piątek, 1 lipca 2016

Od Emilie

  Ból. 
  Cierpienie.
  Ciemność, światłość, nie wiem co jest prawdą.
  Nie wiem czy to co widzę jest prawdą. 
  Czułam, jak umieram.
  Jak moje życie się wali. Jak opuszczam ciało, jak rozrywam się na dwie połówki.
  Potem czułam, jak moja dusza boleśnie wyrywa się z objęć ciała. 
  Krzyczę. Chyba. Albo to nie ja krzyczę. To ktoś inny. 
  Umieram. Tak powoli, jak tylko to możliwe.
  Wspomnienia. Wracam do nich tak szybko, jak to możliwe.
  Wracam do nich. Poczynając od łez do radości po kłamstwa. 
  Zatracam się w tych pięknych momentach a złe niweluje, usuwam, tak pięknie wszystko usuwam. Tak szybko i płynnie jak nowiusieńki komputer. Czuję nowy system, nową siebie, nowe życie. Widzę światło, ale coś mnie trzyma. Nie chcę iść. Serce każe zostać, umysł jeszcze walczy. Moje ciało jeszcze walczy. Mój organizm walczy, serce poddało się myśli o dziecku.
  Ile jestem nie przytomna?
  Ile osób wokół mnie jest?
  Co się stało i kiedy? 
  Dlaczego straciłam przytomność?
  Nic nie pamiętam. Nic nie czuję. Chcę krzyczeć, nie mogę.
  Słyszę tylko swoje myśli. Potem krzyk. Czyjś krzyk. Może mój? Ale milczę. 
  Milion myśli na minutę. Żałuję, tęsknię, cierpię. Potem czuję szczęście, znów cierpię. 
  Tęsknota. Uderza mnie z pięści w twarz. Łamie mi nos, masakruje twarz a potem uderza w czuły punkt. Wspomnienia. Boli jeszcze bardziej. 
  Prosiłabym by to ustało, ale nadal boli.
  Słyszę płacz dziecka. 
  Mojego dziecka.
  Chcę je zobaczyć!
  Nie mogę. Boje się. Kto je teraz trzyma? 
  Oddajcie je. 
  Chcę je potrzymać. Zobaczyć. Pozwólcie mi się obudzić. Kto mnie tu trzyma? Kto trzyma moje dziecko?! 
  Czuję nerwy, czuje się źle. Nie wiem czy śnię. 
  Słyszę głos. Amy, Crowley, raz jedno raz drugie. Płacz dziecka. Wciąż to samo. Wciąż słyszę ich rozmowę. Potem wtrącenie Stefana, ale nic nie rozumiem. 
  Chcę brać udział w rozmowie, chcę ją rozumieć, słyszeć.
  Boje się. Znowu.
  Tracę kontakt, znów ciemność, jasność, a potem nicość.
  Tęsknota. 
  Nie tęsknię. 
  Tęsknię. 
  Za kim?
  Dean, dziecko ,Dean, dziecko, Dean, dziecko. Chcę jedno i drugie. Nie mogę. Muszę wybrać. A raczej nie mam wyboru. Mam tylko dziecko. 
  Tęsknię za jednym i drugim. Za którym bardziej? 
  Obojgu mi brak. 
  Chcę się obudzić.

  Ból. Ból. Ból. Cierpienie. 
  Ile tu jestem, ile mogę tu być? Czemu nic nie widzę? Oślepłam? Co się dzieje? 
  Czuję się otępiała. Tęsknota się nasila, samotność jeszcze bardziej. Chęć zobaczenia mojego dziecka. Jak go nazwę? Co zrobię, gdy się obudzę? Co ujrzę? Czy moje dziecko czy nicość? 

  Otwieram oczy.
  Rozglądam się. Widzę. W końcu widzę.
  Jasne światło rani moje oczy, razi, zamykam je na chwilę, zasłaniam dłonią. Przecieram je, wstaję. Jestem przykryta białą kołdrą, w mojej sypialni. Na dole słyszę głosy. Śmiech Amy i Stefana, rozmawiają. Widzę kalendarz nad szafką nocną na której leżą poukładane idealnie kosmetyki. Moje. Moje perfumy. Jednak jedne z nich były mi obce.
  Wstałam. Podchodzę do szafki z jasnego drewna i oglądam buteleczkę. Wygląda na męski, ale co on tu robi? Wącham. Znam ten zapach.
  Tylko jeden mężczyzna może tak cudownie pachnieć.
  Dean.
  Boli. Serce poddaje się gdy słyszę jego imię. Gdy sobie je przypomnę. Nadal kocham. Czuję to. Ale ukrywam. Nie poddam się temu ponownie, bo to mnie zgubi. Pamiętam go całego. Jego twarz,uśmiech... ten wredny, złośliwy uśmieszek. Jego głupie pomysły, jego zapach... uczucie kiedy przy mnie był... nie mogłam nic opisać. Nikogo tak nie kochałam. Nikogo tak nie pokochałam i nie pokocham. Bo już kocham. Poprawka: NADAL kocham. Niestety nie umiem usunąć tego uczucia. Niestety? Chcę kogoś kochać. Nie tak jak kocham dziecko... czy rodzinę.. której co prawda nie ma od dawna... chcę kochać kogoś inaczej. Chcę kochać? Przecież kocham.
  Dość.
  Przestań.
  Zacznij myśleć głową, nie sercem. Zgubi mnie to.
  A więc...
  Co tu robi jego zapach? Czułam podstęp a raczej Crowley'a. Albo Rowenę. Albo ktoś próbuje mnie zdenerwować.
  Jestem lekko otumaniona. Nogi mam jak z waty. Czuję się tak zmasakrowana, jakbym była po wypadku samochodowym z którego ledwo uszłam z życiem.
  Tęsknota nadal uderza mnie w twarz, ale przyzwyczaiłam się do tego uczucia. Nie boli aż tak.
  Usłyszałam płacz dziecka.
  Moje... moje dz... moje dziecko...
  Zeszłam na dół opatulona w czarny szlafrok. Zeszłam po cichu, by nie zwracać na siebie uwagi. Nie wiem co robię, tracę kontrolę. Jestem wyczerpana, boli mnie głowa. Słysze znów płacz dziecka, ale coraz bliżej. Przyspieszam kroku.
  Chcę je zobaczyć.
  Wyglądam zza ściany.
  Kojarzę go.
  Tego mężczyznę. Który. Trzyma. Moje. Dziecko.
  Zmarszczyłam brwi. W kuchni słyszę rozmowę Stefana i Amy którzy sobie nawzajem słodzą i jednocześnie dogryzają.
  Patrzę zmęczonym a jednocześnie podekscytowanym wzrokiem na Castiela.
  Nie zauważył mnie. Opiekował się moim dzieckiem.
  Śpiewał mu coś.
  Różowy ręcznik.
  Dziewczynka.
  Cas mnie zauważył, uśmiechnął się.
  Co on tu robi...?
-Obudziła się. - powiedział ciszej w stronę kuchni.
  Amy pojawiła się w kilka sekund przede mną. Stefan to samo. Uśmiechnęli się.
  Nie obchodzi mnie to.
  Chcę dziecko. Chce je potrzymać. Chce wybrać imię. Chcę się wpatrywać w jej oczy. Mówić jej imię, przywitać się i powiedzieć ''Cześć kochanie, tu twoja mamusia''.
  Stefan spojrzał na różowy ręcznik mojej córki. Potem na Amy a następnie na mnie.
-To syn. Ma różowy ręczniczek bo Amy taki kupiła. - roześmiał się.
  Syn.
  Wiedziałam.
  Chciałam syna.
-Długo spałaś... - złapała się za głowę Amy przeczesując włosy.
  Spojrzałam na nich a potem na synka.
  Podeszłam do Casa i wzięłam go na ręce.
-Ile? - spytałam słabo, nie odrywając wzroku od tych pięknych oczu.
  Widziałam w nich jego ojca.
  Momentalnie coś mnie zabolało. Ale potem przeszło, gdy dziecko złapało mnie za palec i lekko uśmiechnęło.
  Kocham je. Uwielbiam.
-Półtora tygodnia...
-Co tu robił Crowley? - spytałam ostrzej, próbując przy tym pozbyć się zachrypniętego głosu.
-Skąd wiesz, że był? - spytał Castiel.
-Słyszałam.
-Przyszedł akurat na poród. Nie wpuszczałem go, chciałem by się wynosił...
-Nie widział dziecka?
-Potem już widział...
-Przez sekundę. - mówili po kolei.
-Potem zniknął. - zakończył Stefan.
-Co robią perfumy Deana u mnie w pokoju na szafce? - spytałam dalej patrząc na synka.
-N...nie wiem... - odparła zaniepokojona Amy.
-Nie ważne. - odparłam i usiadłam z synem na fotelu.
  Wpatrywał się we mnie dalej uroczo uśmiechając.
  Naprawdę, nie wiem jak może być aż tak podobny do Deana.
  Nie umiałam teraz wymyślić imienia. Czułam się tak słaba... Wolno myślałam, przyswajałam informacje. Chciałam być w tym lekkim amoku. Samo dziecko dawało mi radość. Jestem matką. Mam syna.
-Kocham Cię. - szepnęłam do niego całując w czoło. - Nie chcę byście wpuszczali tu Crowley'a. Ma zakaz widywania mojego syna. Zrozumiano? - upewniłam się patrząc głównie na Casa licząc na jego pomoc.
-Oczywiście. - odparła Amy. - Wiesz... ehm...
-Co? - spytałam podnosząc na nich wzrok.
-Castiel się zastanawia...
-Czy co? - pytałam poddenerwowana.
-Czy powiadomić... no wiesz... ojca dziecka... - ciągnęła powoli.
-Proszę? - wycedziłam zaskoczona. - Chcecie ryzykować moje i jego życie?
-Ale skąd wiesz...
-Nie jestem w stanie teraz ochronić go przed jakimkolwiek niebezpieczeństwem. - przerwałam przyjaciółce. - Dwa dni. Dwa dni... potrzebuję czasu na regenerację. Potem wracam do życia. Będę pracować, opiekować się synem... wszystko wróci do normy.
-Nie dasz rady... - zaczął Stefan.
  Spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami.
-Dzięki za pomoc. Teraz sobie poradzę.
-A...Ale... - zająknęła się Amy.
-Dam. Sobie. Radę. - wycedziłam.
-Pokój dla niego jest zrobiony. - dodała na koniec. - Jestem do usług gdybyś mnie potrzebowała dzwonisz i jestem. Cas ma na ciebie oko.
-Nie potrzebuję ochrony. - odparłam zła.
-Teraz szczególnie dziecko jej potrzebuje. Jesteś zbyt silna. Co gdy puszczą ci nerwy? Jesteś niby słaba, ale masz ataki. Podczas śpiączki je miałaś. - złapała mnie za ramiona Amy. - Cas tylko obserwuje. Ja będę przychodzić.
-Nie skrzywdzę go.
-Świadomie na pewno nie. - spojrzała mi w oczy i wyszli.

  W nocy był koszmar. Wstawałam kilkanaście razy. Od drugiej do piątej wysłuchiwałam jego płaczu, w sumie bez powodu. Ale nie byłam zła. Raczej rosła we mnie oaza spokoju. Brałam go na ręce i uspokajając go brałam do siebie do pokoju, kładłam na łóżku i leżałam obok niego. Przestawał płakać po dwóch godzinach. Patrzył się w sufit, potem na mnie. Łapał mnie za palce, próbował gryźć. Potem łapał moje blond włosy i delikatnie ciągnął. Był niesamowity. W każdym calu. W każdym centymetrze swojego ciałka, był cudowny. Czułam jego moc, niepokoiło mnie to. Był zbyt młody. Martwiłam się.
-Czemu nie śpisz... - szepnęłam do niego, palcem delikatnie ''rysując'' mu po brzuszku. - O czym myślisz... hmm?
  Zacisnął rączkę na moim palcu i zasnął. Jak gdyby nigdy nic.
-Twój ojciec też tak uciekał od tematu. - uśmiechnęłam się i pogładziłam go po główce.

  Obudziłam się, a raczej cichutkie jęki małego to zrobiły. Usiadłam po turecku i spojrzałam na niego.
-Co chcesz dziś robić? Od czego zacząć dzień? - spytałam głaszcząc go po główce.
  Znów złapał mój palec i próbował ścisnąć.
  Potem zaczął płakać.
  Przewróciłam oczami.
-Dobra, rozumiem. Zmiana pieluchy.
  Wzięłam go powoli i delikatnie na ręce.
-Śmierdzisz gorzej niż Aidenowi z pyska. - mruknęłam do siebie. - Ale nie obraź się. Mam nadzieję, że nie będziesz miał mi kiedyś tego za złe... Zaraz to naprawimy. - spojrzałam mu w oczy. - Raz dwa i po kłopocie.
  Potem zrobił się głodny. W kilka minut uwinęłam się ze zrobieniem idealnego mleka, z dnia na dzień rósł coraz szybciej. Bałam się.
-Co teraz chcesz robić? - spojrzałam się na niego. - Spać, bawić się, spać, bawić się... - mruczałam do siebie a synek wpatrywał się we mnie jakby czekał na kreatywny pomysł.
-Widzę to spojrzenie, nie rób tego. - wskazałam na niego palcem. - Już widzę w Tobie małego kobieciarza, moje serce skradłeś. Będziesz miał problem... obyś nie wyrósł na idealnego tatę bo będzie źle... - wzięłam go na ręce i usiadłam przed telewizorem z jego ''wybranym i ulubionym'' małym, niebieskim misiem.
  Zasnął na moim brzuchu.
  Jak dobrze. Nie wyglądam jak słoń.
  Co dziwne - wyglądam jakbym nigdy nie przepychała przez siebie małej istotki.
  Wpatrywałam się w śpiącego synka zastanawiając się nad imieniem. Cholera. Trudno mi podjąć decyzję gdy wiem, że ma ojca gdzieś tam.
  Do środka weszła Amy z Aidenem na smyczy.
-JESTEM! - wrzasnęła, a ja zła machałam ręką w jej stronę.
-Zamknij mordę, Amy! - szepnęłam, a synek tylko poruszył się nieznacznie.
-Ooooo... wiesz co? Zakochałam się w nim. - uśmiechnęła się mówiąc już szeptem.
-Weź Aidena do ogrodu błagam. - poprosiłam, gdy zaczął biec w stronę moją i dziecka.
  Amy złapała go i wyniosła na zewnątrz.
-Co myślisz? - spytała, siadając na podłodze obok kanapy.
-O czym?
-O tym, czy powiedzieć Deanowi?
-Myślisz, że zmieni to jego życie? Nie wiem gdzie jest, co robi, kim się stał, czy też staje.
-Może zmienisz jego życie...
-Nigdy nie czuł się zobowiązany do czegoś. Poza tym chyba mnie nienawidzi. Przyjdzie czas na to, by mu powiedzieć...
-Chcesz, by dowiedział się od kogoś innego? - spytała unosząc brwi.
  Westchnęłam i spojrzałam na syna.
-Boje się.
-Czego?
-Wiem jaki jest. Albo raczej... wiem jaki był. Teraz... nie wiem czy... nie zrobiłby mi krzywdy... dziecku...
-Musisz to sprawdzić...
-A wiesz gdzie go szukać? Masz pewność, że nic mi nie zrobi? Powiem o dziecku a on może chcieć je zabić, albo mnie. Albo zignorować i odrzucić syna.
-A pomyśl co będzie gdy zaczną się z nim problemy. Nie wiesz co potrafi...Co będzie potrafić...
-Potrzebuję czasu.
-Na co? Na co czekasz? - spytała podpierając czoło.
-Poczekam trochę... może jutro się zbiorę na odnalezienie Deana a może za tydzień? Muszę to przemyśleć czy chcę by wiedział. Czy chcę ryzykować.
  Amy westchnęła ciężko i pogłaskała małego w głowę.
-Chcesz coś do picia, jedzenia?
-Czuje się jakbym była od kilkunastu lat na głodówce... - mruknęłam.
-Coś zaraz wymyślę. - uśmiechnęła się idąc w stronę ''jej królestwa''.
  Co robić...? Co robić...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz