Od kilku godzin drogi słyszałam, czułam to, że ktoś mnie obserwuje. W lesie nie było nikogo oprócz mnie, tak mi się zresztą zdawało.
-A dokąd to, hm? - usłyszałam męski głos za plecami.
Stanęłam jak słup soli, nie ruszałam się, nie drgnęłam. To był ktoś obcy, na pewno.
-Języka w gębie ci zabrakło? - tym razem usłyszałam kobiecy głos, który zaraz wpadł w śmiech.
-Co tu robisz? W naszym lesie? - znów ten sam męski głos. - Albo odpowiesz, albo uznam cię za przystawkę.
Wampiry.
Odwróciłam się do nich wściekła, że weszli mi w drogę.
-A mówić umiesz? - spytał przypakowany facet który stał obok niej.
Na przedzie, wyprostowany i dumny jak paw (chyba ich przywódca...) obserwował mnie bacznie. Był tak samo biały jak pozostali jego towarzysze. Ich oczy miały piękny odcień czerwieni, patrzyłam się w nie bez krępacji. Były piękne.
-To nasz teren, czego tu szukasz? - odezwał się ten z przodu.
-Och, przepraszam najmocniej, las nie był podpisany, więc myślałam, że należy do wszystkich. - odparłam zirytowana. - Nie wchodźmy sobie w drogę, ja pójdę dal...
-Wyszczekana. - parsknęła blondynka.
Niska brunetka zaraz za nią wyszła przed ''szereg'' pijawek, podeszła do mnie i stanęła tak, że czubki naszych nosów prawie się dotykały. Patrzyła w moje oczy, złapała za dłoń i poczułam nieprzyjemny dreszcz.
Odskoczyła ode mnie i jak poparzona spojrzała do tyłu na swoich a potem znów na mnie.
-Katherine Pierce! - krzyknęła. - To ona, jak słowo daję! Katherine!
-Uspokój się Bethany. - odparł ''przywódca''.
-Katherine zdechła setki lat temu. - powiedział mięśniak.
Zaczęli się kłócić między sobą. Jedynie blondynka, ostrym wzrokiem próbowała mnie chyba zamordować.
-Przepraszam, że przerwę, ale trochę mi się spieszy więc jeśli to byłoby wszystko...
Przerwali kłótnię i wszyscy skierowali spojrzenia w moją stronę. Ich przywódca podszedł do mnie, musiał schylić głowę w dół by na mnie spojrzeć. Wpatrywałam się w niego i założyłam buntowniczo ręce.
-Co nam zrobisz, co? - roześmiał się. - Jest nas sześciu, a ty jedna. Na dodatek pół człowiek. Umiesz tylko szybko biegać i pić krew za pomocą nawet jeszcze nie dość wyrośniętych kłów.
-Rozmawiasz z Katherine Pierce, jedną z pierwszych wampirów na tej Ziemi, mogę was sprzątnąć w sekundę. A zdaje się, że jesteście młodsi i słabsi. - odparłam pewna siebie.
Przywódca uśmiechnął się i znów zbliżył niebezpiecznie.
-Kochaniutka, Katherine Pierce, ta prawdziwa zdechła i już nie wróci. Jesteś jej słabą kopią. - odparł i odepchnął mnie do tyłu.
Poleciałam kilka metrów dalej uderzając plecami o drzewo. Pomimo bólu wstałam i szłam w ich kierunku. Nie wiem czego chcieli ale powoli mnie zaczęli wkurzać.
Wybrałam drogę ucieczki, bo ona ostatnio jest mi przyjaciółką. Ruszyłam pędem przed siebie i jak najdalej od nich, nawet nie zauważyłam gdy minęłam drogę. Już mnie nie interesowała, musiałam od nich uciec a wciąż słyszałam jak poruszają się nade mną i za mną. Dwóch było na drzewach a czwórka za plecami. Nie dam im rady, już dość byłam osłabiona, walka byłaby bezcelowa nawet nic nie umiem, nigdy nie walczyłam, nie wykorzystywałam swoich zalet bycia połówką wampira. Tylko żywiłam się krwią która nawet nie zaspokajała moich potrzeb.
Przywódca dogonił mnie, złapał za skórzaną kurtkę i wyrzucił za siebie, wampiry w tyle mnie dopadły, a potem gdy wypiły ze mnie trochę krwi zostawiły i odeszły.Byłam zbyt słaba by wstać. Musiałam się jeszcze nauczyć wiele, a raczej wszystkiego czego nie miałam okazji pojąć wcześniej... tylko co robić...? Zdaje się nawet, że mam ranę otwartą na łydce i skręconą prawą rękę. Bosko...!
Straciłam przytomność...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz