sobota, 9 lipca 2016

Od Emilie

-Wychodzę.
-Znowu na cały dzień? - spytał przeczesując mokre włosy dłonią.
-Praca...
-Powiedz mi o co chodzi. - zatrzymał mnie, gdy biegałam po kuchni w jedną i w drugą stronę. - Oddalasz się ode mnie i naszego syna.
-Nie mogę Ci powiedzieć... nie teraz dobra?
-Czyli jednak jest coś.
-Idę do pracy... postaram się być wcześniej.

  Było mi okropnie, że nie mogłam porozmawiać o tym z Deanem, że musiałam go okłamywać. Abaddon trochę mi namieszał, widziałam to, ale nie chciałam, a raczej nie umiałam z tym walczyć. Było to trudne...
  Na początek miałam przeprowadzić wywiad z tym złapanym mordercą w miasteczku. Od razu poszłam tam i bez większych problemów mogłam porozmawiać z więźniem. Wpuścili mnie dzięki użyciu jednych z umiejętności które pokazał mi Abalam. To był dobry materiał a sama zastanawiałam się kto i po co podłożył ''aktorzynę'' zamiast Deana.
-Nie myśl sobie, że coś powiem dziennikareczko. - zaśmiał się.
-Hmm... może zdobędę nakaz na przeszukanie Twojego domu? Mieszkania? Mogę to zrobić i zrobię jeśli sam nie powiesz wszystkiego jak na spowiedzi.
  Wyciągnął nogi i wygodnie rozwalił się na krześle.
-Nie obchodzi mnie co zrobisz. To ja jestem tym który zabijał t...
  Uśmiechnęłam się.
-Nie wydaje mi się.
  Spoważniał.
  Usiadłam naprzeciwko niego.
-Gadaj kto i dlaczego kazał ci się podstawić?
-Gówno ci powiem, spierdalaj. Niczego się nie dowiesz.
-Zamknij się. - nakazałam nie odpuszczając.
-Nic ci nie powiem. - odparł spokojnie.
  Przegryzłam wargę.
-Kto ci podsunął pomysł?
  Milczał.
-Kto ci pomagał przy zabójstwach?
-Myślisz, że ktoś mi pomagał?
  Miałam ochotę rozwalić mu łeb o podłogę. Zacisnęłam dłonie i wzięłam kilka głębokich wdechów.
  Do środka wszedł policjant, zawołał mnie na zewnątrz a ja nie odrywając wzroku od tego śmiecia wyszłam powoli się uspokajając.
-Chodź, pogadamy Em.
  Fergie był moim dobrym znajomym jeszcze ze szkoły. Kiedyś nawet ze sobą byliśmy, ale mnie zdradził, jednak się kumplujemy. Jako że jestem dziennikarką przyda mi się ta znajomość bo zajmuje się zbrodniami, morderstwami, zaginięciami i pomaganiu w prowadzeniu śledztwa.
-Czemu uważasz, że to nie on? - spytał.
  Wzięłam jabłko z miski i ugryzłam.
-Nie mówię, że to nie on. Jakoś nie chce mi się wierzyć...
-To chłopak z ulicy, wychował się na zbrodniach, strzelaninach. Parę razy gościł tu na komisariacie bo gnojek się zbytnio panoszył. Ale myślisz, że to nie on czy dlaczego chciałaś się z nim spotkać?
-Redaktor naczelny chciał na ten temat spory materiał, musze popytać o wszystko. - wymyśliłam wymówkę, która okazała się tą dobrą.
-Co chcesz wiedzieć? - spytał siadając przy stoliku obserwując mnie. - Chcesz wiedzieć o jego bliskich?
  Spojrzałam na niego.
-Nie jestem amatorką, nie potrzebuję grzebać tam gdzie jest to zbędne. - odparłam. - Chcę mocnych informacji, coś, za co dostanę sporą kasę i za co może dostanę awans.
-U tego naczelnego amatora? - parsknął.
-Znasz go?
-Pewnie, jest śmieciem który nic tylko czeka, żeby kogoś wylać, trudno mu zaimponować.
-Zaimponuję mu, jeszcze jak... - pomyślałam na głos.
-Co chcesz zrobić?
-Co..? Ach, nic. Tylko ten materiał potrzebuję żeby przestał mnie tyrać w robocie...
-Aż tak źle?
-Wyjątkowo mnie obciąża sprawami które dawno temu się skończyły, albo zabójstwami. Interesuję się tym...
-Ta... ostatnio sporo zaginięć się pojawiło...
  Zamilkłam.
  Tym razem to ja jestem winna. Ja zabiłam. Wszystkich.
-Musze lecieć, ale dzięki za pomoc.
  Gdy miałam wyjść zatrzymał mnie jeszcze.
-Emilie...
-Hm?
-Zajrzyj do Williamsa Hoffera to...
-Wiem kto to, zajrzę. Wie coś?
-Wie sporo. - mrugnął do mnie. - Ale udaje że nic nie wie, nie mam podstaw żeby go zatrzymać. Przesiaduje w klubie na tej samej ulicy co zawsze.
-Dzięki. - uśmiechnęłam się i wyszłam.

  W klubie było mało ludzi, większość siedziała kompletnie schlana przy stolikach albo przy barze, tam mogłam ujrzeć Williamsa który już trochę spity siedział na krzesełku barowym waląc kolejnego shota. Usiadłam obok niego, nie wiem, czy mnie pamiętał, bo kiedyś była afera i jako początkująca zadebiutowałam, można to tak ująć, dobrym materiałem na temat tego jak ktoś wrobił go w zabójstwo swojej matki teraz próbuje ktoś wrobić w morderstwo żony.
-Czego chcesz?
-Pogadać. - poklepałam go po plecach.
-Pamiętam jak łaziłaś z glinami po moim domu i wszystko obserwowałaś, przesłuchiwałaś mnie. - zaśmiał się zachrypniętym głosem kontynuując. - Nie zabiłem Fiory... Nie chciałem nawet jej dotykać... głupia suka...
-Czyli nie kochałeś jej.
-Pff... - parsknął. - Ona nie umiała kochać, robiła wszystko żeby mnie pogrążyć. Dobrze, że zdechła.
-Powiedziałeś to policji, prawda?
-A co? Źle powiedziałem? Jestem szczery...Dobrze, że żre piach.
-Dlatego mają powody, by cię podejrzewać...
-Tylko to im powiedziałem a Fergie chroni mi tyłek za tamto...
-Wiem, znam tą historię.
-Znasz je wszystkie. - zaśmiał się. - Wszystkich znasz, którzy popełnili przestępstwa w Seattle... wszystkich.
-Powiesz mi coś więcej? Co możesz mi powiedzieć o tym seryjnym zabójcy? To on zabił?
-Nic już nie wiem. - odparł powoli zsuwając się z krzesła.
  Westchnęłam i odwróciłam wzrok.
-Powodzenia w sprawie, Emilie.
  Wstał i chwiejnym krokiem wyszedł z baru.

  Następnie czekała mnie nieprzyjemna rozmowa z Gabrielem. Przeniosłam się po wizycie w domu do czyśćca...Musiałam się tłumaczyć, już wiedzieli co się dzieje i nie podobało im sie to, że zabójstw jest coraz więcej i istnieją ślady diabła, albo diabelskiego pochodzenia.
-Wiesz, że podejrzewam sprawcę, prawda? - spytał Eryk.
-No? Kogo?
-Nie udawaj. Milczę dlatego, żeby dać ci jak najwięcej czasu na poprawę. Chronię ci tyłek, masz robić wszystko żeby przestać bratać się z tymi pomiotami piekła. Mam tego powyżej uszu. Upadłe anioły też, mają więcej roboty...
-To chyba dobrze, nie są tu by się lenić no nie? - uciekłam od tematu.
  Spojrzał na mnie zirytowany.
-Słuchaj, jeśli się sama nie poprawisz będę musiał podjąć pewne kroki...
-Co zrobisz, co? No co chcesz zrobić? - spytałam zdenerwowana.
-Zakładam, że Dean o niczym nie wie...
-Nie powiesz mu.
-Gabriel tez nie wie...
-Eryk, zamknij się. Nic nikomu nie powiesz, sama to załatwię...
-Jeśli nie, skontaktuje się najpierw z Deanem, może on cię postawi do pionu.
  Wróciłam na ziemię do domu...

  Tam czekał na mnie Dean, stał z założonymi rękami a ja tylko patrzyłam na niego wyczekując co ma mi do powiedzenia bo nie zapowiadało się na przyjemną rozmowę.
-Mogłabyś przestać... zadawać się z Abaddonem i Abalamem na jakiś czas?
-Znowu o to samo?
-Nie pasuje mi to, że się kręcą wokół Ciebie. Ja wiem, że oni są braćmi ale są też do cholery diabłami!
-Są w ludzkiej postaci...
-Ale to diabły!
-Czasem przypadki się zmieniają... - zaczęłam.
-Przypadki?!Od wieków była z nimi odwieczna walka, nie jednego zabili i niejednego zabiją! Mogą chcieć cię przeciągnąć na swoją stronę!
-Dean... ja... na razie jest wszystko... pod kontrolą...
-Nie brzmiało to przekonująco.
-Jest dobrze... naprawdę...
  Westchnął ciężko.
-Koniec z nimi.
-Zaczną tu przychodzić... chodzić za mną...
-To ich ustawię jak trzeba? - parsknął.
-Dobra... postaram się coś z tym zrobić...
-Mam nadzieję.
  Odwrócił się i ruszył przed siebie.
-Dean...?
-Co?
-Kochasz mnie w ogóle?
  Uśmiechnął się i podszedł do mnie.
-Nie, tak tylko udaję że się o Ciebie martwię i chce wybić te diabły które kręcą sie dookoła.
-Tak myślałam.
  Zaśmiałam się i pocałowałam go.
  Musiałam powoli wszystko zacząć naprawiać... Tylko jak to zrobić z braćmi by nie wprowadzić ich w gniew...?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz