środa, 27 lipca 2016

Od Dominica

Wychodziłem z domu, gdy usłyszałem za sobą ciche wołanie.
- Jedziesz do tatusia prawda? - pisnęła Sophie zatrzymując się na schodach.
Pokiwałem powoli głową. Tej 'wizyty' nie mogłem wiecznie odkładać. Poza tym ciekawiło mi, czemu ojciec nie dając znaku życia od miesiąca, nagle chciał się ze mną widzieć.
- Poczekaj chwilę! - krzyknęła i pobiegła do domu. Po paru minutach wróciła z jakąś kartką w ręce.
- Daj mu to - szepnęła - Chciałabym... chciałabym, żeby pojawił się na moich urodzinach.
- Przekaż temu darmozjadowi, że dziadek jego córki wciąż oczekuje, że ruszy swoje szanowne cztery prezesowe litery i odwiedzi małą - krzyknął dziadek z wnętrza domu.
Sophie wyraźnie posmutniała. Westchnąłem.
- Na pewno dam mu twoje zaproszenie - uśmiechnąłem się, patrząc na piękny naszkicowany tort i zgrabne literki. Co jak co ale Sophie miała wyjątkowy talent do rysowania.
Dziewczynka uśmiechnęła się. Już wcześniej przekazałem prośby pełniącymi teraz służbę Carlowi i Alberto, aby mieli na oku Toby'ego (dziadka), moją mamę, Sophie.. no i Katherine. Wyjeżdżałem tylko dlatego, że wiedziałem, że uwinę się szybko a pijawki od paru dni nie pojawiały się na naszym terenie. Mieliśmy nadzieję, że dały już sobie spokój.
Mimo wszystko miałem lekkie obawy odjeżdżając spod domu. Gdzieś między drzewami przemknął szary dzień. Podejrzewałem, że Alberto stoi bliżej na straży, a Carl patroluje dalsze części lasu.
Gdy wychodziłem Kath jeszcze spała, więc nie żegnałem się.  Polubiłem tą pół-pijawkę, więc lekko mówiąc byłbym bardzo niepocieszony gdyby jej się coś stało. Nie spodobał mi się ten facet wczoraj, ale uśmiechnąłem się na wspomnienie jej morderczego ciosu.  Miałem nadzieje, że nie narobi żadnych głupot przez te parę godzin kiedy mnie nie będzie. Była zresztą pod obserwacją, więc o nic się nie martwiłem.
  Jadąc autostradą dużo myślałem. Zastanawiałem się, jak trzyma się Kim. Jej siostra na pewno dobrze się nią zaopiekowała, więc miałem nadzieję, że nie wpadła w jakąś depresję. Czułem, że powinienem sprawdzić co u niej, jednak na wspomnienie ostatniej sceny wzdrygnąłem się mimowolnie.
  Droga trochę mi się dłużyła. Zastanawiałem się co u nich słychać. Przypomniałem sobie wczorajsze naleśniki Kath i uśmiechnąłem się do siebie. Nigdy nie spodziewałem się takiego talentu kulinarnego u pół-wampira. Zastanawiałem się czym dziś podbije serce mojej mamy, Toby'ego i Sophie.
  Gdy w końcu minąłem granice Seattle, reszta drogi minęła mi szybko. Zaparkowałem volkswagen'a w podziemnym parkingu pod wieżowcem, gdzie znajdowało się biuro mojego ojca. Wsiadając do windy, przyciągałem wiele spojrzeń ludzi. Może dlatego, że wszyscy tu na sobie mieli eleganckie ciuchy a ja bluzę od dresu? Jednak gdy uśmiechnęła się do mnie nieśmiało brunetka spod ściany, zacząłem się zastanawiać czy tylko chodzi o bluzę.
  Biuro ojca było na ostatnim piętrze. Przechodząc do lobby, zobaczyłem na recepcji Alexandrę, dobrze mi znaną asystentkę ojca. Na mój widok ożywiła się nieznacznie i zignorowawszy klienta stojącego przed nią, powiedziała.
- Twój ojciec omawia sprawy biznesowe z klientem, będzie mógł cię przyjąć za...
Nie słuchając jej, bezceremonialnie przepchnąłem się przez kolejkę oburzonych ludzi i ruszyłem do jego gabinetu na końcu korytarza. Słyszałem kroki Alexandry za mną, jednak już nacisnąłem klamkę i wpadłem jak burza do środka.
  Ojciec nic się nie zmienił. Może bardziej osiwiał i zrobił się bardziej sztywny. Patrząc na mnie zamilkł i słuchał głosu dobiegającego z drugiej strony słuchawki.
- Tom... - przerwał mu - Oddzwonisz do mnie za 20 minut?
Jaki wspaniałomyślny. Dał mi aż 20 minut - pomyślałem ironicznie.
Ojciec rozłączył się i złączając końce palców świdrował mnie spojrzenie. Drzwi niespodziewanie się otwarły i usłyszałem głos Alexandry.
- Proszę pana mówiłam panu Dominicowi, że jest pan zajęty, jednak..
- Nic nie szkodzi moja droga - przerwał jej nie spuszczając wzroku ze mnie - Możesz odejść.
- Yhm.. No dobrze - odparła zmieszana i zamknęła za sobą drzwi.
- Chciałeś mnie widzieć - powiedziałem wrogim tonem przerywając ciszę.
- No tak - odparł spokojnie - Chciałbym wiedzieć, czy nie zmieniłeś swojego... poglądu na temat pracy w mojej firmie, a później przejęcia po mnie stanowiska szefa - powiedział od razu przechodząc do sedna sprawy.
Z niedowierzaniem wpatrywałem się w niego.
- I dlatego kazałeś mi jechać tu taki kawał drogi, żeby spytać mnie kolejny raz o to, dobrze znając moją odpowiedź? - wysyczałem coraz bardziej wściekły.
- Tak właśnie - odparł i w tej samej chwili zadzwonił telefon.
Odebrał wpatrując się we mnie. Po dłuższej chwili mruknął zadumany.
- Yhm... yhm... tak. Powiem Alexandrze żeby przygotowała odpowiednie dokumenty... Yhm.. Oczywiście. Jutro o 20? Yhm.. Tak Alexandra wyśle panu adres.
Zagotowało się we mnie ze złości. Widząc, że idę w kierunku jego biurka, powoli się rozłączył. Stanąłem przed nim drżąc. On też wstał.
- Mógłbyś chociaż raz w życiu poświęcić mi trochę czasu? Nie chodzi  o mnie. Jesteś mi obojętny. Chodzi mi o Sophie - powiedziałem i rzuciłem mu na biurko kartkę urodzinową od niej.
- Co to? - spytał i wziął ją do ręki. Czytał ją powoli, a ja wpatrywałem się w niego zaciskając szczęki.

image

- Hm... - mruknął - W najbliższą sobotę.. Postaram się - odparł obojętnie i usiadł z powrotem za biurkiem.
Pochyliłem się nad nim wściekły.
- Wiesz co Sophie mi powiedziała ostatnio? Twoje własne dziecko myśli, że jej nie lubisz. Nie interesujesz się nią. Chce na ciebie zwrócić swoją uwagę, jak tylko może. Przesyła ci codziennie e-maile. Odpisałeś w ciągu tego tygodnia chociaż na jeden? - wysyczałem.
- Interesują mnie losy moich dzieci - odparł niewzruszony - Wysyłam waszej matce co miesiąc dużą kwotę pieniędzy. Chyba mi nie powiesz, że wam czegoś brakuje?
Ryknąłem bezsilnie dostatecznie wytrącony z równowagi. Zacząłem drżeć na całym ciele.  Ojciec zignorował mnie i zaczął przeglądać dokumenty. Starałem się uspokoić zaciskając zęby.
- Jeśli się nie zjawisz... - zacząłem, nie wiedząc jak dokończyć groźbę. Odwróciłem się i ruszyłem do drzwi - Będziemy czekać.
- Moja propozycja w sprawie twojej pracy jest nadal aktualna! Przemyśl to sobie! - krzyknął za moimi plecami gdy szedłem już korytarzem.
Ludzie dziwnie się na mnie patrzyli, gdy szedłem kipiąc gniewem.
- Pierdolony ignorant - wysyczałem pod nosem wchodząc do windy.
Kiedyś taki nie był. Kiedyś - przed.. śmiercią mojego brata. Jose był starszy ode mnie ledwie 2 lata. Byliśmy... nierozłączni. Wspominanie jego sprawiało mi ogromny ból. Zawsze mogłem na niego liczyć. Gdy po raz pierwszy się przemieniłem... był przy mnie. Dzięki niemu nie oszalałem. On i Matt byli najlepszymi przyjaciółmi. Wszyscy mieszkaliśmy w wielkim domu tuż za Clearwater. Ojciec... zawsze był tylko człowiekiem. To przez geny matki i dziadka... byliśmy z Jose kim byliśmy. Matka zdawała sobie sprawę z tego co się dzieje, jednak już wcześniej sama była świadkiem jak przeobrażał się Toby. Ojciec dowiedział się o wszystkim po śmierci Jose.. Może to też spowodowało rozpad ich małżeństwa. Od ich jedynej i ostatniej rozmowy na temat tego kim naprawdę byliśmy...byłem.. ojciec nie poruszał więcej tego tematu. Udawał, że nie słyszał nic takiego.
Wraz ze śmiercią Jose rozpadła się moja cała rodzina. Matka zamknęła się w sobie i przestała mówić, dziadek stał się zgorzkniały i opryskliwy, ojciec starał się nie mieć z nami żadnego kontaktu. Moja druga siostra Sarah (tak miałem drugą siostrę) wyjechała i prowadziła... inne życie. Ale o tym narazie starałem się nie myśleć.
  Wracając do domu biłem się z myślami. Zawsze unikałem wspomnień, a teraz... kompletnie się rozłożyłem. Jose, gdybyś tylko wtedy nie poszedł na ten cholerny patrol... Minęły 2 lata od tamtej pory, a moja zaciekłość w walce z łowcami nie osłabła ani na chwilę.
  Dojeżdżałem już do Clearwater gdy usłyszałem dzwonek telefonu. Odebrałem pospiesznie i usłyszałem w słuchawce Cody'ego.
- Dominic.. Krwiopijcy pojawili się z powrotem w lesie. Biegnę pomóc chłopakom, bo narazie tylko Alberto i Carl stoją na straży do twojego domu.. A oni.. Chyba tam właśnie zmierzają - wyjąkał.
- Już jadę - odparłem zdenerwowany i rozłączyłem się.
W tym samym momencie dostałem przebłysku olśnienia. To nie na naszych rodzinach głównie chcieli się zemścić. Podstawowym celem była Katherine. Przecież to było takie oczywiste... Czemu nie wpadłem na to wcześniej? Chcieli ją wykończyć myśląc, że jest dla nas ważna. Pragnęli się zemścić za zabicie ich towarzyszy.
Zbladłem przerażony. Chłopaki biegli już na miejsce, ale tymczasowo domu pilnowało tylko dwóch z nich.. Domu w którym była mała dziewczyna, kobieta niemowa i starszy człowiek... no i Katherine.
Przyspieszyłem gwałtownie. Musiałem jak najszybciej tam się dostać. Inaczej mogło być już za późno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz