Powoli zaczynałam sobie wszystko przypominać. Gdy leżałam na brzegu, dolna część ciała maczała się w wodzie miałam chwilowe przebłyski z dawnego życia.
Uciekałam przez las przed kimś. Uciekałam co tchu, uważając by nie przewrócić się przez swoją długą suknię. Byłam nieco dalej od osób które goniły mnie nie zbaczając z tropu, słyszałam szczekanie psów gończych i szelest liści za swoimi plecami. Schowałam się za drzewem, patrząc przez ramię czy nikt nie idzie, ile mam czasu na regenerację. Nie mogłam ustać zbyt długo, usłyszałam blisko siebie łamanie cienkich gałązek, ruszyłam przed siebie i wpadłam na... Elijah...
Był księciem, którego naprawdę umiałam pokochać... jednak ojciec nie pozwalał mi za niego wyjść a ponad to byłam już narzeczoną Klausa... nie miałam większego wyboru. Nie miałam go w ogóle.
Zakrył mi usta dłonią i szeptał, bym się uspokoiła. Jednak mój oddech był tak szybki jak bicie serca, zresztą ono zaraz wyskoczy mi z piersi jeśli nie złapię oddechu choć na chwilę, a było to niemożliwe.
-Przekażę cię Klausowi. - zaczął spokojnie. - Odbierze cię z portu...
-Nie,nie,nie! Klaus chce mnie zabić! To on nasłał na mnie tych ludzi! - wyrwałam się z jego objęć. - Idą.. idą... o nie!
-Klaus cię nie zabije, to nie jego ludzie...
-Właśnie o to chodzi, żebyście wszyscy tak myśleli... uwierz mi, on chce mnie zabić...
-Klaus to mój brat, nie mogę mu nie ufać...
-A ja?!
Zamilkł, pociągnął mnie na konia i odjechaliśmy, słyszałam tylko strzały i szczekanie wściekłych, zdeterminowanych psów gończych które były tuż za nami...
Otworzyłam oczy, dzwoniło... coś... nigdy czegoś takiego nie widziałam.... Wyszłam z wody, wystraszona jej lodowatym ''dotykiem''. Podczołgałam się pod skały tuląc do siebie telefon. Był wodoodporny, nawet o tym nie miałam pojęcia...
W mojej głowie huczały różne imiona, których wcześniej nie słyszałam. Serce biło mi jak oszalałe, przeciągnęłam zielony przycisk i przyłożyłam do ucha... co do u diabła jest?
-Amy?
Katherine... jestem Katherine...
-T-tak... t-to... ja... - wycedziłam zmarznięta. - Zabierz mnie stąd!
-Żyje? Gdzie jest? Gadaj! - usłyszałam w tle głos... ma chyba na imię... Dean...(?)
-Gdzie jesteś?
-Czemu d-dzwonisz...?
-Pytam, bo tak się składa, że chciałbym mieć cię na oku. Nie tylko ja.
-Nie wrócę do was... nie wierzę wam... wszyscy kłamiecie... w-wszys-scy...
-Radziłbym żebyś jednak rozważyła opcję powrotu... dobrowolnie.
-Nic już nie wiem... Nic... wszystko wam powiedziałam, dajcie mi spokój!
-Umiem tylko zlokalizować gdzie jesteś...
Gdy to powiedział przeszukałam wszystkie kieszenie. Znalazłam pluskwę, świeciła się. Jednak była ona pod moją skórą.
-T-tak...? - spytałam udając zupełnie zaskoczoną.
-Jednak nie mogę tego zrobić bo wydaje się, że jest zalana... zanim wyschnie trochę to zajmie. Więc oszczędź mój czas i powiedz, gdzie jesteś. Bo gdy byłaś w tamtym lesie wybiegłaś aż na drugi koniec miasta aż do zalesionych terenów, chyba się zgubiłaś, co?
-Co? - spytałam zamyślona, szukałam rzeczy którą mogłabym rozciąć skórę.
-Podaj miejsce. Za pół godziny powinienem ustalić twoje miejsce pobytu, ale to zbyt długo.
Wysunęły mi się kły, zrobiłam to ledwo ledwo bo byłam bardzo osłabiona. Byłam pół wampirem, pół człowiekiem więc mój stan był nie tyle zły co tragiczny. Jeśli rozetnę sobie skórę może wdać się zakażenie...
Wgryzłam się w nadgarstek i przez dziurkę która prowadziła do środka wyjęłam palcami mały czip. Zgniotłam go i wrzuciłam do wody, a ranę zawiązałam kawałkiem materiału z mojej koszulki, tylko tyle byłam w stanie zrobić... Na razie musiałam wyrzucić również telefon do wody, najpierw zniszczyć a potem dopiero wyrzucić. Stefan był hakerem, niezastąpionym, był genialny w tropieniu ludzi przez czipy i nadal pozostaje pytanie skąd i jak mi go wszczepił w skórę.
-P-pieprz-cie się...
Rozłączyłam się, złamałam to cienkie dziwne coś wpół i wyrzuciłam do wody, daleko do wody.
W nocy było okropnie zimno, byłam w jednym z zimniejszych stanów w Ameryce, byłam przemoczona i głodna, oczywiście to nie problem sobie coś upolować, jednak nawet nie mogłam szybko biegać jak wampir bo byłam za bardzo oslabiona. Wpatrywałam się jedynie w sarnę niedaleko. Patrzyła się na mnie, jakby się ze mnie wyśmiewała.
-Takie to śmieszne? Ty sobie zajadasz trawę, a ja nawet suchego chrupka nie mam.
Skubnęła trawę. Chamstwo!
-Chociaż wiesz kim jesteś... Ja... nawet mi się pomieszało... przypominam sobie rzeczy z mojego pierwszego życia... i drugiego naraz... jakbym rodziła się na nowo i wszystko przypominała...
Sarna odbiegła nagle w głąb lasu.
-Pewnie, uciekaj sobie. Jasne.
Kiwnęłam głową.
Musiałam znaleźć jakąś cywilizacje, tylko jak skoro jestem w środku wielkiego lasu i nawet nie wiem jak z niego wyjść?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz