Praca. Pieluchy. Dziecko. Pieluchy. Dziecko. Praca.
Nie było mowy o nudzeniu się. Eryk świetnie sobie radził, przychodziły nowe upadłe anioły, nowe duchy a czyściec z czasem stawał się pustką. Gabriel na to pozwalał, ale niestety musiałam udzielić mu tam wstępu. Amy ze Stefanem zaczynali nowe życie, a ja świetnie sobie radziłam.
Leżałam na podłodze, na miękkim, czarnym futrze który robił za dywan w salonie. Syn siedział obok mnie tuląc do siebie misia, oglądając go na wszystkie strony i próbując gryźć jego ucho. Ja jednocześnie pracowałam na laptopie a jednocześnie pilnowałam dziecka. Gdy wybiła siedemnasta wstałam i pobiegłam do kuchni co chwilę patrząc na dziecko. Nalałam do buteleczki mleka i znów byłam przy synku. Wzięłam go na ręce i przyssał się do butelki. Uśmiechnęłam się, gdy wszystko wypił wiedziałam, że jest pora na spanie. Położyłam go w foteliku zasuwając na górę bardzo ostrożnie.
Musiałam skończyć tekst do siedemnastej trzydzieści. Inaczej kłopoty w pracy. Mimo opieki nad dzieckiem, sprzątaniem domu i obowiązkami związanymi z pracą dawałam sobie jakoś radę. Gdy odczuwałam brak '' trzeciej ręki'' prosiłam o pomoc Castiela gdy mógł. W innym przypadku opiekowała się nim Amy, a gdy ona nie mogła zostawiałam go pod czujnym okiem Gabriela. To było najpewniejsze bezpieczeństwo.
Wzięłam laptopa do pokoju syna i usiadłam na podłodze wracając do pracy. Gdy wybiła 17.26 czekałam dwie minuty i przed czasem wysłałam teksty do przejrzenia naczelnemu. Odgarnęłam włosy i stanęłam nad synem.
Bardzo go kochałam. I tak bardzo był podobny do Deana...
Usłyszałam pukanie. Zeszłam na dół i dobiegłam do drzwi.
-Tak? - wycedziłam zdyszana ciągłym bieganiem.
Sam?
-Cześć... - zaskoczona zrobiłam miejsce w przejściu. - Wejdź... przepraszam za... za bałagan... nie spodziewałam się gości... zaraz to posprzątam... Usiądź, rozgość się i daj mi pięć minut...
Zabawki schowałam w jeden róg, wzięłam papiery z dywanu i stolika, butelkę wrzuciłam do zlewu a oplamioną rzygami koszulkę szybko schowałam do prania zanim Sam zdążył się zorientować, że ona w ogóle leżała gdzieś tam w kącie salonu.
Poprawiłam włosy i usiadłam obok niego.
-Napijesz się czegoś? Piwo, wino,kawa... mam wszystko...
-Pijesz? - spytał lekko zdziwiony.
-Nie. Odstawiłam od kiedy urodził się syn.
-Już urodziłaś?
-Tak.
-Dean wie?
-Nie.
-Jak to?
Westchnęłam.
-Chyba będę to każdemu do usranej śmierci powtarzać - boje się reakcji Deana. Poza tym chcę by dziecko było bezpieczne.
-Rozumiem... A jakie mu dałaś imię?
-Jeszcze żadne... Mam zbyt wiele spraw na głowie... pracuję i jednocześnie muszę opiekować się dzieckiem, bawić się z nim, pilnować czasu by je karmić...
-Dajesz sobie radę...?
-Jasne, jasne. - odparłam szybko.
-Jeśli będziesz potrzebowała pomocy...
-Cas mi pomaga.
-Castiel? - zdziwił się.
-Tak. - kiwnęłam głową z lekkim uśmiechem. - Daje sobie radę.
Uniósł brwi.
-Nie uważasz, że Dean powinien wiedzieć?
-Jak to wygląda, Sam? Lucyfer chciał mieć wnuka, który będzie w stanie zniszczyć piekło i niebo. Wybrał mnie na matkę a Deana na ojca. Nie spaliśmy ze sobą... A jednak zaszłam w ciążę.
-Dean nie jest aż tak głupi, zna się na podstępach, wie do czego byłby zdolny Lucyfer... Poza tym to twój ojciec!
-Ale nie wiem jaki jest teraz. - przerwałam mu. - Słuchaj... nie wiem nawet gdzie szukać Deana. A nie rzucę wszystkiego i nie zacznę go szukać. Chciałabym żeby mój syn miał ojca... ale nie zmuszę Deana do ojcostwa wbrew jego woli. Mam na dodatek pilnować pokoju w tym moim nowym świecie gdzie teraz jest trochę przepych, Eryk daje im nowe domy...
-Czyściec upada. Nie boisz się archaniołów?
-Wyrazili na to zgodę.
-Co?
-Ufają mi... Umówmy się, że jeśli spotkasz Deana to powiedz mu, że muszę z nim porozmawiać.
-A jeśli nie będzie chciał...
-Powiedz prosto z mostu, że jest ojcem i ma podjąć decyzję. Jeśli nie uwierzy... jego sprawa. Jest też test na ojcostwo. Od niego zależy, czy przyjmie to dziecko czy nie.
Następnego dnia późno wróciłam do domu, około 20.40. Miałam być jak zwykle, o 15.15... ale musiałam spędzić kilka godzin na pomaganiu Erykowi w dyskusjach ze zbuntowanym duchem. Wysłałam go do sądu ostatecznego. Eryk nie znał się na tym, ja wiedziałam co robić, czasem potrzebował mojej pomocy. I w sądzie musiałam również brać udział i zdecydować czy wpuścić go do siebie.
Cas siedział na fotelu, trochę zmęczony z synkiem na rękach.
-Przepraszam cię Cas... naprawdę nie mogłam szybciej... - rzuciłam torby na podłogę i wzięłam dziecko od Castiela.
-Nie ma sprawy, Emilio.
-Czemu jeszcze nie śpi? Jest późno... - powiedziałam zmartwiona.
-Nie chciał... próbowałem wszystkiego ale...
Zasnął w moich ramionach.
Uśmiechnęłam się mimowolnie.
-Dziękuję za pomoc... i przepraszam... przecież mogłeś zawiadomić Amy...
-Dla mnie to czysta przyjemność. Czuję się, jakbym niańczył małego Deana.
Zaśmiałam się, ale zaraz trochę posmutniałam.
-Potrzebujesz jeszcze pomocy?
-Nie, dziękuję... naprawdę... - uśmiechnęłam się do niego szeroko i próbowałam jakoś objąć.
-Lepiej go połóż. - zniknął.
Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam nucić coś pod nosem. Chodziłam po salonie przez trzy godziny, nie mogłam spać. Wiedziałam, że jak zwykle zacznie płakać około czwartej więc byłam na chodzie. Wtulił się we mnie i tak spał. Miałam rację, płakał o 3.47. Uśmiechałam się i uspokajałam go, dalej nuciłam melodię i znów go uspokajałam.
-Nic się nie stało kochanie... jestem tu... mamusia tu jest. - głaskałam go po głowie i usiadłam na kanapie. Aiden wpatrywał się we mnie bacznie i obserwował.
Przy nim czułam się chociaż minimalnie bezpieczniejsza...
-Dlaczego płaczesz, hm? Przecież wszystko masz... czego ci brakuje...?
Pytam, jakbym nie wiedziała...
-Mi też go brakuje. Cśśśś... będzie dobrze, damy radę... Musimy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz