Obudziłam się około szesnastej, był wyjątkowo piękny dzień. Ostatnio spałam do późnych godzin i stwierdziłam, że czas to zmienić. Musiałam znaleźć sobie pracę. Wstałam z łóżka i doprowadziłam się do porządku dziennego, Sophie gdy tylko usłyszała moje cichutkie kroki od razu zjawiła się za drzwiami i zapukała dwa razy.
-Chodź mała. - krzyknęłam uważając by się nie oparzyć prostownicą.
-Co robisz? - spytała siadając na łóżku obok.
-Prostuję włosy.
-W kręconych ci ładniej. - odparła obserwując mnie. - Też mi wyprostujesz włosy?
-Zniszczą się. Masz śliczne, kręcone.
-Ty nie lubisz kręconych.
-Nie to że nie lubię... Po prostu są wygodniejsze.
-Wygodniejsze?
-Tak... kręcone są wszędzie, jak sierść pudla.
-Nie masz aż takich kręconych. - zamyśliła się. - Chcę zobaczyć jak mi będzie w takich.
-Chcesz mieć wypadające i zniszczone włosy? Wyłysiejesz.
-Ty jeszcze nie wyłysiałaś.
-Bo ja, moja droga, robię to od paru dni. A ponad to jutro zaczynam twój wielki tort urodzinowy. - odparłam dumnie się prostując.
-Już się nie mogę doczekać. - westchnęła rozmarzona.
Gdy wyszłam do miasta rozejrzeć się za jakąkolwiek pracą wstąpiłam do baru. Nie powinnam, wiem, ale nie będę pić! Już nie. Byłam w większej części człowiekiem i z raną po postrzale na brzuchu było mi nieco trudniej połykać alkohol w nieograniczonej ilości a potem wyrzygać, na dodatek nie skompromituję się znowu...
-Hej Mason. - westchnęłam, witając się z nim.
Podniósł wzrok i spojrzał na mnie, z początku mnie nie poznając.
-Ach, to Ty...Chociaż pamiętasz moje imię. - zaśmiał się.
-A Ty o mnie zapomniałeś. - uśmiechnęłam się nieśmiało.
-Nie, po prostu jestem zapracowany...
-Właśnie... nie poszukujecie... kelnerki...? Drugiej pary rąk...?
-Spytam kumpla, on jest właścicielem. - błysnął zębami. - Hey, myślałem, że jesteś śmielsza. - parsknął.
-Nie za bardzo... do osób które znam jestem nieco inna...
-Poznaliśmy się dobrze wtedy, w barze... - urwał, gdy zabrzmiało to dziwnie. - Nie,nie... nie o to mi chodzi. - zauważył moją minę i się roześmiał.
-Dałbyś znać? Gdyby było dla mnie jakieś miejsce? Potrzebuję pracy...
-Popytam w mieście, mam sporo znajomości... podaj swój numer to zadzwonię.
-Jasne tylko... nie mam telefonu...
-Kto w tych czasach nie ma komórki? - uśmiechnął się szerzej.
-Zgubiłam. - wyjaśniłam szybko. - Masz może numer... ehm... Dominica? Na pewno by mi przekazał gdybyś dzwonił.
-Pewnie. Mam jego numer. Zrobię co w mojej mocy.
-Dziękuję. - uśmiechnęłam się lekko i spuściłam wzrok w dłonie.
-Nie bądź taka nieśmiała, nie gryzę... jeszcze.
Zaśmiałam się pod nosem i podziękowałam mu jeszcze raz.
-Do usłyszenia.
Wyszłam i skierowałam się do domu. Niedługo zacznie się ściemniać. Po drodze wpadłam na jednego z kumpli Dominica.
-Matt. - przedstawił się, a ja zdziwiona wpatrywałam się w niego milcząc. - Mam do ciebie sprawę...
Ściągnęłam brwi nie rozumiejąc.
-Chciałbym żebyś coś mi powiedziała o wampirach które są tutaj.
Błądziłam wzrokiem po trawie i drzewach.
-O co konkretnie ci chodzi...? - spytałam zmieszana.
-Nie musisz się mnie bać... dopóki jesteś w większej części człowiekiem nie skrzywdzę cię.
To żeś mnie pocieszył, facet...
-Chcę wiedzieć tylko, co robić gdy zaatakują. Nie znamy ich, ale ty wręcz przeciwnie. Po ostatniej sytuacji zwątpiłem w twoje ''człowieczeństwo'', zbyt łudzące dobro...
-Uratowałam przed strzałem Dominica. - wyrwało mi się. - Nie skrzywdzę was...
-Chcę żebyś pomogła. Nic więcej.
Przegryzłam wargę.
-Są... jest ich pięcioro... są zgrani, silni i planują wybudzić łowcę, jednego z najsilniejszych... - gdy zaczęłam temat Jera zebrało mi się na płacz, odwróciłam wzrok i starłam łzy. - Będzie dla was zagrożeniem... nie powstrzymam go, to mój brat... jednak... chcą go wskrzesić... wiem jak to brzmi, ale musisz mi uwierzyć inaczej moje rady na nic się nie zdadzą...
-Skąd mam mieć pewność, że nie kłamiesz?
-Bo zależy mi na tym, by nic wam się nie stało.
-Na tym czyli na kimś? Chodzi ci o kogoś konkretnego z naszej wilczej watahy?
-Zmierzasz w tym kierunku po potrzebne ci informacje, czy to istna ciekawość? - spytałam zirytowana. - Ci którzy wkroczą na drogę pierwotnych... giną.
Głównie z mojej winy... ale to pominęłam...
-Co możemy zrobić? Słabe punkty?
-Atak z zaskoczenia. Są niezorganizowani gdy coś dzieje się zbyt szybko i nie po ich myśli.
-A gdy oni zaatakują?
-Mają jakby... kodeks wampirów, którego chorobliwie przestrzegają. Klaus to ''król wampirów'', szanują go wszyscy krwiopijcy którzy chcą spokoju od kar jakie przypisują się do kodeksu za jego nieprzestrzeganie... Nie uciekają, ani nie atakują pierwsi bez powodu.
-Nie mają więcej tych słabych punktów?
-Nie przypominam sobie.
-Możesz iść.
Dzięki, panie ''chce wiedzieć wszystko''.
Gdy wracałam do domu w garażu zauważyłam Dominica. Podeszłam do niego i zapukałam w otwarte drewniane drzwi.Spojrzał na mnie, nie przerywając grzebania w swoim aucie.
-Przepraszam za wczoraj...
-A co zrobiłaś, że przepraszasz?
-Nie chciałam żeby tak wyszło... z tym... spaniem... ale długo nie spałam...
-Nic się nie stało. Jako prywatny grzejnik jestem do usług. - uśmiechnął się.
Podeszłam do maski samochodu i oparłam się o nią.
-Co tak patrzysz? - zaśmiał się.
-Wiem co dziś możemy zrobić... - uśmiechnęłam się.
-Już się boję.
-Chodźmy do Wesołego Miasteczka... - poprosiłam nieśmiało.
Spojrzał na mnie, jakbym pytała o coś co nie jest na mój wiek.
-Wesołe miasteczko? - powtórzył.
-Tak! Znaczy się... nigdy nie byłam... w takim miejscu...
-Jak to? Nigdy? Nigdy nie byłaś w Wesołym Miasteczku jako dziecko? - spytał nie dowierzając.
-No... w Domu Dziecka nie było większych rozrywek jak tylko zwiedzanie podwórka. - uśmiechnęłam się lekko. - To... pójdziesz ze mną...?
-Jasne. - uśmiechnął się dalej grzebiąc w samochodzie.
Wzięłam kluczyki jego samochodu i spojrzałam się na niego. Podszedł do mnie żądając zwrotu kluczyków.
-Najpierw pojedziemy po zakupy na tort dla Sophie. Mogę poprowadzić? - spytałam ze śmiechem.
-O nie, nawet o tym nie myśl..
-No proszę! - zaśmiałam się.
-Nie, o niee, po moim trupie.
-Ale kluczyki mam ja. - odparłam pewna swojego sprytu.
-Oddawaj. - chciał mi zabrać, a ja cofnęłam rękę z kluczykami.
-Dawno nie jeździłam! Nie zabiję nas, przysięgam!
-Jesteśmy nieśmiertelni, nic szczególnego się nam nie może stać.
-Mi może. I ha! Widzisz?! Jednak mogę prowadzić...
-Jak to? Nie jesteś nieśmiertelna?
-No... nie... jestem w większości człowiekiem... w tej większej części...
Uniósł brwi zdziwiony.
-Zaskakujesz mnie z dnia na dzień.
-A zaskoczę cię jeszcze bardziej jak genialnie jeżdżę. - zaśmiałam się a on z uśmiechem zaprzeczył.
-Ile nie jeździłaś?
-Ymm... tylko rok...
-Dobra. Ale tylko w jedną stronę.
-Dziękuję! - podekscytowana szepnęłam i z uśmiechem usiadłam na miejscu kierowcy.
-Chyba się pomodlę.
Roześmiałam się.
-Nic się nie może stać! Dziś do Wesołego Miasteczka więc muszę przeżyć!
Po zakupach zaczęłam wypakowywać wszystkie składniki i te, ktorych według Dominica brakowało w lodówce. On poszedł do domu na chwilę a ja wychyliłam się z bagażnika wyraźnie słysząc dziwne kroki wokół siebie, jednak nikogo nie widziałam... Lekko się przeraziłam.
-Dominic...? - spytałam, jednak było cicho.
Znów te kroki, zignorowałam je wyjmując i sprawdzając, czy rzeczywiście kupiłam wszystko. Nagle ktoś krzyknął i wyskoczył za moimi plecami. Odskoczyłam gwałtownie uderzając głową o drzwi bagażnika. Zaśmiałam się i spojrzałam na Sophie i Dominica.
-Bardzo zabawne, wiesz? Zemszczę się, zobaczysz!
-Na mnie też się zemścisz...? - spytała zmartwiona Sophie, myśląc, że jestem na nią zła.
-Coś ty! Tylko na tym zdradzieckim podstępnym złym Dominicu który tylko czekał...
-Nie prawda.
-Moja głowa, będę miała guza! - roześmiałam się i wyjęłam torby z zakupami.
Dominic wziął większą część ode mnie, zamknęłam bagażnik i poszliśmy do środka.
-Ktoś jednak umie się uśmiechać! - zauważył dziadek Dominica podnosząc wzrok znad gazety.
Usiadłam obok niego wraz z zakupami wyjmując je.
-Czasem umiem. - błysnęłam zębami. - A pana wnuk umie zaskoczyć tak, że dziewczynę aż zaboli. - spojrzałam na Dominica.
-Nie wątpię. - parsknął dziadek, a Sophie spojrzała ukradkiem do toreb.
-A-a-a! Składniki są niespodzianką ślicznotko!
-Ale...!
-Żadnych ale siostrzyczko. - Dominic podniósł do góry Sophie a ja wypakowałam z lekkim uśmiechem wszystkie rzeczy do lodówki.
Około dwudziestej zebrałam się do Wesołego Miasteczka.
-A Sophie była na czymś takim? - spytałam gdy wyszłam z pokoju Dominica.
-Raz. Jak jeszcze ojciec był normalny.
Spojrzałam na niego nie oczekując wyjaśnienia. Nie sądzę, by był to łatwy temat dla niego.
-Może się ucieszy jak pójdzie z nami? Wesołe Miasteczko jest tylko kilka dni... Może fajnie by było jakby poszła z nami? Przecież to najprawdopodobniej nie randka...więc nie będzie wadzić. - spytałam powracając do do powłoki nieśmiałości.
-Spytam ją. - uśmiechnął się i po chwili Sophie była gotowa.
Zjechaliśmy właśnie z wielkiej kolejki górskiej, która zdawała się być tą którą powinni nazwać najszybszą. Sophie chciała jeszcze raz, siedziała przede mną, na wielkiej dżdżownicy.
-Wymiotujesz? - spytał złośliwie Dominic.
Spojrzałam na niego, a on stał zadowolony, nie wzruszony.
-Nie licz na to. - zaśmiałam się.
-Chciałabym tego misia. - odezwała się Sophie wskazując na wielkiego białego misia z różową kokardką.
-Jest twojej wielkości! Prawie! - zaśmiał się Dominic.
-Trzeba strzelić w dwanaście punktów? - spytałam dla pewności Dominica.
-Tak, ale nie licz na to. Nie trafisz.
Spojrzałam na niego unosząc brwi.
-Kpisz chyba. Patrz na to i się ucz.
Za czwartym razem strzeliłam wszystko bez powtórek i chybić, wygrałam Sophie misia. Była tak szczęśliwa, że nie dałoby się opisać tego słowami.
-Mój prezent urodzinowy, wcześniejszy niż planowałam... dla ciebie moja księżniczko. - pogłaskałam jej blond włosy, a ona przytuliła mnie mocno i podziękowała. - Wygrałam. - szepnęłam dumna do Dominica. - Wracajmy już, robi się zimno i ciemno.
W domu Sophie pochwaliła się swoim wczesnym prezentem a ja siedząc na schodach słuchałam jaka jest szczęśliwa. Nigdy nie miałam jako dziecko przeżyć tak naiwnej i cudownej za razem radości. Chyba nigdy nie było mi dane być szczęśliwym.
Dominic usiadł obok mnie i spojrzał na moją smutną, lecz delikatnie uśmiechniętą twarz.
-Jednak zły pomysł z Miasteczkiem? - spytał.
-Nie,nie... było... cudownie. Tylko... ja nigdy nie byłam tak szczęśliwa. To piękne jak dzieci cieszą się z mało istotnej rzeczy...
-Jest od ciebie. A Ciebie uwielbia. Na dodatek marzyła o takim. Zdecydowanie był na jej liście. Tylko... jedno mnie zastanawia... - spojrzałam na niego. - Skąd umiesz tak strzelać?
-Jeremy... jak miałam dwanaście lat i utraciliśmy rodziców... Jer mnie odnalazł. Po tym jak zemściłam się na każdym wilkołaku ktory zamordował mi rodzinę... młodszą siostrę... Jeremy zabrał mnie z Bułgarii do Londynu i tam gdy zabijał na zlecenia postanowił mnie tego nauczyć... strzelania... zabrał w las i uczył... miałam tyle lat... a szybko to pojęłam. Brat mówił,że jest ze mnie taki dumny... więc robiłam to potem na tym co wpadło mi w celownik. Ludzi zabraniał mi zabijać... wampiry, moją wtedy rasę... wystrzeliwałam jak kaczki... wilkołaki też... Pamiętam że miał broń której wtedy nie powinno być, wysoka technologia i dziwna substancja zawarta w dziwnej tytanowej pigułce... nigdy nie tłumaczył czemu i co tak właściwie robi.. ale nauczył mnie strzelania co potem mi się przydało.
-A czemu... jeśli mogę spytać... twój brat został zamknięty w grobowcu rodzinnym?
-Bo to przeklęte miejsce przez czarownice. Jestem czystą osobą, unikałam konfliktów z czarownicami, nie mogłam z nimi się porównywać. - ziewnęłam. - Nie miałam z nimi szans.
-Idziemy spać,co?
Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się w kącikach.
-Dziękuję jeszcze raz. - przytuliłam go nagle, a następnie odskoczyłam od niego.
Zdziwiona i zmieszana uciekłam do pokoju Dominica i schowałam się pod kołdrą przesuwając się na sam róg łóżka.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz