Podeszłam do drzwi, gdy je otworzyłam zamurowało mnie. Nie sądziłam, że przyjdzie... bynajmniej nie tak szybko. Uniosłam brwi i zrobiłam miejsce w przejściu. Stanął przede mną, nie odrywał ode mnie wzroku.
-Dobrze, że przyszedłeś. - odparłam poważnie.
-Zgrywasz obrażoną? - spytał i uśmiechnął się szeroko.
Nie mogłam wytrzymać, zrobiłam to samo.
-Już lepiej. - położył dłoń na moim policzku. - Ale chyba czegoś mi brakuje... - zmrużył oczy.
Spojrzałam na niego pytająco.
-Gdzie ta wygadana Emilie sprzed kilku godzin temu? - spytał nie przestając się uśmiechać.
-Zamurowało ją. - odparłam zachrypniętym głosem.
-Czemu?
-Bo nie może uwierzyć kto wrócił.
Pocałował mnie... w końcu. Ile mogłam czekać i ile musiałam wycierpieć bez niego? Czego się bałam? Znam go doskonale, jak mogłam pomyśleć, że mógłby mnie skrzywdzić albo swoje własne dziecko? Nasze dziecko.
Oderwałam się od niego.
-Jest kilka kwestii do omówienia...
-Później. - znów mnie pocałował.
-Ale naprawdę to ważne! - zaśmiałam się. - Chodzi o Crowley'a i nie tylko...
Spoważniał.
-Co takiego?
-Chce zabić małego... No i nie tylko on... tak mi się wydaje... I jest jeszcze jedno... jedna mała rzeczy którą powinieneś raczej wiedzieć...
-Hm?
-Eh... No... bo Abaddon i Abalam uciekli z piekła... Crowley ich widocznie nie dopilnował...
-Jak to uciekli?! Żarty sobie robi?! - wybuchnął nagle.
-No i... wiesz... to moi bracia... jakby nie patrzeć...
-I co z tego? Wiesz kim jest Abalam? Abaddon? Co mogą zrobić? RAZEM?
-Właśnie o to chodzi bo chyba są po mojej stronie...
-Czekaj,czekaj... uwierzyłaś im?!
-Nie to, że zaraz tam uwierzyłam... po prostu... wiem, że nic mi nie zrobią. Jestem jedną z nich...
Wziął moją twarz w dłonie i spojrzał w oczy.
-Nie jesteś jedną z nich. Nie jesteś taka jak oni, rozumiesz?
-Ale... ja im ufam... - powiedziałam cicho. - Wiem jak to brzmi! - uprzedziłam jego wypowiedź. - Wiem, ufam diabłom! Ale... zrozum, kiedy ciebie nie było myślałam, że są jakąś ochroną dla mnie i dziecka w razie gdyby Crowley albo...
-Ale teraz jestem ja.
-Nie mogę ich znowu zamknąć... Obiecali mi ochronę... obiecałam im, że nie wylądują znów w piekielnym więzieniu...
-Nie można im ufać...
-Ja im ufam... poza tym czują do Ciebie respekt bo widać, że się jakoś ciebie obawiają... nic nam nie zrobią.
-Na razie...
-Jest dobrze. - uśmiechnęłam się i pocałowałam go.
Usłyszałam płacz dziecka.
-Prezentuję panu codzienną dawkę pieluch, płaczu i marudzenia na górę i pokój po prawej. - puściłam oczko do Deana. - Wezmę butelkę i zaraz przyjdę.
Poszłam do kuchni i zaczęłam szukać wszędzie tej cholernej buteleczki. Miałam porządek w kuchni bo rzadko tu bywałam, raczej to działka Amy.
Poszłam na górę i doszło do mnie, że płacz nagle zniknął. Zbyt szybko...
Weszłam do pokoju i widok zwalił mnie z nóg.
Zaśmiałam się i wzięłam go na ręce. Nakarmiłam a z Deana nadal się śmiałam.
-Boże, nie wiedziałam, że ten widok będzie tak uroczy.
-Nie przeginaj.
-Dean... - szepnęłam.
-Hm?
-Musisz załatwić sprawę z demonami bo dobijają się do czyśćca... nie wiem dlaczego... no i Crowley... wiem, że to ciężki orzech ale musi dać naszemu synowi spokój... i nam... I tak to nie koniec problemów...
-Jakieś są jeszcze?
-No... - gdy mały wypił wszystko położyłam go do łóżeczka i wyszłam z Deanem za drzwi.
-Jakie inne problemy?
-Yhm... archaniołowie...
-Co z nimi? Przecież pasuje im obecna sytuacja.
-No właśnie nie są przekonani do dziecka... do Twojej zmiany też nie będą przekonani... znacie się sporo, powinniście się dogadać ale... Crowley... ile nam namieszał? Rozdzielił wiele razy? Nie chcę znów przez to przechodzić...
-Przez wszystko przejdziemy razem, jasne? - pocałował mnie.
Rozpłynęłam się. Za każdym razem gdy mnie całował mogłabym mu się poddać zawsze i wszędzie. Miałam do niego cholerną słabość i on to doskonale wiedział.
Kierował nas powoli do sypialni jakby również wiedział gdzie ona się znajduje. Jednak nie miałam czasu na zastanawianie się skąd to wszystko wie. I jakim cudem omotał sobie mnie wokół palca...
Po kilkunastu minutach dopiero otworzył drzwi. Momentalnie wszystkie moje problemy i zmartwienia po prostu zniknęły. Tak bardzo pragnęłam by wrócił... obawa, że go znów stracę dalej we mnie tkwiła... i chyba we mnie zostanie na długo.
Zamknęłam drzwi bardzo powoli i cicho by nie obudzić dziecka, ale Dean pociągnął mnie w stronę łóżka i drzwi trzasnęły. Odskoczyłam od niego.
-Obudzisz...
-Śpi jak zabity. - odparł szybko i znów mnie pocałował zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć czy zaprotestować.
Stanęliśmy chwilę, nie wiem dlaczego, mimo to nie odsunęliśmy się od siebie nawet na chwilę. Nie przestawaliśmy się całować, moja tęsknota była tak silna, że teraz chciałam go mieć, żeby nigdy nie znikał, po prostu tu był. Ze mną.
Rozpięłam mu koszulę i zanim zdążył zdjąć moją koszulkę odepchnęłam go tak, że otworzył drzwi do sypialni. Był trochę zaskoczony że miałam tyle siły by z taką łatwością go odepchnąć.
-Coraz bardziej mnie zaskakujesz...
Uśmiechnęłam się i ściągnęłam bluzkę.
-Jeszcze nie wiesz co potrafię. - odparłam.
Pociągnął mnie za rękę i znów przywarliśmy do siebie. Zapowiadała się długa noc...
Nie wiem czy tak powinien wyglądać koszmar. Od bardzo dawna ich nie miałam, nie odwiedzał mnie mroczny kosiarz ani nikt w śnie nie umarł. Nikt nie zabrał mojego syna ani nie zabił Deana. Nie zabił przyjaciół.
Nie wiem czy ta cudowna noc to był sen i teraz się przebudziłam? Nie wiem czy krzyczeć ale też nie wiem czy mam dalej patrzeć na palące pochodnie które raziły moje oczy. Było ciemno, przede mną stały wrota oświetlone przez właśnie ten ogień.
Słyszałam krzyki pełne bólu i cierpienia.
-Mamo! Tato! ZOSTAWCIE MNIE! Gdzie jest mama i tata?!
Głos mojego syna? Czy to inne dziecko?
Wiedziałam, że to mój syn.
Pobiegłam przed siebie w ciemne wrota. Gdy przez nie przeszłam zjawiłam się w sali tortur. Znałam ją doskonale. Taka sama jest w piekle, u Crowley'a. Na krześle siedział mój syn, już w wieku sześciu lat. Był przypięty do czegoś, nie wiedziałam co to jest. Słyszałam śmiech. Też dobrze mi znany. Crowley.
-Mamo... ja chcę stąd wyjść... - wypłakał synek.
-Uwolnię cię dobrze? Tylko...
Nagle coś mnie odrzuciło gdy chciałam odpiąć syna od krzesła.
Uderzyłam o ścianę, podniosłam wzrok i zobaczyłam go.
-Nie dotkniesz go. Już nigdy go nie dotkniesz. - popił whiskey.
-Puść go Crowley!
-Przecież zależy mi na jego mocach. Wiesz co wtedy będę mógł zrobić? W sumie nawet nie zależy mi na tym... chcę odzyskać swoich poddanych, moje demony, udręczone dusze, władzę i przy okazji zabić dzieciaka który niedługo będzie dla mnie ciężki do pokonania, co za żenada.
-Wypuść go... przecież on nic złego nie zrobi...
-Właśnie, że zrobi, moja droga. Nie masz świadomości jaką mam ja. Dean też dobrze wie kim się stanie. To jak jego klon w połączeniu z tobą...
-Jak się dowie co robisz z naszym synem...
-Przecież wie. - zaśmiał się i zobaczyłam z drugiego wyjścia jak demony rzucają na ziemię Deana całego we krwi.
Otworzyłam oczy. Byłam mocno wtulona w Deana, szybko się podniosłam i poszłam do łazienki. Spojrzałam w lustro przeczesując blond włosy które opadały mi na twarz.
-To tylko sen, tylko sen... - wyszeptałam do siebie.
Po prysznicu weszłam w samej bieliźnie do sypialni w poszukiwaniu czegoś do ubrania. Związałam włosy w kok i błądziłam wzrokiem po pokoju. Odwróciłam się do szuflady i usłyszałam jak Dean się budzi.
-To chyba właśnie tego mi brakowało!
Odwróciłam się i spojrzałam na niego przewracając oczami.
-Świnia. - mruknęłam.
-Woah!
-Co?
-No to miał być komplement!
Zaśmiałam się.
-A ilu kobietom to mówiłeś gdy zniknąłeś na miesiące? - spytałam patrząc na niego ze złośliwym uśmieszkiem.
-To... to już pytanie powyżej pasa...
-Aha, świetnie, czyli była ich masa. - kiwnęłam głową odwracając się.
Udałam obrażoną wyjmując z szuflady ciuchy.
Poczułam jak obejmuje mnie od tyłu, pocałował moją szyję. Zaatakowały mnie przyjemne dreszcze.
-Zero. Mówię poważnie. - szepnął.
-Yhm, jasne. Dean Winchester i miesiące bez kobiet? - roześmiałam się.
-Teraz ja czuje się komplementowany.
Wyrwałam się od niego i spojrzałam na niego roześmiana.
-No wiesz?!
Złapałam ciuchy i poszłam do łazienki.
Gdy wyszłam Dean był już ubrany, a syn nakarmiony. Zaskoczona patrzyłam to na synka to na Deana i nie mogłam w to uwierzyć.
-Jestem dumna... ale ja też miałam tyle chęci i energii na początku.
-Przyznaj, że prezentuje się z tym lepiej niż ty.
-Chyba sobie kpisz. - zmrużyłam oczy. - Nie wytrzymałbyś tygodnia beze mnie.
-No... no nie. - uśmiechnął się. - Ale z dzieckiem to łatwizna.
-Opiekowałeś się już wcześniej takim małym dzieckiem?
-Pewnie.
Uniosłam brwi.
-Jak dałaś mu na imię? - spytał.
-Nie dałam. Czekałam z tym aż kiedyś się pojawisz i sami zdecydujemy... razem... skoro to nasze dziecko... Właściwie, skąd znasz się tyle na dzieciach?
-Mój brat jak był mały... trochę musiałem się nim zajmować. Właśnie, muszę go odwiedzić... w końcu...
Przypomniał mi się mój sen. Posmutniałam i prawie przy tym zbiłam szklankę. Dean podszedł do mnie patrząc mi w oczy.
-Co się stało?
-Miałam zły sen... był realistyczny... Crowley porwał naszego syna... miał 6 lat... byłam w sali tortur w piekle a mały był podpięty do jakiegoś krzesła... nie wiem co to było i po co nigdy nie widziałam rzeczy w sali tortur i nie wiem do czego służą... ale potem demony przyprowadziły Ciebie.. byłeś cały we krwi, nieprzytomny... groził, że zabije nasze dziecko...
Starł mi łzy z policzków i delikatnie pocałował.
-Załatwię to. Obiecuje.
Kiwnęłam głową.
-Pójdę spotkać się z bratem...
-Dobra. - odparłam z lekkim uśmiechem. - Ja mam parę rzeczy do załatwienia...
-Uważaj na tych twoich braci. Miałem z nimi pełno nie ciekawych przygód i wolałbym żebyś nie zawierała z nimi przyjaźni... skrzywdzą cię.
-Dobrze.
Pocałował mnie i miał wychodzić.
-Dean?! - krzyknęłam za nim.
Odwrócił się.
-Tak?
-Kocham Cię. - spojrzałam na niego ze łzami w oczach.
Uśmiechnął się, jakby te słowa wypowiedziane pierwszy raz były dla niego najprzyjemniejszymi na świecie.
Pocałował mnie.
-Ja Ciebie też. I nie martw się, wrócę.
-Obiecaj, że wrócisz... - szepnęłam.
-Nigdzie się już nie wybieram. Niedługo wrócę.
I wyszedł.
Nigdy nie byłam jeszcze tak szczęśliwa... ale bałam się że znów go jakoś stracę. Nie zniosę tego kolejny raz.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz