Dopiero co zdążyłam zasnąć po kolejnym ciężkim dniu. I wiecie co? To kolejna nieprzespana noc. Tak już będzie przez parę miesięcy. To będzie dla mnie wieczność. Jednak za każdym razem wstawałam i podchodziłam do syna uspokajając go. Gdy brałam go do siebie i zasypiałam z nim wyciszał się. Jednak nie tej nocy.
Płakał przeraźliwie, jakby coś okropnego mu się śniło albo coś go wystraszyło. Podniosłam się, czułam się okropnie. Zbierałam się do zejścia z łóżka.
-Idę słonko... - mruknęłam do siebie. - Nie dasz mamusi pożyć, co...?
Weszłam do pokoju i wzięłam go na ręce. Dotknęłam czoła, był rozpalony. Momentalnie zastygłam na chwilę. Zaczęłam kombinować, szpital jest daleko stąd, nie mam prawa jazdy, samochodu... myśl, do cholery!
Złapałam wolną ręką telefon. Amy odebrała, była wystraszona, bała się, że coś się dzieje.
-Ma gorączkę... Musisz mnie zawieźć do szpitala...
-Sekunda i jestem pod domem.
Założyłam tylko na siebie płaszcz gdy tylko Amy weszła do domu wzięła małego i wsiadła do samochodu a ja zaraz za nią.
Panikowałam, bałam się. Wszystko było w porządku, skąd mógł się rozchorować?!
-Szybciej,szybciej... - szeptałam do siebie trzymając na rękach syna.
W przychodni lekarz wyszedł do mnie i spojrzał mi w oczy lekko się uśmiechając. Próbowałam zachować się równie spokojnie i miło. Nie udało mi się to. Chciałam wiedzieć co z dzieckiem.
-Zwykłe przeziębienie. Mam pod kontrolą całą sytuację... jednak proszę uważać...
-Zawsze uważam. Pilnuję jego zdrowia, codziennie staram się go mieć pod opieką. Robię wszystko dobrze...
-Pracuje pani?
-Tak...
-Może opiekun coś źle zrobił? Wyprowadził małego na jakiś spacer w deszcz, w zimną pogodę?
Kiwałam głową. Co mogłam powiedzieć?
Wściekła siedziałam w przychodzi pół nocy nie mogąc zmrużyć oka. Potem dostałam nagłe wezwanie. Amy siedziała zamiast mnie a ja niestety musiałam zniknąć na chwilę. Jednak chciałam olać wezwanie, zostać z synem... musiałam jednak opuścić na sekundę przychodnię.
-Nie mogę teraz... - zaczęłam zła, gdy stałam przed Erykiem i Gabrielem.
-Mamy jednego ducha, który się buntuje.
-Znowu? Przecież mówiłam co robić gdy...
-Ale to nie w tym problem.
-A w czym? - spytałam zrezygnowana.
-Porozmawiaj z tym duchem. Ma coś na sumieniu a nie chce powiedzieć. Potrzebuje rozmowy... Nie może zrozumieć, że nie żyje. Terroryzuje ludzi w opuszczonym domu w którym doszło do tragedii. - ciągnął Eryk.
-Dobra. - machnęłam rękoma. - Gdzie to jest?
-Wyślę cię tam - odparł Gabriel i przyłożył rękę do mojego czoła.
Słyszałam głośny płacz. Jakaś dziewczyna płakała.
Podeszłam do niej powoli.
-Próbowałam je ratować... - szlochała. - Ale bałam się odpowiedzialności... coś kazało mi... po prostu połknęłam tabletki... - złapała się za brzuch i wpatrywała w podjazd.
-Byłaś sama? - spytałam wczuwając się w to co czuje.
-Nie było go! Odszedł, gdy powiedziałam mu o ciąży! Po czterech latach bycia razem! Czekałam tu na niego, czekam i czekam, ale go nie ma. Zapomniał o mnie...
-Jak ci na imię?
Spojrzała na mnie zapłakana.
-Rosie.
-A więc... Rosie... Musisz iść dalej. Byłaś wystraszona, popełniłaś to bo nie miałaś sił by to przetrwać sama. Rozumiem to...
-Przeszłaś kiedyś takie coś? - wycedziła przez zęby.
Przegryzłam wargę.
-Całkiem podobnie.
-Chcę znów być w ciąży... wiedzieć kim będę dla tego dziecka... zapewnić mu dom...
-Znam miejsce, gdzie będzie Ci lepiej... jeśli mi zaufasz zaprowadzę cię tam, gdzie wszystko minie. Ból, cierpienie...
-Gdzie chcesz mnie zabrać? - spytała lekko wystraszona.
-Zaufaj mi, dobrze? - poprosiłam.
Złapała moją rękę i przeniosłam się do Gabriela i Eryka.
-Zaopiekujcie się jej duszą a teraz mam ważniejszy problem niż sprowadzanie wam duchów...
-Co się dzieje? - spytał Eryk.
-Mały ma gorączkę. - odparłam zła i wróciłam do przychodni nie spuszczając wzroku z małego.
Wróciłam z nim do domu i wzięłam kilka dni wolnego. Powstrzymywałam się, by nie nakrzyczeć na Castiela. Byłam wściekła. Cały czas byłam z synem i nie spuszczałam z niego wzroku. Bardzo się martwiłam... Chwilami myslałam, że nie dam rady ze wszystkim. Ale jestem silna i wszystko dam radę znieść. Jeszcze tylko trochę i przywyknę.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz