Nie układało mi się z Deanem odkąd pojawili się moi bracia... Było źle, miałam mniej czasu dla dziecka przez przepełnienie pracą i braćmi którzy co chwilę przysparzali mi problemów. Nie mogłam mówić Samowi ani Deanowi o braciach, obiecałam, że koniec kontaktu z nimi, a na domiar wszystkiego im pomagam.
Odwiedziła mnie Amy, gdy miałam wolne i mogłam zająć się dzieckiem. Deana i Sama nie było, Julii również, zabrali ją ze sobą. Zaczynałam być zła o to, że Dean ma przede mną tajemnice, o niczym mi nie mówi jakby było oczywiste, że mi nie ufa. Bolało mnie to. Jednak nic teraz nie mogłam zrobić, wycofać się, nic.
-Nie sądzisz, że powinnaś spędzać więcej czasu z mężem? - spytała.
-Jakim mężem? - zdziwiłam się, odrywając wzrok od synka.
-Deanem, co nie?
-To nie mój mąż.
-Przecież chyba Ci się oświadczył kiedyś? Mówiłaś...
-To była fikcja, Crowley wszystko ukartował a ja Ci o tym nagadałam... zapomniałam wyjaśnić...
-Skomplikowane... aż rozbolała mnie głowa... Ile my się znamy? Osiem lat! A ostatnio oddalamy się od siebie...
-Wiem, ale nie mam czasu poprawiać tego co tracimy. Nawet nie mam czasu spędzić z Deanem bo jest dziecko, a jak nie dziecko to się kłócimy, a jak nie kłócimy to zjawia się Julia z Samem i są same problemy z moimi braćmi, pokrewieństwem i w ogóle... mam dość... mam więcej na głowie niż przypuszczałam... jeszcze kontrola czyśćca by Gabriel pozwalał mi na władzę nad nim...
-Trochę tego... sporo, przyznaję. - odparła zaskoczona. - Może... jeden dzień, albo jeden wieczór sobie odpuścicie? Zajmę się malutkim...
-Myślałam nad tym, ale chyba poproszę o to kogoś kto tu jest na co dzień...
-Kogo masz na myśli? - odparła, jakby oburzona.
-Julię. Ostatnio naskoczyłam na nią, a biedna dziewczyna chciała tylko pomóc... Może poczuje się pewniej mając pod opieką Richa? Sam jej pomoże, będzie kontrolować wszystko a ja i Dean gdzieś wypadniemy...
-No dobra, ale pamiętaj, że w razie czego jestem do waszej dyspozycji, ja wprawdzie nic szczególnego nie robię, tylko się obijam i randkuję z Erykiem...
-Z Erykiem? - spytałam zaskoczona. - Z tym Erykiem? Przecież nie wychodzi z czyśćca...
-Ostatnio dajemy radę spotykać się tylko w sprawach łóżkowych, nie sercowych.
-To taki związek? - roześmiałam się. - Nie poznaję cię!
-Trochę się u mnie zmieniło... Kiedyś pogadamy, muszę się zwijać. Papa przystojniaku. - pogłaskała Richa po główce i wyszła.
Gdy wróciła cała tajemnicza trójka ja leżałam z synem, który już spał, można powiedzieć, że przysypiałam ale było to niemożliwe ze względu na mój strach o dziecko. Bracia bywali różni, ale co jak co mogli zachować się nie fair w stosunku do mnie i do obietnic które złożyli. Nie dotrzymywałam słowa, a zbliżał się koniec terminu. Miałam załatwić im wejście do Crowleya a coraz szybciej ucieka mi czas. Odkładam to...
-Co tu robisz? - spytał Sam, jakby zobaczył ducha.
-Tu jest najwygodniej. - odparłam cicho, by nie obudzić syna.
Dean przemilczał sytuację i poszedł do kuchni.
Wstałam i poprosiłam by oboje rzucili okiem na małego,a sama poszłam do Deana.
-Czemu mnie unikasz? - spytałam mrużąc oczy.
Spojrzał na mnie otwierając puszkę piwa.
-Jesteś pijany? - spytałam, gdy przemilczał poprzednie pytanie.
On tylko na mnie patrzył, bez żadnego wyrazu.
-Czemu to robisz? Czemu milczysz i się ode mnie oddalasz? - spytałam łamiącym głosem.
-To Ty się oddalasz, Em. Ty biegasz do tych swoich braciszków i cały czas im pomagasz!
-Skąd to wiesz?
-Myślałaś, że to ukryjesz?!
Kręciłam głową,nigdy tak na mnie nie krzyczał. Nawet nie ma się co dziwić, przecież to moja jedyna rodzina jaką mam, moi bracia to w końcu moi bliscy.
-Nie chciałam cię denerwować... - podeszłam do niego i chciałam położyć dłonie na klatce,ale odsunął mnie od siebie prawie wylewając piwo.
-Nie chciałaś mnie denerwować! - parsknął zły.
-Nie krzycz, mały śpi...
-Nagle się nim przejmujesz?!
-Proszę... przestań...za dużo wypiłeś... - zaczęłam, ale głos tak mi się łamał, że pozostawały tylko łzy by wyrazić silne emocje i ból jaki mną zawładnął.
-Mam tego dość! Twoich kłamstw! Nie byłaś taka. Gdzie ta dawna Emilie?! Gdzie moja Emilie?!
-Nie zmieniłam się...
-Zmieniłaś, nawet tego nie widzisz! Nie mam ochoty z Tobą rozmawiać, wyjdź.
-Ale... ja chciałam się tylko...
-Wyjdź stąd.
-Chciałam się tylko pogodzić! - wykrzyczałam wściekła.
-A sobie chciej! I nie śpię na kanapie! - rzucił puszką.
-To ja się wyprowadzam! - wrzasnęłam i zapłakana wzięłam rzeczy swoje i syna.
Sam próbował mnie zatrzymać, Julia też, chociaż nie wiele ogarniała z tego co się działo. Trzymała syna na rękach gdy ja ubierałam buty w pośpiechu.
-Weź kurtkę... - powiedziała Julia, niby w trosce, nie bardzo wiedząc jak ma pomóc.
-Nie wyprowadzaj się, on jest pijany, mielśmy ciężki dzień...
-Tak ciężki, że musiał wylać wszystkie brudy na mnie? - wypłakałam im. - Nie wyprowadzam się na zawsze, wrócę tu jak ochłonie! - krzyknęłam.
-Gdzie pójdziesz? - spytała Julia.
-Do przyjaciółki... Pojadę taksówką, już czeka. Jesteśmy w kontakcie...
Wyszłam na zewnątrz, było przeraźliwie zimno, byłam bez kurtki, jedyne co było najważniejsze to ubrać synka ciepło i tak by nie zachorował. Wsiadłam w taksówkę i kazałam jechać na adres przyjaciółki. Gdy taxi ruszyło, podniosłam wzrok z dziecka na kierowcę. Widziałam znajomą twarz, ale nie był to żaden z moich braci... Było to spojrzenie kobiety.
Nagle samochód wpadł w poślizg, uderzyliśmy w jakiś budynek, straciłam przytomność jedyne co się liczyło to ochronić dziecko...
Obudziłam się w szpitalu cała poobijana. Gdy tylko otworzyłam oczy do środka weszło dwóch policjantów.
-Mówiłem państwu, że to nie czas na przesłuchanie! - powiedział zdenerwowany lekarz.
-Gdzie moje dziecko...? - spytałam, prawie nie mogłam mówić.
-Właśnie... Pani Emilie... My w tej sprawie. Wpadła pani w poślizg, wywnioskowaliśmy, że było to celowe, ktoś zaplanował wypadek i kierowca taksówki jest winny, uciekł niestety z miejsca zdarzenia ale żadnego dziecka nie było w samochodzie, zostało... porwane... - dodał niepewny tego, czy zniosę po przebudzeniu informacje o porwaniu dziecka.
-Co...!? JAK TO PORWALI... MO... MOJEGO SYNA?! - zaczęłam się rzucać po łóżku, wbiegli lekarze i wstrzyknęli mi coś dwa razy, bo dawka na raz byłaby zbyt mała.
Zaczęłam i tak płakać, środki uspokajające nie były w stanie mnie uspokoić, rzucałam się i płakałam, chciałam stąd wyjść, trzy razy wyrwałam sobie wenflon, jakieś rurki i inne przyrządy. Kto to zrobił? I gdzie trop na porywacza? Rozszarpię tego kto to zrobił, jeszcze wyjdę z tego szpitala.
-Jest w ciężkim stanie, radziłbym nie denerwować pacjentki. - usłyszałam lekarza jak tłumaczy mój stan Amy, a ona zapłakana i przerażona wbiega do sali w której byłam. - Proszę pani, naprawdę prosze wziąć pod uwagę to co mówiłem... Nie denerwować jej, uspokojenie Emilie zajęło nam parę godzin...
Bez przerwy płakałam, Amy tylko mnie objęła.
-Co się dzieje z moim synem...?
-Twoi bracia go szukają...
-Moi bracia? Skąd wiesz?
-Bo ich spotkałam na korytarzu, nie wpuścili ich zanim przyszłam, teraz weszłam tu na siłę... mówili, że jesteś w bardzo ciężkim stanie, bracia są wściekli na porywacza...
-Obiecali mi ochronę... i jemu... - wycedziłam, nie mogłam nadal mówić.
-Masz złamane dwa żebra... pogruchotane kości...
-I tak stąd wyjdę i mam lekarzy gdzieś! - wrzasnęłam.
Amy pogłaskała mnie po głowie.
-Nie możesz wychodzić, wszyscy szukają małego, o wypadku jest głośno...
Na zewnątrz usłyszałam jak Dean kłóci się z lekarzem, nie chcieli go tu wpuścić, drugi lekarz wyciągnął stąd Amy. Ja zaczęłam powoli wyrywać sobie wenflony, cała zapłakana, nawet nie mogłam mówić...! Urządzenie obok zaczęło szybko pikać, moje serce prawie wyskoczyło z piersi, jednak to tylko mnie nakręcało. Moje ruchy były coraz szybsze, a w głowie słyszałam tylko imię mojego syna i złe, bardzo złe myśli. Wbiegli lekarze, obraz mi sie zamazywał a ja wciąż wyrywałam wenflony, rurki i podpięcia. Ustały krzyki lekarza prowadzącego i Deana, no i policjantów, teraz słyszałam wyłącznie wymieszane głosy, krzyki, ktoś mnie uspokajał z jednej strony a z drugiej słyszałam Amy, dookoła panował chaos...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz