wtorek, 26 lipca 2016

Od Dominica

  Powiedzieć, że byłem zmęczony to kolejne okropne niedopowiedzenie. Byłem wyczerpany. Teraz gdy z powrotem zamieszkałem w Clearwater pracowałem na pełnych obrotach.
Przypominając sobie jaką scenę urządziła mi Kim, wzdrygnąłem się mimowolnie.  Wczoraj wcześnie rano pojechałem do Shelton, aby ostatecznie rozmówić się z nią i... wyprowadzić się. Ta rozmowa nie była ani przyjemna ani łatwa. Gdy wszystko spokojnie wytłumaczyłem Kimberly - uzasadniając przede wszystkim, że od dłuższego czasu wszystko się między nami wypaliło - wpadła w niewysłowioną furię.  Podczas gdy ja pospiesznie pakowałem wszystkie swoje rzeczy do torby (a nie było ich dużo) ona oskarżała mnie o rozpad 'naszego związku' zaczynając od mojego braku czasu dla niej, przechodząc do mojego 'pieprzonego psiego życia' (tak to dosłownie określiła) a kończąc na tym, że zdradziłem ją 'z tą dziwką która mieszka w twoim domu'. Przypomniała mi, że z nią nigdy nie chciałem zamieszkać w Clearwater, ze względu na jej bezpieczeństwo, ale najwidoczniej sytuacja tej (tu zmieniła epitet) szmaty nie dotyczy. Parsknąłem śmiechem słysząc jej absurdalne oskarżenia, nie mając siły tłumaczyć że Kath to dobra koleżanka i że każdą dziewczyną na jej miejscu zająłbym się tak samo. Że dlatego nie chciałem by mieszkała w Clearwater bo gdy zaczęliśmy się spotykać ani ja ani moi towarzysze nie byli tak powściągliwi w gniewie jak teraz... No może wykluczając Huga..
   Jednak nawet jej oskarżenia nie były takie okropne w porównaniu ze sceną jaką urządziła gdy wychodziłem z domu. Padła mi na kolana i wyjąc (tego chyba nie można było nazwać płaczem) błagała żebym nie odchodził. Pokręciłem z niedowierzaniem głową. Nie mogłem uwierzyć, że ta spokojna, opanowana może trochę zakręcona dziewczyna z którą zacząłem się spotykać parę miesięcy temu to ta sama, która teraz trzymając mnie za nogi nie pozwalała mi wyjść. Ta cała sytuacja zaczynała mnie powoli bawić, bo wyobraziłem sobie jak zareagują chłopacy gdy zobaczą w moich myślach, jak Kimberly nie pozwala mi odejść.
- Kim przestań... - mruknąłem zniecierpliwiony odrywając jej ręce od mojego ciała - To że sie rozstajemy nie zmienia faktu że zawsze możesz na mnie liczyć... pogadać... przyjechać..
Przed oczami stanęła mi wizja przyjeżdżającej codziennie Kimberly i błagającej mnie o powrót do niej, więc szybko dodałem - Twoja siostra już tu jedzie, dzwoniłem po nią.
W końcu udało mi się jej wyplątać. Gdy zobaczyłem ją skuloną na podłodze zrobiło mi się jej okropnie szkoda, ale wiedziałem, że nie mogę zostać.

Gdy później na patrolu Flynn zobaczył widok Kimberly nie chcącej wypuścić mnie z domu.. rżał, a raczej szczekał ze śmiechu.
- Będzie problem gdy potraktuje twoje zaproszenie dosłownie i zacznie tu przyjeżdżać - powiedział już po swoim ataku wesołości.
Na szczęście dni mijały, a Kim nie pojawiała się. Mieliśmy za to inny problem.
Ocalali po walce krwiopijcy bez przerwy zapuszczali się na nasz teren. Nie mieliśmy pojęcia o co im chodzi. Dwie kobiety i jeden mężczyzna. Wręcz igrali sobie z nami. Zawsze zmierzali w kierunku centrum Clearwater... na którym po drodze stał mój dom. Niedaleko zresztą mieściły się domy Matta, Flynna i Huga. Do Carla było trochę dalej, a Alberto i aktualnie przebywający poza stanem Donato mieszkali po drugiej stronie miasteczka (byli braćmi). Do Cody'ego było mi najbliżej, bo mieszkał zaraz po sąsiedzku.
W każdym razie Matt zdążył wysnuć już teorię. Według niego pijawki wracały uznając że rodzina członków sfory będzie dobrym kąskiem, a zarazem nauczką dla nas. Z pozoru było to logiczne.. Ale tylko z pozoru, bo coś mi w tym nie dawało spokoju. Coś z jednej strony tak oczywistego... a z drugiej... hm no właśnie.
Siedząc na kanapie i bijąc się z myślami nie zauważyłem jak w salonie pojawiła się Kath. Była 4 nad ranem więc trochę się zdziwiłem. Zerknąłem na nią i poklepałem poduszkę, aby wygodnie się ułożyć.

image

- Czemu nie śpisz? - mruknąłem po dłuższej chwili milczenia.
- Mam wyrzuty sumienia, że potrzebując snu bardziej niż ja, śpisz na tej wąskiej kanapie, a ja w twoim wygodnym łóżku - odparła bez cienia zmieszania.
- Ta kanapa wcale nie jest taka niewygodna - odparłem z lekkim uśmiechem i żeby zademonstrować jak mi się na niej 'dobrze' śpi, rozłożyłem się i przeciągnąłem.
Przypatrywała się mi przez chwilę po czym podeszła i bezceremonialnie kazała mi się odsunąć.
Gdyby chłopaki ze sfory zobaczyli ze siedzę w samych bokserkach o 4 nad rano koło pół-wampirzycy, za którą bynajmniej nie przepadali, w najlepszym przypadku... mocno by się zdziwili. Parsknąłem śmiechem wyobrażając sobie minę Huga lub Flynna.
Dziewczyna jakby czytając mi w myślach spytała.
- Oni mnie nie lubią.. Prawda? - spytała nieśmiało. Zaskoczyła mnie. W żadnym wypadku nie wyglądała na nieśmiałą osobę.
- Ee... - zająknąłem się nie bardzo wiedząc co powiedzieć - Nie powiedziałbym, że cie nie lubią. Nie znają cię po prostu i... tyle - zakończyłem dość niezdarnie swoją odpowiedź.
Nagle uśmiechnęła się lekko. Widząc ją po raz pierwszy tak szczerze uśmiechniętą do mnie, nie mogłem się nie roześmiać.
- Co cię tak śmieszy? - spytała zdezorientowana marszcząc brwi.
- Jesteś... - zamilkłem szukając odpowiedniego słowa - Zupełnie nie z tej epoki.
- Nie z tej epoki mówisz... - mruknęła po czym szybko dodała - Czemu mnie wtedy po prostu nie zostawiłeś?
- Miałem zostawić taką apetyczną przynętę na następne pijawki? Daj spokój to tak jakby zostawić otwarty dom a na widoku kupę pieniędzy dla złodzieja - mrugnąłem do niej.
- Doszłabym do siebie szybko - odparła szybko, nieudolnie ukrywając, że zraniłem jej dumę. Roześmiałem się.
- Żartowałem - uśmiechnąłem się lekko - po prostu moim... psim obowiązkiem jest pomagać tym którzy tej pomocy potrzebują. W ten sposób... czuje się lepiej. A w ogóle kim była ta blondynka, która złożyła ci wcześniej wizytę? - spytałem
- Dowartościowujesz się? - parsknęła śmiechem dziwnym sposobem ignorując moje pytanie, jednak na widok mojej miny szybko zamilkła - Przepraszam. Staram się ciebie zrozumieć.
Westchnąłem.
- To z pozoru wydaje się fajne. Szybkość, siła, temperatura.. - dotknąłem ją, a ona mimowolnie podskoczyła. Wyszczerzyłem zęby - Z drugiej strony.. Czuje się jak potwór. Świadomość że gdybym nad sobą nie zapanował i wściekł się przy którymś z moich bliskich... - wzdrygnąłem się, wyobrażając sobie przerażoną Sophie.
- Jesteś dobrym człowiekiem - odparła z pewnością siebie - Nie wyobrażam sobie, żebyś mógł kogoś skrzywdzić.
Uśmiechnąłem się smutno. Nawet nie wiedziała jak bardzo się myliła.
- Niby tak... - ciągnąłem dalej - Ale czasem czuje się... Nie wiem... Jakbyśmy... Jakbym pochodził od samego diabła - roześmiałem się ponuro.
- Wierzysz w diabły? Demony? - spytała szybko.
Spojrzałem w okno. Słońce powoli zaczynało wschodzić, mimo deszczu który padał już od dobrych paru godzin, zmywając tropy. To dlatego dziś w nocy cieżko było nam cokolwiek wytropić, a co dopiero zaatakować.
- Myślę... Myślę że gdzieś tam są - odparłem szybko wyrywając się z zamyślenia -  Nie mieszamy się w to. Zresztą nigdy nie mieliśmy z takimi styczności. Mamy za zadanie atakować krwiopijców, którzy próbują zapolować w naszych miasteczkach. Zdarzają się od czasu do czasu łowcy, którzy z kolei... próbują wyeliminować nas - snułem zapatrzony w krople deszczu spływające po szybie.
- Jeden z nich zabił mojego brata - dodałem z nutą nienawiści i prawie natychmiast zorientowałem się, że powiedziałem zbyt dużo.
Kath otwarła zaszokowana usta.
- Łowca zabił twojego brata..? - wyszeptała.
Nie odpowiedziałem nic tylko wbiłem wzrok w swoje dłonie. Po dłuższej chwili wydusiłem z siebie.
- Myślę, że powinnaś iść już spać - powiedziałem bezbarwnym głosem.
Dziewczyna przez dłuższą chwilę milczała.
- Nie jestem śpiąca. Zaopiekuję się pewnie Sophie jak wstanie. Może pomogę twojej mamie - wzruszyła ramionami - Idź się wyśpij w swoim łóżku. Ja i tak za parę dni się stąd wynoszę...
- Nie - przerwałem jej twardo wstając - Twoja rana będzie się goić jeszcze przez przynajmniej tydzień, nie wspominając o ręce, a po za tym...
Umilkłem, a przed oczami przewinęły mi się sylwetki trzech rozwścieczonych wampirów. Uparcie odpędzałem od siebie tą myśl. Wiedziałem, że przez najbliższe dni będę ich tropić z jeszcze większą zaciekłością w końcu zagrażali naszym rodziną i ludziom.
Tak, na pewno o to im chodziło.
- Po za tym co? - zainteresowała się Kath gdy ruszyłem do swojego pokoju.
- Nic - odparłem szybko - Dobranoc - wysiliłem się na słaby uśmiech i upadłszy na łóżko szybko zasnąłem.




























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz