się pieczętowało, zbyt długo nie wiedziałem ,że to jego sprawka dlatego teraz
ciężko jest mi to odwrócić, każdą wolną chwilę a znajduję taką kilka razy dziennie
spędzałem nad Em, moje umiejętności były porównywalne do tych Lucyfera,
jego przewagą był jednak wiek, on z miał wiele lat na naukę każdego atomu swojego
ciała a ja jestem kim jestem dopiero 2 lata. Te krótkie wizyty przy Em były dla mnie
niejako treningami, szkoliłem się poznając powoli całą istotę jej duszy,
toczyłem niewielkie walki z urokiem rzuconym przez Lucyfera.
Z każdym małym zwycięstwem miałem nadzieje ,że powie chodz jedno słowo, tak mi tego
brakowało, była jakby martwa a lekarze już za każdym razem namawiają mnie na odłączenie
aparatury a nawet nie namawiają tylko grożą ,że to zrobią ponieważ są inne żywe
osoby które jej potrzebują. Nawet myślałem ją odebrać ale okazuje się ,że nie mógłbym
zrobić tego sam tylko szpitalna karawana pogrzebowa i to prosto do kostnicy.
Obwiniałem siebie ,że tak właśnie skończyła kolejna z osób które kocham, a przecież
nie powinienem tak do końca bo ona zanim ja się pojawiłem była zmieszana z innym światem.
Próbowałem pomóc a wyszło jak zwykle. Przechodził mi co chwila przez myśl plan a mianowicie
jeśli ona jest teraz człowiekiem to można pozbawić ją pamięci, nadać nową tożsamość
tak aby wierzyła ,że jest kimś innym, żeby nie czuła braku po dawnym życiu,
odnalazłbym Richa i pozbawił go mocy, żyli by we dwoje na spokojnie.
Za każdym razem gdy zdejmowałem z niej część uroku zaglądałem do pamięci wystarczyłby
jeden mój gest i ten plan by się ziścił, tylko czy ja mam prawo do tak mieszać w czyimś
życiu? Już raz tak postąpiłem, nie wiem czy odwarze się drugi raz.
Nagle do sali wszedł Sammy, wstałem nerwowo z małego krzesła przy Em.
-I jak?
-Wiesz co chce zrobić-powiedziałem zerkając na Em
-Déjà vu?
-Trochę
-Taka sama sala, ta sama miłość, podobny problem, i wypadek, dziecko i pamięć... dasz radę
drugi raz?
-Dla dobra Em i Richa
-Byłeś z Lisą i jej synem rok, z Emili trochę dłużej i Rich to twój syn a Benn nim nie był
a i tak już wtedy byłeś wrakiem człowieka.
-Teraz nie jestem człowiekiem, więc mam jakieś szanse.
-Pojawia się drugie pytanie, jak chcesz odebrać Richa?
-Pójdę i go sobie wezmę.
-Świetny plan. - zakpił Sam
-Mam plan na niego, dzięki Erykowi już namierzyłem młodego.
Chwilę później byliśmy już w drodze na miejsce, w aucie grała muzyka kansas.
-Wyciągnij pudełko spod fotela.
Wykonał moje polecenie, to była ciężka drewniana skrzynia, Samm wiedział co jest jej zawartością.
-Weźmiesz go i będziesz zabijał przydupasów.
-W sumie racja, jak tym zabije to będzie z nimi spokój na zawsze
-Zwykły nóg na demony przy Lucyferze może nie zadziałać
-W moich rękach to cacko nie będzie działać
-Myślałem nad tym, opanowałem coś typu powielania znamienia Kaina, później samo znika
lub ja je ściągnę.
Przytaknął.
-Ej a ty serio przestałeś szukać Juli?
-Wiesz ,że tak, chciała to odeszła.
-A ja uważam ,że tylko tak mówisz bo chcesz działać na własną rękę.
-Jesteśmy na miejscu- zauważył Sammy
Jeszcze gdy siedzieliśmy w aucie podaliśmy sobie dłonie, wtedy zacząłem działać.
Kontrolowałem tę umiejętność najlepiej ze wszystkich, wiedziałem ,że przyjdzie moment gdy
przekaże kopie znamienia Samowi, więc musiałem być pewny ,że on na tym nie ucierpi.
To była tylko formalność. Moje znamię zaczęło wrzeć a żyły robiły się czerwone jak i również
u Sama.

Robiłem to powoli aby nie dostał szoku pod wpływem tej mocy.
Gdy skończyliśmy Sammy zaciskał i rozluźniał pięść przyglądając się nowemu nabytkowi.
-Nie trzymaj sztyletu zbyt długo w gołych rękach - uprzedziłem
-Wiem wiem, z tej ekipy to ja jestem ten mądrzejszy - zaśmiał się i owinął nóg białą chustą.
Lucyfer ukrywał się na ziemi, w zwykłym starym hotelu, który został chyba niedawno zamknięty
a wszystkie inne budynki w okolicy opustoszały, najpewniej przez niego.
Każdy kto nas mijał był demonem, nie czułem tu zwykłych ludzi.
Przyglądali sie nam, chcieli poznać nasze intencje, widać ,że nie dawno stali się tym
czym się stali ponieważ dopuścili nas do drzwi hotelu bez najmniejszego problemu.
W środku było już trochę inaczej, dość dziwnie. Gdy stanęliśmy w progu cały budynek był pusty,
wiał w nim jedynie lekki wiatr poruszający kartkami na biurku.
Szedłem za intuicją po schodach na górę, wyżej i wyżej aż dotarłem do splamionych krwią drzwi,
a w sumie nie tylko drzwi ale też całego korytarza, tyle ,że one były najbardziej
mokre. Czułem ,że jestem coraz bliżej, czułem obecność Richa ale nie Lucyfera.
Uchyliłem drzwi i rozejrzałem się trochę, nie było tam nikogo na pierwszy rzut oka,
ale nie dałem się zwieść. Wszedłem do środka zabijając jednego demona za drzwiami i drugiego stojącego po drugiej stronie przy ścianie. Cienie zaczęły się materializować, jeden, drugi, trzeci wszyscy byli niedawno zmienieni. Dlaczego? Może Lucyfer potrzebował demonów z czystą kartą?
Musiał mieć zaufanie a rzadko się je ma do demonów. Zabijając te demony bolał mnie fakt
,że mogłem jeszcze tych ludzi uratować ale nie było na to czasu.
Krew lała się po ścianach, suficie i po mnie, było ich wielu. Krew z jednego trafiła prosto
do moich ust, próbowałem wypluć jej jak najwięcej ale miałem jeszcze dwóch do zabicia.
Gdy skończyłem usłyszałem płacz.
Szybko zerwałem się w tamtym kierunku i zastałem schowanego w szafie Richa.
Zanim otworzyłem ją, przetarłem twarz kocem który znalazłem w pokoju, niestety
to nic nie dało a jedynie rozsmarowało krew. Przykro mi było ,że młody zobaczy ojca w takim
stanie ale i tak nie będzie tego pamiętał.
Otworzyłem drzwi od szafy.
-Spokojnie Rich, przyszedłem cię uratować, zamknij oczy a ja zaprowadzę cię do domu.
Młody był schowany za ubraniami i mógł mnie dokładnie nie widzieć bo się nie przestraszył,
i grzecznie wykonał polecenie. Zawinąłem go w koc i ruszyłem w stronę wyjścia.
Gdy byłem już na pierwszym piętrze drogę zaszedł mi Sammy.
Był cały we krwi, byłem przerażony, nie wiedziałem co zrobić, czułem ,że
Sammy to juz nie Sammy, miał znów w sobie Lucyfera. Śmiał się przeraźliwie
wieloma głosami i rzucił w moim kierunku ja szybko zbiegłem na dół i kazałem Richowi
wsiąść do auta. Po tych słowach zostałem uderzony w twarz, przez Sama.
-Sammy! Dasz radę! Wywal go!
-My lubmy się z Samem - zaśmiał się i rzucił mną o ścianę, miał przewagę w walce ponieważ
ja nie byłem w stanie uderzyć brata. Wiedziałem ,że muszę mu pomóc ale nie miałem pojęcia
jak. Gdy próbował rzucić na mnie urok ja zrobiłem to samo, nasze moce się zderzyły powodując
wybuch który wyrzucił mnie z budynku. Nie oglądając się odjechałem.
Po drodze wytłumaczyłem z grubsza młodemu co się stało, ale uspokajałem go faktem
iż zaraz zobaczy mamę, musiałem tylko wziąć prysznic, niestety Rich był tak
zmęczony ,że zaraz zasnął w swoim łóżku. Podszedłem do niego w samych spodniach,
z mokrymi jeszcze włosami, przykryłem go kołdrą i opadłem ciężko na kant łóżka.
Przypomniał mi się moment jak ja kiedyś żegnałem na dobranoc Sama.
W tym momencie byłem świadom tego ,że mogę go stracić, już po ostatnim spotkaniu jego
z Lucyferem był prawie martwy, popadł w obłęd ale mimo to muszę mu pomóc.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz