czwartek, 4 sierpnia 2016

Od Dean'a

Minęło sporo czasu od mojego wyjazdu, ale dziś miało to się skończyć,
Iza okazała się bezużyteczna... prawie, gdyby nie ona nie miał bym
z kim obmyślać planu a, b, c i tak do z. Mieliśmy dużo czasu na poznanie
siebie, była wspaniałą kobietą... gdy spała.
Już byliśmy na miejscu, a ja byłem pełny obaw, nie byłem pewny czy wrócę z tego
żywy a tak bardzo chciałem zobaczyć syna i móc dotknąć Emilie.
Mimo iż nie lubiłem żyć w jednym miejscu to teraz gdy jestem w ciągłej trasie
tęsknie za tym co było.
-Nie musisz iść tam ze mną - powiedziałem mimo to ,że bardzo chciałem ,żeby ze mną
poszła.
-Wiem, ale co mi więcej zostało? - wyszła z impali jednym zgrabnym ruchem
-Spróbuj się dogadać z Crowley'em
-Chyba żartujesz? Nawet bym nie zdążyła otworzyć ust a już bym siedziała w klatce.
-Fakt - syknąłem i wysiadłem z auta.
-A może by tak - zbliżała się do mnie mówiąc delikatnym, seksownym głosem- gdy już
pokonamy Lucyfera, zniszczymy też Crowleya? - stanęła blisko mnie
-Ktoś musi zająć się piekłem
-My byśmy to zrobili kotuś - przejechała palcem po mojej koszuli
-Emmm...- udawałem że się zastanawiam -  Nie, bardziej lubię Crowleya
-Dupek - odskoczyłam od mnie - ze mną byś miał fascynujące życie a bez mnie nie masz
go wcale - poszła w stronę parku gdzie był nasz cel.
Nie obawialiśmy się o gapiów ponieważ była naprawdę ciemna noc a w parku latarnie już
dawno zgasły.
Nagle poczułem silne uderzenie w czoło ale przecież nic przed mną nie było,
upadłem na kolana w oddali widząc Izę, nie wiedziała co się ze mną dzieję.
Nie mogłem krzyknąć jedynie syczałem z bólu który ustał ale teraz nie mogłem
chodzić, zrozumiałem ,że goszczę w sobie nieproszonego gościa, byłem pewny ,że do tego
nie dojdzie ale wziął mnie z zaskoczenia. Próbowałem odzyskać władzę ale nie mogłem,
pozbierać myśli, mogłem być teraz jedynie świadkiem tego co robię.
 Wstałem i szedłem za Izą, wtedy poczułem nie zrozumiane mi podniecenie, które
rosło z każdym kolejnym krokiem. Próbowałem się powstrzymać ale był bardziej
doświadczony od mnie, manipulował mną jak lalką.
-Może ci pomóc? - spytał uprzejmie wieloma głosami. Wciąż stałem za nią.
Jej ciało momentalnie zesztywniało. Nie spodziewała się ,że osoba w której widziała
ochronę może być dla niej zagrożeniem. Ścisnęła mocniej nóż który trzymała w dłoni.
Spróbowała się odwrócić ale było już za późno.
Rzuciłem się na nią. Prawą ręką wykręciłem jej ramię, w dłoni trzymając nóż który miałem
do tej pory schowany w środkowej kieszeni kurtki.  Drugą złapałem ją za szyję, zatykając
usta. Nie krzyknęła. Widziałem jej profil, a właściwie tylko oczy błyszczące w nocy.
Patrzyła na moją twarz marszcząc brwi i próbując coś powiedzieć. Była przerażona.
Uwolniłem jej usta.
-Dean! Dean...co ty? - wiedziała ,że to nie ja ale chciała się ze mną skontaktować - Dean
nasz plan! To nie tak miało być, Dean wróć ty mała pizdeczko! - mówiła szybkim przerażonym
głosem. - Puść mnie i odejdź. Zapomnijmy o tym, jednak nie chcę w tym brać udziału.
Chłonąłem jej zapach. Nasze ciała stykały się ze sobą w zabójczym uścisku. Lucyfer nic nie
mówił nawet nie szeptał, był skupiony, ciężko było mu nad mną panować. Ona wciąż
myślała ,że jej się uda, podejrzewała ,że wygram tę trudną walkę ale to było jak
skrobanie plastikową łyżką betonowy mur.
Ciężko dyszałem, znaczy nie ja lecz ona. Doszło do niej ,że nie zamierzam jej puścić.
Szarpnęła się mocno.
Zadziałało to niczym sygnał alarmowy. Prawą ręką wiłem rękojeść swojego noża w jej żebro,
a lewą ponownie zatkałem jej usta. Zastygała w niemym szoku. Przekręciłem nożem dwa razy
osłabiając jej ruchy obronne. Zakręciła biodrami w lewo i prawo. Dobrze wiedziałem jaki
ból sprawia nóż wbity w żebra. Iza była drapieżnicą, musiał ją poskromić, jednocześnie
nie tracąc skupienia w walce ze mną.
Gdy trzymałem ją w morderczym uścisku, spadł jej kaptur, odsłaniając jej krucze włosy.
Wciąż się szarpała, chciała być wolna. Cierpiała ale walczyła to potęgowało to dziwne
podniecenie. Czułem się jak fanatyk, morderca który zabija dla zaspokojenia swoich potrzeb.
Czułem jak on rozkoszował się tym, ale to kosztowało go potężnym kopnięciem w piszczel,
noga ugięła się w kolanie, ale udało się utrzymać równowagę. Iza zamierzała walczyć.
Szybko docisnąłem nóż wbity w żebro. Znów ją osłabiłem. Nie poddawała się. Uwolniłem jej
usta, mocniej obejmując szyję.
-Dean, wiem ,że dasz radę tylko spróbuj ty leniwa kurwo! Uda ci się. -mówiąc to spróbowała
lewą ręką uderzyć mnie w okolice pasa. Szybko złapałem ją za dłoń i wykręciłem całą rękę.
Usłyszałem dziwny dźwięk, przypominający uderzenie dwóch zabawkowych klocków Richa.
Prawdopodobnie wybiłem jej bark. Z jej świecących oczu popłynęły łzy. Iza była twarda,
nie wydawała z siebie żadnego dźwięku.
-Dlaczego ja? - Wciąż szukała pomysłów obronnych, wierciła sie, poruszała nogami, próbowała
też rękami. W wielką raną w żebrach i prawdopodobnie wybitym brakiem nie mogła za wiele
zrobić. Nie brzmiała jak osoba cierpiąca. Głos miała drżący i bardziej gotowy
do zabicia niż błagania o litość.
-Bo to nie raj, a my jesteśmy tym czym się staliśmy. - wyszeptał kilka słów i właśnie wtedy
miałem okazję wyrzucić go z siebie ale on osiągnął apogeum rozkoszy.
Przytuliliśmy się, jak tylko prawdziwe bestię potrafią, ja, Iza i Lucyfer.
Dla niego namiętność stanowił ból i dzika pokusa walki o panowanie.
Po raz pierwszy zobaczyłem w jej oczach smutek. Spróbowała poruszyć prawą ręką, ale docisnąłem
nóż do rany w żebrach. Nasze ciała były niemal sklejone ze sobą. Jej uda ocierały się
o mnie, cały czas patrzyliśmy sobie w oczy.
-Lucyferze proszę nie rób tego, zrobię co zechcesz... - znajdowała się o dwa kroki od śmierci,  i chciała zawrzeć układ z diabłem.
Chłonąłem ciepło, zapach i ten niezwykły mrok który zastąpił charyzmę Izabelli.
Uniosłem rękę z nożem. Przed oczami pojawiła mi się perfidna twarz Lucyfera.
Podświadomie ją przywołałem, nie chciałem widzieć siebie w roli mordercy.
Nóż powoli zbliżał się  do jej szyi. Ale Iza nie zamierzała łatwo oddać życia.
Zawyła z bólu, wyjęła nienaturalnie wybitą w barku rękę. Ostrze które błysło w jej
ręce zauważyłem w ostatniej chwili. Puściłem ją i odskoczyłem na bok. Mój nóż zahaczył
mocno o szyję z prawej strony. Trysnęła krew. Rozdzieliliśmy się i upadliśmy na ziemię.
Iza wydawała z siebie dziwne dźwięki- syczenie zmieszane z cichym piskiem.
Wstała błyskawicznie. Imponowała mi niezwykłą siłą. Nie minęły 2 sekundy a była
znów gotowa do ataku. Nie zwracała uwagi na rękojeść noża wbitego pod żebra ani krew
cieknącą po jej ciele.
Stanęliśmy naprzeciwko siebie. Chciała uciec ale zaczęła się mocno krztusić.
Miała wielką wolę przeżycia, niestety było już za późno. Dławiąc się krwią upadła
na ziemię. Klęknąłem nad nią. Mimowolnie wypuściła nóż z dłoni.
Bardzo chciała walczyć ale niestety ciało na to nie pozwalało. Lucyfer był zafascynowany.
Hektolitry adrenaliny wlewały się do jego i mojego serca, pompując je do działania.
Jej twarz wykrzywiła się w bolesnym grymasie. Z ust i szyi ciekła krew, oczy zabarwiły
się na czerwono. Dotknąłem skóry jej twarzy. Straszliwie cierpiała, wijąc się w agonii.
Patrzenie na powolną śmierć raniło i mnie ale Lucyfer się tym upajał nagle Iza złapała mnie
za rękę ostatnim tchnieniem po czym upadła bez życia a ja poczułem w sobie moc Boga,
oddała mi ją przed śmiercią. Dalej nie wiem co się stało, pamiętam tylko eksplozję,
Lucyfer rozpadł się na drobny popiół a w tle słychać było dzwonek mojego telefonu, moja
ulubiona nuta kansas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz