wyjście
na piwo" ale ja piwo lubie zastępować whiskey. Auto zaparkowałem spory kawałek
od sklepu, innej możliwości nie było. Gdy szedłem do celu, zastanawiałem się
po co w sumie... nogi mnie same niosły a nawet nie miałem ochoty pić.
Wszedłem do środka i zmierzyłem wzrokiem pułki od prawej do lewej. Jeśli chodzi
o alkohol to jestem stały w uczuciach, wybrałem to co zwykle, mocną amerykankę.
Gdy wyszedłem ze sklepu zorientowałem się ,że było już dość późno, na ulicy paliły się
lampy drogowe które w tym miejscu zdarzały się bardzo rzadko, a zasięg widzenia sięgał
zaledwie paru metrów ale mimo to zauważyłem spitego w trupa kolesia na ławcę... spał.
I może nie tyle co zauważyłem a poczułem, śmierdział z daleka. Miał dość nowe, ale
obdarte i poszarpane ciuchy, z jednej kieszeni od spodni wystawał e-papieros.
Jedna ręka zwisała mu bezwładnie z ławki i końcami palcy lekko dotykała pustej już
butelki wódki. Zapewne nie ma już portfela i telefonu... Widok już sam w sobie był
przykry i odpychający ale zielone wymioty oblegające całą ławkę sprawiały
,że nie dało się długo patrzeć na tego człowieka. Przystanąłem w miejscu
i spojrzałem na butelkę whiskey, westchnąłem i idąc dalej wyrzuciłem ją do śmietnika.
Nim zdążyłem dobrze odejść to już inny pijaczek podbiegł to tego kosza i zabrał
butelkę. Ciekawę co skłoniło ich do takiego picia...
Następnym moim celem okazał się motel, musiałem w końcu gdzieś spać. Zajechałem do jedynego
który nie był w obrębie 30 km. Miałem pecha, miejsc brakło... weekend.
Nie chciałem się kłócić czy coś wymyślać nie miałem dziś na to siły, spotkanie
z Lucyferem wciąż męczyło moją psychikę jeszcze ten okropny szpital i obrzucenie.
Czułem się jak bezdomny pies. Moje plany na kolejny dzień to formalności...
W automacie który był przed motelem kupiłem wodę, idąc do samochodu wypiłem całą.
Wsiadłem do auta i chwilę później zasnąłem.
Kolejna zaleta Impali, była wygodna i jak najbardziej nadawała się do spania, ale
niestety słońce przez szybę nieźle grzeje. Obudziłem się lekko spocony.
Przeczesałem dłonią włosy i spojrzałem na butelkę po wodze która lerzała wciśnięta
w bocznej półce na drzwiach. Przekrzywiłem usta w prawo z niezadowoleniem i wysiadłem
z auta. Wrzuciłem do maszyny drobniaki i czekałem na zamówienie ale coś długo nie chciało
spaść, zacząłem się niecierpliwić. Uderzyłem w automat z pięścią.... nic to nie dało.
Lekko kopnąłem go na dole, ale nadal nic. Świetnie czy ja nawet na wodę nie zasługuję?!
Trzecim razem porządnie kopnąłem w maszynę i butelka nareszcie wypadła.
Muszę robić zakupy spożywcze... . Wróciłem do auta i =zadzwoniłem do Emilie.
-Dzień dobry kochanie. - powiedziałem czule - Wiem ,że nie chcesz mnie znać ale... - zacząłem
-Gadaj co chcesz
-Twój numer konta
-Po co?
-Będę wam przesyłał pieniądze
-Nie potrzebuje ich od ciebie - rzuciła ostro
-To się nazywa alimenty
-Jak chcesz - irytował mnie jej sposób mówienia, była taka oschła.
-I muszę porozmawiać z Richem
-... - cisza
-Chcę sie z nim umówić na dni w których będziemy się spotykać.
-Rozmawiałam z nim o tym, nie podoba mu się to.
-Niech da mi szanse - powiedziałem czule
-Miałeś już nie jedną - zauważyła
-Musimy się spotkać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz