Nie widziałem większego sensu, żeby Isabella przeniosła się do motelu. W końcu dom nie był mały. Jednak jeśli taka była jej wola.. Cóż.
Wziąłem od niej małą, czarną torbę, którą znalazłem przy niej wtedy w lesie.
- Gotowa? - mruknąłem.
Zapięła kurtkę i odwróciła się w stronę mojej mamy i siedzącego przy stoliku Toby'ego.
- Bardzo wam... dziękuję za gościnę. Nie wiem jak mogę odwdzięczyć - wymamrotała wbijając wzrok w podłogę.
Mama wykonała parę znaków - zrozumiałych w tym towarzystwie tylko dla Sophie. Mała szybko przetłumaczyła.
- Mama uważa, że to głupstwo, żebyś się przeprowadzała do motelu - zerknęła na matkę, czekając aż skończy gestykulować - Prosi żebyś wpadała do nas czasem.
Bella uśmiechnęła się lekko.
- Tylko nie zaprowadź jej do Starego Bena! Ceny są okropne, a warunki wcale nie najlepsze - zagrzmiał dziadek - Myślę, że Maria ucieszy się gdy przyprowadzisz ją do jej zajazdu. Podaj się na mnie to może spuści trochę z ceny - mrugnął do niej dziadek, a ta lekko zachichotała.
Katherine stała cały czas w drzwiach, uparcie obserwując Isabelle.
- Jedziesz z nami? - spytałem Kath.
- Nie, nie - mruknęła - Pobawię się trochę z Sophie - zwichrzyła małej grzywkę.
Siostra zachichotała i odezwała się nagle.
- Wiesz Isabello... Organizuję przyjęcie urodzinowe w tą sobotę - powiedziała nieśmiało. Może byś.. Wpadła? - wyrzuciła szybko z siebie.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Jeśli będę mile widziana i nic nie stanie mi na przeszkodzie... Oczywiście, że wpadnę - uśmiechnęła się do niej
- Ty zawsze będziesz tu mile widziana - zapewnił gorąco dziadek, który z miejsca polubił Belle. Z Kath uwielbiał się przekomarzać, natomiast Isabelle traktował wyjątkowo delikatnie.
Gdy wyszliśmy z domu machał do Belli wraz z Sophie przytulona do boku Kath.
- Wiesz, że mogłabyś zostać - mruknąłem.
- Chyba powinieneś sam otworzyć jakiś motel. Bierzesz do domu każdą dziewczynę znalezioną w lesie? - zażartowała nieśmiało.
Roześmiałem się. Otwarłem jej drzwi do samochodu i po chwili sam wszedłem do środka. Odjechałem powoli spod domu.
- Wiesz, że dla mnie to nie robi różnicy, że będziesz mieszkać w motelu. I tak będę cię odwiedzał. Czuję się za ciebie w pewnym stopniu odpowiedzialny. Oczywiście... Jeśli nie wykopiesz mnie stamtąd - mrugnąłem do niej.
Zaśmiała się cicho,
- Czemu to robisz? Ledwo się znamy a ty... - utknęła nie wiedząc jak zakończyć zdanie.
Taki ze mnie miłosierny samarytanin - pomyślałem sarkastycznie.
- Gdybyś znalazła kogoś zagubionego w lesie.. Wzięłabyś go do siebie czy zostawiła na pastwę losu?
- Gdyby był takim napakowanym zbirem jak ty... Chyba wzięłabym pod uwagę drugą opcje.
- Zbirem? - parsknąłem śmiechem - Zbir postąpiłby inaczej.
Zarumieniła się domyślając się o co mi chodziło. Roześmiałem się.
- Żartowałem tylko.
- Wiem... ja tylko... - urwała.
- Jak sobie z tym radzisz? Nie pamiętając nic. Nie wiedząc kim jesteś i gdzie twoja rodzina. Jak się jeszcze.. nie załamałaś?
Zacisnęła zęby i wbiła wzrok w ręce.
- Staram się... Lekarz stwierdził, że z czasem odzyskam pamięć - mruknęła jakby nie do końca w to wierzyła - Nie wiem co zrobię dalej naprawdę nie wiem.. Zatrzymam się tu przez jakiś czas, może udałoby mi się znaleźć jakąś pracę.
- Mogę ci pomóc - przerwałem jej - Mam dużo... Kontaktów.
Roześmiała się uroczo. Podjechaliśmy pod zajazd Marii.
- Jesteś taki miły. Katherine ma duże szczęście, że ciebie ma.
Dopiero po dłuższej chwili dotarł do mnie sens jej słów. Chciałem wytłumaczyć, że Kath owszem jest mi bardzo bliska, ale to tylko przyjaciółka, jednak w tej chwili usłyszałem dobrze znany mi, irytujący głos.
- No Dominic... A my się zastanawiamy od paru godzin co się z tobą dzieje - powiedział Hugo.
Obok niego stał rozbawiony Flynn. Przewróciłem oczami.
- U Kathie wszystko dobrze? - spytał złośliwie Flynn. Wiedziałem co ma na myśli. Do ich prywatnej listy wyrządzonej przez nią szkód dodali to, że stanęła nam na drodze do wymordowania łowcy-pijawki. Dalej miałem do niej o to mały uraz jednak wiedziałem, że chciała dobrze. Doceniałem to.
- Dałbyś spokój - mruknąłem i wyjąłem z samochodu torbę Belli.
- Nie mieliśmy się okazji jeszcze poznać - uśmiechnął się Flynn podając rękę Belli - Jestem Flynn.
Ta nieśmiało ją ujęła. Rozbawiony z tego osobistego żartu mrugnął do mnie, zapewne wspominając ową noc.
- Isabella - wymamrotała.
- No no Bello ja też bym się z tobą chętnie bliżej poznał - podał jej rękę Hugo, akcentując wyraźnie słowo 'bliżej'. Zmierzyłem go wzrokiem, a ten wybuchnął śmiechem.
- Dobra poznałaś już dwóch największych palantów w historii stanu Waszyngton, więc możemy iść.
- Papa Bells - machał jej Hugo na pożegnanie, a ona uśmiechnęła się lekko. Prowadząc ją po schodach, instynktownie się odwróciłem.
Flynn finezyjnie obcałowywał własną rękę.
Przewróciłem oczami i mruknąłem ze śmiechem.
- Idioci...
- Są... mili - wykrztusiła Bella.
Roześmiałem się.
- O tak. Z pewnością - odparłem wspominając wściekły atak Huga, gdy zjadłem jego ostatniego hot-doga.
Maria powitała nas ciepło - mnie chyba aż za ciepło obcałowując moje obydwa policzki - i zapewniwszy mnie gorąco, że będzie się zajmować Isabellą jak własną córką, poprowadziła nas do góry. Gdy weszliśmy do środka, poprosiła Bellę, żeby zeszła później załatwić formalności i zostawiła nas samych.
- I jak podoba ci się?
- Maria jest...
- Miła - przerwałem jej wchodząc w zdanie.
Roześmialiśmy się oboje.
- To.. Ja ciebie zostawiam. Wpadnę jutro zobaczyć jak sobie radzisz - uśmiechnąłem się - A w sprawie pracy mówiłem całkiem serio...
- Dominic.. Dziękuje ci za wszystko - szepnęła gdy wychodziłem.
- Wiesz że nie ma za co - odparłem i zamknąłem drzwi.
Wracając do domu zastanawiałem się co robią Kath i Sophie. Sytuacja na razie się uspokoiła. Po łowcy ślad zaginął, a pijawki były dziwnie spokojne.
Wyczuwałem jednak, że to tylko cisza przed burzą. Przypomniałem sobie opowieść Kath i wzdrygnąłem się. Żyć tyle lat... Mieć takich rodziców.. Szczerze jej współczułem. Była silna, jednak gdzieś tam w środku wiedziałem, że muszę ją chronić.
Miłosierny samarytanin - pomyślałem ironicznie i dodałem gazu. Zastanawiałem się czy nie zabrać dziś wieczór Kath na jednego drinka. Warte obejmowałem tym razem jutro od 6, a nie od 1. Ostatnim razem przeholowała, ale tym razem mógłbym zrezygnować z picia i ofiarnie jej popilnować.
Skręciłem w prawo, słysząc znajome wilcze wicie. Do domu już blisko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz