niedziela, 31 lipca 2016

Od Dean'a

A więc stało się. Znów współpracuje z Izabellą.
To w sumie zabawne, gdy widzieliśmy się ostatnim razem
miałem szczerą nadzieję, że po raz ostatni będę musiał
z nią współpracować. Nie żebym jakoś bardzo jej nie lubił,
uważam ,że była nawet całkiem znośna i zawsze dobrze się
bawiliśmy, chociaż wiązało się to także ze złośliwymi
komentarzami, gdy nie potrafiliśmy się dogadać.
A teraz gdy spapraliśmy jej trochę życie, dogryzek
nie będzie końca.
Pierwszy raz spotkaliśmy się z nią, gdy dowiedzieliśmy
się ,że Crowley usilnie próbuje ją odszukać od kilku
lat, a my akurat wtedy potrzebowaliśmy jego pomocy,
w tamtym czasie gdy byłem człowiekiem, kontakt
z królem piekła był ograniczony, mało prawdopodobny.
Posłużyła nam wtedy za przynętę, ale dzięki temu
zagwarantowaliśmy jej spokój na kilka lat.
Już wtedy była nieznośna, uszczypliwa, i marzyłem
o tym by więcej jej nie musieć oglądać, chociaż była
bardzo atrakcyjna.  Niestety do drugiego spotkania doszło
stosunkowo niedługo, a było to gdy nad mną zapanował
anioł i żeby się go pozbyć potrzebna była pomoc Crowleya.
Oczywiście wtedy także była przynętą, jednak wtedy nie
udało nam się wynegocjować dla niej taryfy ulgowej.
Po tych wydarzeniach po prostu zniknęła
swoją drogą ciekawe co robiła, zapewne uciekała przed Crowley'em.

Wyszedłem z auta by zapłacić za paliwo. Jechaliśmy już dość
długo, dla brata musiałem opuścić Emilie i Richa, wierzyłem ,że
sobie poradzą, zostawiłem ich jedynie z kartką pozostawioną na
mojej stronie łóżka, nie tłumaczyłem jej dlaczego znikam, gdzie
i kiedy wrócę, po prostu napisałem ,że muszę odejść, może teraz
tego nie zrozumie ale później myślę ,że tak. 
Wróciłem do punktu wyjścia, jestem teraz ja, impala, brat którego muszę
uratować i przepyszne ciasto które kupiłem przed wyjazdem a no tak
jeszcze Iza jedzie ze mną. Dobrze ,że śpi i nie muszę słyszeć jej gadania.
Podchodząc do auta zauważyłem ,że ona już nie śpi
-Hej- rzuciłem wsiadając do auta z szerokim uśmiechem na myśl o ciachu- Widzę ,że
już się poczęstowałaś mandarynką (nie kupiłem tylko ciasta, były też tam żelki,
czekolada, jogurty, kanapki, chrupki no i pomarańcze) Mogłabyś wyjąć mi ciasto?
-Jakie ciasto? -zmarszczyła czoło
-To cudo z czekoladowymi wiórkami na wierzchu i jagodowym nadzieniem.
-Ach, tooooo - uśmiechnęła się i momentalnie zbladła- Zjadłam je
-Co?- spojrzałem na nią z niedowierzaniem - Zja-zjadłaś moje ciasto?
To chyba jakiś żart.
-Nie bardzo
-Poważnie zjadłaś moje ciasto?! - krzyczałem- Jak mogłaś to zrobić!?
-Przepraszam, ok?! -podniosła głos-Nie wiedziałam ,że jest to zakazane.
-O tak, zakazane! Nidy więcej nie waż się tknąć MOJEGO ciasta!
-Hej, hej przecież przeprosiłam.
Obraziłem się na nią, włączyłem rockową składankę najgłośniej
jak sie dało i ponownie wjechałem na autostradę.
Nigdy jej tego nie wybaczę, niech zginie w piekle.
-Debil- powiedziała pod nosem myśląc ,że nie usłyszę.
Skorzystałem z tego że byłem rozpędzony, gwałtownie zahamowałem a ona poleciała
z impetem do przodu. Zaatakowała mnie spojrzeniem i zapięła pasy.
-Daleko jeszcze? - jęknęła
-Pół godziny, godzina- burknąłem
-O matko- westchnęła ciężko- Może w coś pogramy co?
Spojrzałem się na nią wymownie, ale nie zamierzałem odpowiedzieć.
Wywróciłem oczami, a po chwili ponownie skupiłem się na drodzę.
-Widzę ,że jesteś niesamowicie rozmowny dziś. Mozę jest jednak coś
o czym chciałbyś porozmawiać?
Cisza.
-Wiedziałam ,że podróż z tobą będzie ciekawa, ale nie sądziłam ,że aż tak.
-Od dziecka tyle gadasz?- syknąłem nadal obrażony za ciasto, ona musiała wiedzieć,
że to mnie zaboli więc ugryzła mój słaby punkt, na pewno...
-Bardzo zabawne. Gdybyś chciał wiedzieć to od dziecka byłam dość ciacha,
bo cały czas musiałam ciekać przed demonem o imieniu Crolwey, którego
dobrze znasz, żyłam w ciągłym stresie.
-Słyszałem o twoim bracie- wtrąciłem, już spokojniejszym tonem - To był świetny koleżka.
Uśmiechnęła się blado. Chyba było jej miło usłyszeć te słowa. Jej brat zginął
jako ostatni z rodziny, kilka miesięcy temu podczas jednej ze spraw.
Ona najpewniej nie wiedziała w jaki sposób ale na pewno podejrzewała
jednego demona.
O jej przeszłości wiem tyle ,że jej rodzina należała do tych szczęśliwców których
odwiedził archanioł Gabriel i przekazał małej dziewczynce wielka moc, a później
pojawił sie Crowley który chciał tę moc dla siebie. Później przez lata wraz z rodziną
była w ciągłej podróży. Jej rodzice chcieli uratować wszystkie dzieci ale prawda
jest taka że to ona była zagrożeniem i koniec końców ciągłe pościgi odebrały jej
całą rodzinę i teraz musi radzić sobie sama.
-Czy ty w ogóle poznałeś go kiedyś? - zmarszczyła czoło.
-Jasne, w Chicago byłaś z nim.
-Chicago? Tam pracowaliśmy nad sprawą z duchami... pamiętam.
-Jesteś okropnym kompanem do podróży- westchnąłem wywracając oczami
Uśmiechnęła się triumfalnie.
Reszta podróży minęła mi całkiem dobrze, ona siedziała cicho wyraźnie znudzona,
czasami posyłała mi tylko spojrzenie mordercy, jakby chciała mi oczy wydłubać ale
muzyka i dźwięk silnika była kojąca dla moich uszu, kochałem to, byłem głupi zostawiają
tą przyjemność na tak długo.
Dopiero gdy minęliśmy znak wjazdu do miasta, ona się ożywiła, a ja wręcz przeciwnie,
były godziny szczytu co równa się z korkami, świetnie...
-Więc...Jak zamierzasz przekonać tę czarownicę, żeby nam pomogła? Bo rozumiem ,że
trening wykluczamy.
-Wisi mi przysługę.
-Serio?- uniosła znacząco brwi- A jak się nie zgodzi? Zakujesz ja w kajdanki przy
wszystkich?
-Coś wymyślimy- rzuciłem lekko- Będziemy improwizować. Na twoim miejscu raczej bałbym się
co będzie gdy się nie zgodzi.
-Tak potrafisz podnieść mnie na duchu.
Rozbawiony pokręciłem głową i zatrzymałem się przy kawiarni, w której umówiłem się
z pewną kobietą.
Iza samotnie weszła do środka ponieważ ja musiałem się przebrać, musiałem wyglądać równie
elegancko jak kobieta która zaraz się pojawi.
Zdążyłem się przebrać i wyjść z auta gdy nieopodal zauważyłem piękną blondynkę,
to ona mogła nam znacząco pomóc. Porozumiewawczo na siebie spojrzeliśmy i weszliśmy
do środka. Iza wybrała stolik znajdujący sie na środku sali. Miała założoną nogę na nogę,
i przyglądała się kelnerowi zagryzając usta, ale gdy nas zauważyła , od razu zmierzyła
nas wzrokiem.
-Hej Izka, bo jeszcze go pożresz tym zachłannym spojrzeniem - rzuciłem rozbawiony stawiając
3 szklanki na stole- Izabello poznaj Caroline, Caroline poznaj Izabelle.
Zlustrowała ją wzrokiem od góry do dołu. Miała co podziwiać, Caroline ubrała się
równie elegancko jak ja. Miała złociste włosy, lekko kręcone na końcach, a pełne różowe
usta uśmiechały się do niej ni to pogodnie ni pogardliwie. Izabela również się uśmiechnęła
robiąc miejsce dziewczynie.
-Więc? - spojrzała na nas znacząco
-Spodoba ci się to co ona powie- rzuciłem uśmiechając się zadziornie.
-Dean, powiedział mi czego ode mnie odczekujecie i owszem, mogę wam pomóc, ale tylko
w pewnym stopniu
-Co to znacz? - zmarszczyła czoło- Jakieś szczegóły?
-Aby obudzić w Tobie moc Boga najpierw musisz obudzić w sobie ,,ciemną stronę"
-Ciemną stronę mocy. Twoim Yodą ja będę - rzuciłem rozbawiony, próbując naśladować
głos Yody.
-Jesteś żałosny - syknęła, a następnie skupiła wzrok na czarownicy- Co to znaczy?
-Każdy z nas ma swoją dobrą i zła stronę. Chcąc obudzić moc Boga musisz pozbyć sie tej złej,
a aby tego dokonać, będę musiała użyć odrobiny magii, która sprawi, że sama zechcesz obudzić
tę ciemną stronę. Gdy już to nam sie uda będziemy musieli zniszczyć twoją złą stronę
tak aby ta dobra była jak najbardziej spotęgowana. Jest to trudniejszy scenariusz, wiążący
ze sobą kilka możliwych powikłań.
Postanowiłem wykorzystać ten moment i sam dokończyć wyjaśnienie.
-Moglibyśmy to zrobić inaczej, ale drugi sposób wymaga zabicia 3 cząstek Lucyfera a wiesz
,że w obecnej sytuacji jest to nie możliwe.
-Jakie powikłania?
-Tego nie wie nikt - rzuciła blondynka upijając łyk kawy
-Cudownie.

Jeszcze tego samego dnia wzięliśmy się do pracy. Pojechaliśmy do domu Caroline
i związaliśmy sznurkami nadgarstki Izabelli do krzesła. Gdy blondyna przygotowywała
się do pracy Iza spojrzała się na mnie
-Wiec...Powtórzmy. Co właściwie zaczniecie ze mna robić? U
Uśmiechnąłem się zadziornie i po raz kolejny zacząłem jej mówić wszystkie etapy procesu.
-Najpierw Caroline będzie chciała wywołać w tobie najsmutniejsze wspomnienia, takie które
dotkną twojej duszy do tego stopnia, abyś chciała przestać czuć ból.
Wtedy będziesz mogła obudzić tę ,,ciemną stronę" która będziemy musieli zniszczyć.
-Ale jak?
-Najprawdopodobniej rozdzielisz się na dwie osoby, i wtedy zabijemy tą gorszą.
-To będzie już proste, jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli tobie nic się nie stanie.-dodała
Caroline
-Cudownie marzyłam o tym całe życie - rzuciła posyłając mi zimny uśmiech.
W pomieszczeniu nagle rozbłysły płomienie świec. Poprawiła się na krześle i skupiła
wzrok na blondynie. Kobieta zaczęła mamrotać pod nosem, słowa które z pewnością
Sammy by zrozumiał, ja tylko kojarzyłem te frazy.
Zdezorientowana Izabela rozglądała się po pomieszczeniu, ja ze spokojem przyglądałem
się ceremonii, bezpiecznie siedząc na krześle pod ścianą.
-Izabello - odezwała się nagle, a jej głos nawet u mnie wywołał fale dreszczy, ciekawe co
czuła Iza. - Jak się czujesz z myślą ,że cała twoja rodzina nie żyje?
-A jak myślisz? - rzuciła wywracając oczami- co to za głupie pytanie?!
-Odpowiedz!
-Źle, ok? -syknęła
-A ze świadomością, że to twoja wina? - jej głos był spokojny- W końcu gdybyś się
nie urodziła oni wciąż by żyli....
I tak sie to ciągnęło jak dla mnie wieki, ponieważ po kilku słowach weszły w dialog mentalny,
widziałem na twarzy Izabelli wiele emocji w jednym czasie, musiała widzieć coś naprawdę
przykrego. Blondynka wpatrywała się w nią w milczeniu. Po czole Izy zaczęły spływać krople
potu. Spojrzała w moim kierunku. Jej oddech był bardzo przyśpieszony, dyszała cicho.
Nie znalazła u mnie wsparcia w żadnym geście czy w spojrzeniu, w tym momęcie
myślałem tylko o Samie. Następnie jej wzrok powrócił na Caterinę, i znów nic
się nie zmieniało tylko ilość potu się zwiększyła, więc sięgnąłem po chusteczkę leżącą
obok i wytarłem pot z czoła Izy. Widziałem ,że z trudem uchylała powieki, była przerażona.
Dostała drgawek, rzucała się i miotała na krześle, dobrze ,że nie zapomnieliśmy jej
przywiązać. Trwało to spory kawałek czasu ale gdy się uspokoiła i otworzyła oczy,
byłem już spokojniejszy a nerwy uszły z mojego ciała. Spojrzała się na czarownicę
a później na mnie, posłałem jej zadziorny uśmiech, ona mi również.
-Nawet sobie nie wyobrażasz jak przyjemnym uczuciem było wbicie sztyletu prosto w twoje
serce- trochę się zdziwiłem - chociaż założę się ,że oglądanie moich tortur sprawiało
tobie równie wielką przyjemność.
-Udało się? - rzuciła Caroline
-To ty nie wiesz? - syknęła
-Robiłam to pierwszy raz, teraz powinna się pojawić twoja kopia obok- zamyśliła się - coś
poszło nie tak...
Po tych słowach zalała mnie fala ciepła, byłem zdenerwowany ja nigdy trudno było mi
powstrzymać emocje ale przez zęby zdołałem wycedzić.
-I co mamy teraz zrobić?
-Wyjedźcie gdzieś, w bezludne miejsce i tam poczekajcie na efekt, może to zająć
jakiś tydzień.
-Sammy nie ma tygodnia!- wybuchnąłem
-Więcej nie mogę zrobić
Razem z Izą pośpiesznie wyszliśmy na zewnątrz, kipiący złością kręciłem się koło impali,
szukałem czegoś na czym będę mógł się wyładować. Gdy nagle zadzwonił mój telefon, pośpiesznie
wyjąłem go z kieszeni i obrałem nie patrząc na to kto dzwoni
-Czego?! - wybuchnąłem komuś do słuchawki
-Em.. Dean? Może trochę grzeczniej... z tej strony Dick, polujesz jeszcze?
Odetchnąłem by się uspokoić, na myśl o powrocie do polowań nieznacznie się uśmiechnąłem.
-No pewnie, gdzie jest problem?
-Clearwater, wilkołaki i wampiry, natknęliśmy się na nich jakiś czas temu i już zdążyli
zabić naszego, więc sam rozumiesz...Ellen dopiero się szkoliła...
-Tak się składa ,że jesteśmy niedaleko, znajdę mieszkanie i zajmę się tym.
-Dzięki, i Dean? To była moja córka.
Rozłączyłem się. Jaki debil bierze dzieci na polowanie.


-Dalej księżniczko, nie mamy całego dnia - rzuciłem oschle wyskakując z czarnej Impali.
-Już królewiczu- gdy usłyszałem trzask drzwi mojej dziecinki miałem ochotę rozerwać
Ize na strzępy, ale tylko rzuciłem oschle.
-Mogłabyś być dla mojej dziecinki trochę delikatniejsza?
-Hmm... nie
Coraz bardziej działała mi na nerwy.
Mieliśmy szczęście w nieszczęściu, znaleźliśmy domek w ustronnym miejscu, gdzieś
w lesie ale ta rudera średnio nadawała się do mieszkania, owszem było sporo pokoi i
wyposażenie ale pleśń i odchodząca farba ze ścian potrafiła zgorszyć na tyle by odmówić sobie
kolacji.
-Witam Cię w skromnych progach tej o to willi - powiedziałem z rozłożonymi rękoma do Izy.
-Rzygnę - zgorszyła się - jak ja mam tu mieszkać, to musisz to posprzątać
-Ty to zrobisz ja idę spać do impali, papa kochanie słodkich snów
-Oooo jak uroczo - powiedziała z nutką złośliwości
-To nie do ciebie, mówiłem do impali

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz