czwartek, 1 września 2016

Od Lucy

   Obudziłam się związana na łóżku lekarskim. Nie wiedziałam co się dzieje, gdzie jestem i dlaczego znalazłam się w takich okolicznościach... Słyszałam gdzieś w tle rozmowę telefoniczną zdaje się Wesa, który był bardzo zachwycony czymś...
-... mamy ją, spokojnie. A co u Mariki? ... Oczywiście, że mnie obchodzi, Eddy! - parsknął. - Wiem, że szef się niecierpliwi, ale mamy wszystko pod kontrolą... Tak, na pewno. Pozdrów Marikę ode mnie, nie zapomnij stary.
  Zaczęłam się rzucać i wiercić, chciałam się wydostać.
-O! Musze kończyć, ktoś się wybudził... ta, to córka Collinsa, spokojnie, jego też z czasem złapiemy. Na razie mamy konkurencję, bo my go chcemy żywego a oni martwego... no jacy oni?... Tak, o tych mi chodzi... nie wiem ilu ich jest więc na razie nie wychodzimy z ukrycia. Kończę stary, na razie.
  Podszedł do mnie i doklepał jeszcze taśmę którą miałam na ustach. Mamrotałam niewyraźnie, żeby mnie puścili jednak to nic nie dawało, nawet mnie nie rozumieli.
-Szkoda mi cię, naprawdę. - westchnął Wes. - Ale musisz poddać się pewnej operacji... ale spokojnie, wszystko jest robione na żywca. - mrugnął, a ja próbowałam krzyczeć.
-Środek uspokajający załagodzi sprawę. - mruknął pod nosem jakiś obcy mi facet.
  Wyglądał na profesjonalistę, gdy zobaczyłam jak wyjmuje skalpele krzyczałam głośniej.
-Mam nadzieję, że to wystarczy, by... - zaczął Paul.
-Ojczulek na pewno się zjawi. Nagraj to. - nakazał obcy facet i podwinął mi koszulkę.
  Skalpelem naciął delikatnie moją skórę, a ja zaczęłam płakać, rzucać się i krzyczeć. Byłam przerażona, nie wiedziałam, że potrafią być zdolni do czegoś takiego.
-Masz wolną rękę, tylko nie szalej, ma jeszcze żyć. - mruknął Paul.

  Leżałam na zimnej podłodze w piwnicy wyssana z sił. Byłam blada, było mi zimno, umierałam z głodu i pragnienia. Godziłam się z faktem, że mój ojciec mnie nie szuka albo... nie wiem... nie miałam pojęcia co on takiego robi... Czułam tylko ból rozpowszechniający się po moim ciele gdy tylko drgnęłam. Wpatrywałam się w szarą, obdartą ścianę delikatnie przykładając dłoń do pociętego i zszytego na żywca brzucha. Nie wiedziałam jak to możliwe, że to przeżyłam i jak to możliwe, że udało mi się to wytrzymać.
-Wstajemy. - warknął Paul.
  Jego bałam się najbardziej.
-Zostaw ją. - westchnął Wes. - Wystarczy mi to, że już dość cierpi. Wysłałem nagranie do ojca Lucy i do Jasona, nie mam namiarów na Jamie'go ale na tego jego przyjaciela mam. Dostał to przed chwilą. - uśmiechnął się Wesley.
-Dobrze. Może w końcu albo jedni albo drudzy się zjawią zanim ją wykończymy bo skończą nam się asy w rękawie. - mruknął niezadowolony Paul.
-Możemy wysłać ją martwą do ojczulka.
-Nie, ona jest jak zamknięta księga którą trzeba rozszyfrować, chcę wiedzieć o jej ojcu wszystko by mieć większą dostawę broni. Dante będzie zadowolony. A jak wrócimy w końcu zobaczysz Marikę...
  Wes zaśmiał się i zniknęli za drzwiami.
  Ja umierałam... powoli z bólu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz