Idź do domu, prześpij się, pomóż babci.. W końcu to była jej córka, odezwałem się w myślach.
I co? Mam siedzieć bezczynnie i popadać w coraz większą rozpacz? Wiedziałem, że tak się stanie. Wolę się czymś zająć i nie myśleć o tym, odparł.
Zerknąłem na niego. Jego oczy, zawsze takie wesołe - przez ostatni czas nieco przygasłe - patrzyły na świat z ogromnym bólem. Nawet pysk miał smutny.
Westchnąłem, ale rozumiałem go. Gdy Jose umarł też wolałem robić jak najwięcej, niż siedzieć samotnie w domu słuchając pustych pocieszeń i patrząc na żałobę matki i Toby'ego.
Cody słyszał moje myśli, ale nic już nie odpowiedział. Ucieszył się trochę, że podzielam jego zdanie. Gdyby był z Mattem, ten niezwłocznie kazał by mu iść do domu.
Bierzmy się do roboty, mruknął w końcu.
Carl i Matt schodząc z warty, powiadomili mnie, że w okolicy pojawili się jacyś ludzie. Ludźmi chyba jednak nie do końca byli, bo 'czując' ich zapach w myśli którą przekazał nam Carl nasuwał mi się wyraźny wniosek. To na pewno nie wampiry. na pewno nie nasi pobratymcy, nie ludzie... Mogli to być albo łowcy (tak!) albo jakieś inne demoniczne bądź anielskie istoty z którymi rzadko mieliśmy do czynienia.
Matt na razie nakazał nam mieć na nich oko. Pomieszkiwali w starej ruderze, która niegdyś należała do dziadka Alberta. Gdy ten wiele lat temu umarł tam w tajemniczych okolicznościach, ludzie uznali to miejsce za przeklęte i zostawili ten dom w spokoju. Choć uważałem, że to czyste przesądy, w okolicy wyczuwało się jakieś dziwne powietrze, a sierść na grzbiecie nam się automatycznie jeżyła. Cóż, miejsce na randkę z dziewczyną to z pewnością nie jest.
Mimo wszystko postanowiliśmy mieć na nich oko. Cody tradycyjnie najpierw pobiegł pod granicę pijawek. Ostatnio byli wyjątkowo spokojni i nie sprawiali żadnych problemów. Kath była bezpieczna w domu. Przez większość czasu miałem na nią oko, a podczas warty gdybym wyczuł, że jakiś wszedł na nasze terytorium (a musiał, bo inaczej nie dostałby się do mnie do domu) czym prędzej bym zareagował.
Siedziałem między drzewami i znudzony obserwowałem mężczyznę który spał w samochodzie. W sumie mając do wyboru taką ruderę i auto też wybrałbym to drugie. Nie umiałem nie docenić dobrego samochodu, więc przypatrywałem się impali z niemałym podziwem.
Laska była w domu. Zastanawiałem się, czy dała rade zasnąć w takich warunkach. Nie należałem do strachliwych, a niektóre horrory szczerze mnie bawiły, ale teraz poczułem instynktownie lekki niepokój. Każdy najdrobniejszy szelest przypominał mi odgłos ludzkich kroków.
Nagle koło mnie pojawił się Cody. Serce zabiło mi mocniej. Wyczuwając mój nastrój, szczeknął imitując śmiech.
Kto by pomyślał, że nieustraszony Dominic będzie się bał domu z przesądów, pomyślał.
Wcale się nie boję. Ale to otoczenie... - odparłem.
Rozumiem cie doskonale, odrzekł i przebiegł spojrzeniem po pobliskich drzewach.
Czas zleciał nam szybko. Zrobiliśmy jeszcze parę rund dookoła lasu, a gdy słońce zaczęło powoli wschodzić dom już nie wydawał się taki straszny.
Zbierajmy się, pomyślałem.
Potruchtaliśmy powoli w kierunku naszych domów. Teraz wartę miał przejąć Alberto. Biedak, nie miał nikogo do pary. Warta od 6 do 12 była najnudniejszą rzeczą, jaka mogła być, a zwłaszcza samemu. Wtedy nigdy nic się nie działo, ale Matt 'nie byłby spokojny' gdyby ktoś nie miał oka na okoliczne tereny.
Wyczuwałem, że ból o którym Cody zdążył choć przez chwilę zapomnieć patrolując okolice, wrócił do niego ze zdwojoną siłą. Naprawdę nie wiedziałem jak mu pomóc.
Zdziwiłem się, gdy zastałem Sophie siedzącą na schodach prowadzących do domu. Nie przemieniliśmy się, tylko podeszliśmy do niej wilczej postaci. Mała zawsze była rannym ptaszkiem, ale bez przesady.
Nagle zbiegła do niego i śmiało objęła go rączkami ze zbolałą miną. Wiedziałem, że jest bardzo inteligentna i pewnie usłyszała w nocy jak wuj Cody'ego, przekazuje naszemu dziadkowi smutną nowinę. Bardzo lubiła Cody'ego i postanowiła go pewnie pocieszyć.

Odwróciłem się i pobiegłem do lasu aby przemienić się i ubrać spodnie. Gdy wróciłem Cody'ego już nie było, a Sophie stała samotnie ze spuszczonym wzrokiem.
- Ej, co się dzieje? - przyklęknąłem przy niej - Masz dziś urodziny, powinnaś się cieszyć.
- Nie mogę Dominic, gdy Cody obchodzi żałobę..
- Cody na pewno nie byłby szczęśliwy, gdybyś z jego powodu była smutna.
- Ale... - zaczęła, lecz przerwałem jej.
- Żadnych 'ale'. Wiesz jak Kath napracowała się nad twoim wystrzałowym tortem? Wiesz ile gości przyjdzie, aby świętować razem z tobą?
Uśmiechnęła się lekko a ja pociągnąłem ją do domu. Po chwili poszła do swojego pokoju. Nie wszedłem za nią. Przez uchylone drzwi zobaczyłem, że zabrała się do rysowania.
Kath jeszcze spała - i pewnie pośpi jeszcze długo - pomyślałem rozbawiony i położyłem się obok niej. Nasza relacja była naprawdę dziwna. No bo jaki chłopak bierze do siebie do domu laskę, którą ledwie zna a później z nią mieszka? A na dodatek śpi? Podkreślam - tylko śpi.
Mimo wszystko zaczynała być dla mnie coraz bardziej ważniejsza i nie wyobrażałem sobie nie słyszeć codziennie rano jej gderania. Nie wspominając o pozostałych członkach rodziny, a zwłaszcza o Sophie.
Pomyślałem też nagle o Isabelli. Matt dowiedziawszy się w jakim jest stanie, obiecał, że jeśli nic się nie poprawi, poprosi swoją matkę aby zerknęła na nią. Eleonore była wtajemniczona w nasze sprawy, gdy któremuś z nas coś się stało zawsze chodziliśmy do niej. Unikaliśmy w ten sposób niewygodnych pytań zwykłych lekarzy a w najgorszym przypadku wywiezienia nas do ośrodka naukowego, aby zbadać czemu przy temperaturze, przy której już oficjalnie powinniśmy umrzeć, nadal żyjemy a na dodatek mamy się całkiem dobrze.
Obudziłem się po 3 godzinach. Tak, Kath nadal spała. Postanowiłem, że jeśli nie wstanie do dwóch godzin to sam ją 'obudzę'.
Ubrałem koszulę. Obiecałem sobie, że osobiście dopilnuję, żeby ojciec się pojawił, więc musiałem pojechać po niego do Seattle. 'Impreza' miała się zacząć o 17. Tym sposobem Flynn i Hugo obejmujący wartę od 12 do 18 mieli spóźnić się tylko godzinę, a przejmujący po nich służbę Matt mógł się pojawić chociaż na chwilę.
Zacząłem się lekko denerwować. Zastanawiałem się co zrobię, gdy ojciec wykręci się jakimś spotkaniem i nie pojedzie ze mną, znów wystawiając małą. Podjąłem decyzję, że choćbym miał go wlec przez całe biuro, to dopnę swego i przywiozę go na jej urodziny.
By się czymś zająć, zacząłem czytać gazetę. Mama, która przyrządzała śniadanie zerknęła na mnie i zaczęła gestykulować. Choć słabo znałem się na migowym, wiedziałem co chce mi przekazać. "Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze".
Zirytowałem się odrobinę. Spotkało ją tyle nieszczęść, a ona dalej była taką niepoprawną optymistką. - No jasne, przecież nic się nie stanie, jak ojciec znów będzie miał Sophie w dupie - odparłem.

Popatrzyła na mnie z nutą przygany, ale nie pokazała już nic, krojąc pomidora. Westchnąłem i zapatrzyłem się w okno. Chyba faktycznie nie powinienem się aż tak bardzo przejmować. Co ma być to będzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz