Patrzyłem na nią przez dłuższa chwilę. Postanowiłem nie dawać po sobie poznać, że wiem, że tak naprawdę wcale nie śpi. Odwróciłem się i wyczerpany poszedłem wziąć szybki prysznic. Dochodziła już 1 w nocy i wiedziałem, że jeśli szybko nie położę się spać, jutro na nic nie przydam się chłopakom.
Gdy wróciłem i bezszelestnie położyłem się obok niej, niespodziewanie drgnęła. Mimo że leżała do mnie odwrócona plecami, powtórzyła jak mantrę to co mówiła codziennie w nocy gdy wracałem.
- Byłeś z nimi.
Ja jak zwykle uciąłem.
- Byłem w pracy.
Zapadła cisza. Wbiłem wzrok w sufit. Wiedziałem, że tak jak zawsze nie powie nic więcej tylko pójdzie spać.
Jakież było moje zdziwienie, gdy drgnęła i wstała do pozycji siedzącej. Powoli odwróciła się w moją stronę. Grymas bólu na jej twarzy wprawił mnie w osłupienie. Nigdy nie dawała po sobie poznać żadnych emocji. Nigdy - tzn. przez dwa ostatnie tygodnie.
- Zostań jutro. Proszę. Nie idź. Dla mnie. Dla nas.. - patrzyła na mnie błagalnie tymi swoimi bajecznie zielonymi oczami, którymi niemalże zawsze potrafiła mnie przekonać do zmiany każdej decyzji.
Jednak w głębi duszy wiedziałem, że ich urok prysł już dawno. Co więcej chyba już nie było żadnych 'nas'. Z każdym dniem związek z Kimberly stawał się coraz większa rutyną. Doszło nawet do tego, że zastanawiałem się poważnie czy kiedykolwiek szczerze ją kochałem.
- Wiesz, że nie mogę Kim - powiedziałem cicho, bezbarwnym głosem.
Nic więcej nie trzeba było dodawać. Niedopowiedziane słowa zawisły gdzieś w powietrzu. Nadzieja w oczach Kimberly znikła tak szybko jak się pojawiła. Z powrotem odwróciła się do mnie plecami. Tym razem oddychała tak cicho, że prawie jej nie słyszałem mimo mojego wyostrzonego słuchu.
Jeszcze długo wpatrywałem się w sufit czując, że w końcu będę musiał podjąć ważną decyzję. Przeciąganie tego wszystkiego nie miało najmniejszego sensu. Mimo wszystko dziewczyna była dla mnie ważna i nie chciałem jej zranić.
Nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Gdy ocknąłem się rano jak zwykle o szóstej, Kim jeszcze spała. Pospiesznie wstałem chcąc się jak najszybciej ubrać i wyjść, zanim dziewczyna się obudzi. Wiedziałem, że muszę najpierw zajrzeć do biura ojca, więc postanowiłem poszukać jakieś nadającej się do ubrania koszuli. Nie uśmiechała mi się wizja spotkania z nim. Od ponad 2 lat relacje z moim ojcem można było ocenić najwyżej na 'poprawne'. On zresztą nie starał się tego zmienić.
I ja też nie.
Z zamyślenia wyrwał mnie szept Kim.
- Nie zmienisz decyzji..
Odwróciłem się do niej powoli. To było bardziej twierdzenie, niż pytanie.
- Wrócę późno w nocy - mruknąłem zakładając koszule.

Nie czekałem na jej odpowiedź. Wychodząc usłyszałem jeszcze ciche popłakiwanie. Stałem chwilę na schodach. Potrząsnąłem gwałtownie głową. Postanowiłem, że zajmę się nią później.
Wyszedłem na zalaną słońcem ulice Shelton. Wiedziałem, że z tego obskurnego miasteczka do Seattle droga zajmie mi nie mniej niż godzinę, a przecież jak najszybciej musiałem dostać się do Clearwater. Jeżdżenie między Shelton gdzie od 2 miesięcy mieszkałem z Kim a moim rodzinnym Clearwater gdzie spędzałem większość czasu, było dla mnie coraz bardziej męczące. Ten problem miał się rozwiązać już wkrótce - powiedział mi jakiś złośliwy głosik z tyłu głowy.
Mój podniszczony przez czas volkswagen jetta czekał na mnie wiernie. Wsiadłem do środka i wyruszyłem.
Nim chociaż przekroczyłem granicę Shelton, w głowie rozdźwięczał mi wyraźny głos Matta. Zdziwiłem się, że o tej porze kazał mi natychmiast wracać do Clearwater. Normalnie nie korzystał z przywileju przywódcy i nie wdzierał nam się do głowy, gdy byliśmy... w postaci ludzkiej. Tym bardziej się zaniepokoiłem. Gdy wyjechałem z Shelton, obrałem kierunek w przeciwną stronę, do Clearwater. Trudno, tatuś musi poczekać - pomyślałem ironicznie.
Licznik właśnie przekroczył 220. Nie obawiałem się policji. Parsknąłem w duszy wyobrażając sobie jakby ten pościg wyglądał. Gdy zobaczyłem znajome sylwetki drzew, wiedziałem, że już niedaleko. Drogę, która normalnie trwa 2 godziny, pokonałem w 30 minut.
Gdy podjechałem pod dom, nie zwlekałem długo. Czym prędzej wyskoczyłem z auta i pędząc do pobliskiej linii drzew, ściągnąłem spodnie, koszule (której troche zrobiło mi się szkoda) i adidasy.
Ukryłem to pospiesznie pod liściem paproci i natychmiast poddałem się transformacji.
Gdy opadłem na czterech łapach na dobrze znaną mi ściółkę usłyszałem natychmiast głosy moich kompanów.
- Gdzie ty się tyle czasu podziewałeś? - syknął Flynn
- Znowu to samo. To chyba wiadome, że w Shelton - odparłem zły.
- Tyle razy ci powtarzaliśmy, żebyś w końcu wrócił na stałe do Clearwater - dodał Carl.
- Przecież nie zostawi Kim - parsknął śmiechem Flynn, które w rzeczywistości pewnie brzmiało jak szczeknięcie.
- Nie byłbym tego taki pewien - wtrącił niespodziewanie Hugo, który nie odzywał się od początku rozmowy.
Z opóźnieniem zdałem sobie sprawę, że siedział mi w głowie. Wściekły starałem się zablokować umysł, jak uczył mnie kiedyś Matt, jednak pod wpływem emocji na nic się to zdało. Wszyscy nagle zamilkli, pewnie podążając za przykładem Huga, co mnie jeszcze bardziej rozjuszyło. Czułem, że gdy w końcu się spotkamy, nie będę już się tak hamował.
- Dajcie mu spokój.. - mruknął nieoczekiwanie Cody. Był z nas najmłodszy i.. najbardziej potulny. Wypełniał wszystkie rozkazy bez protestów i z zapałem podchodził do tego.. kim jest. Ja miałem na ten temat swoje własne zdanie, ale o tym starałem się na razie nie myśleć.
Las Olympic był ogromny więc dopiero po paru minutach zetknęliśmy się ze sobą. Stanęliśmy w kręgu a ja popatrzyłem wściekły w oczy Huga obnażając zęby.
- Przestań w końcu siedzieć mi w głowie - warknąłem.
- Wiesz, że to nie moja wina - odparł niewinnie, jednak jego szara, niemalże biała sierść wyraźnie się zjeżyła.
Już miałem coś mu odszczeknąć kiedy pojawił się Matt. Wszyscy z szacunkiem skinęli mu głowami, a Cody tak się pokłonił, że niemalże dotknął nosa ziemią. Było to dla mnie śmieszne i każdy w kręgu na pewno usłyszał moją myśl, łącznie z Codym i Mattem, który jednak nie zwrócił na mnie uwagi.
- Mamy problem - przemówił - W lesie pojawili się krwiopijcy. Jest ich 6. Wracałem z nocnego patrolu wraz z Alberto gdy zobaczyłem ich jak wyłaniają się z morza.
Więcej nie musiał mówić. Zobaczyliśmy w jego myślach dokładnie jak wygląda każda z pijawek. Wyczułem narastające podniecenie w głowie Carla i Huga. Pogoń za krwiopijcami zawsze sprawiał im wielką frajdę. Cody się bał, jednak cieszył się, że może na coś przydać się stadu. Ja podchodziłem do tego bardziej sceptycznie, podobnie jak Flynn. Wraz z Alberto, który odsypiał i Donato, który aktualnie przebywał na wakacjach w Californii, było nas 8. Alberto miał do nas wkrótce dołączyć, jednak i tak mieliśmy niewielką przewagę.
Mimo wszystko musieliśmy bronić swojego terytorium i ludzi mieszkających w pobliskich miasteczkach, na które prawdopodobnie pijawki przypuszczą atak. Wtedy właśnie Matt wydał nam polecenia. Alberto już do nas biegł. Carl, Flynn, Hugo i Cody mieli być zewnętrzną pętlą.
Matt, Alberto i ja wewnętrzną.
Na razie jednak musieliśmy złapać trop, co nie było takie proste. Rozdzieliliśmy się.
Olympic Park był naprawdę ogromny. Dopiero po paru godzinach Hugo złapał trop.
- Świeży - mruknąłem przybiegając do nich z Mattem i Alberto- Dałbym głowę, że 20 minutowy.
Puściliśmy się w pogoń. Po godzinie z daleka poczuliśmy znajomy słodki odór. Przystanęliśmy w bezpieczniej odległości by nas nie wyczuli, ale tak, żebyśmy ich spokojnie mogli obserwować. Stali do nas tyłem,
Wszyscy spojrzeliśmy na Matta. Jego mina na razie nie zdradzała nic (czyt. żadnych rozkazów).
- Rozmawiasz z Katherine Pierce.. - dobiegł nas głos dziewczyny. Wychyliłem się trochę, by ją zobaczyć. Wyglądała jak oni, jednak.. jej serce o dziwo było, a krew krążyła w żyłach.
Niespodziewanie jeden ze stojących tyłem pijawek przybliżył się do niej. Spojrzałem na Matta.
- Na co czekamy? - warknąłem.
Chciałem jak najszybciej zaatakować.
Matt nie odpowiedział, tylko z uporem wpatrywał się w plecy naszych wrogów. Wyczuwałem dezorientacje moich pozostałych kompanów. Oni również nie wiedzieli, czemu Matt nie wydaje żadnych poleceń.
Niespodziewanie wampirzyca, w której było serca poleciała na drzewo. Nie - to jeden z nich ją rzucił. Moment był idealny, powstało zamieszanie więc mogliśmy wkroczyć do akcji. A jednak Matt nie odzywał się.
Właśnie wtedy dziewczyna puściła się w pogoń, a oni za nią. Świetnie pogoń za pogonią - pomyślałem sarkastycznie i właśnie wtedy Matt pobiegł. Ustawieni w szyku ruszyliśmy za nim. Po parunastu metrach niespodziewanie się zatrzymał. Zrobiliśmy to samo.
Obraz był przerażający. Pijawki pochylały się nad pół-pijawką i sączyły z niej krew. Ten widok tak mnie obrzydził, że wstrząsnęły mną dreszcze. Gdy wstali i zaczęli się oddalać Matt krzyknął w myślach.
- Teraz!
Wszyscy pobiegliśmy przed siebie, tym razem szybciej niż poprzednio.
Jednak gdy mijaliśmy dziewczynę... poczułem, że nie mogę jej tak zostawić. Krwawiła i pewnie straciła przytomność. Zawróciłem do niej.
- Co ty... - usłyszałem jeszcze gniewny głos Huga i przemieniłem się.
Szczęście mi dopisało bo znajdowaliśmy się niedaleko miejsca gdzie zostawiłem rzeczy. Szybko naciągnąłem spodnie i wróciłem do dziewczyny z koszulą. Obwiązałem jej łydkę ciesząc się, że przynajmniej na coś się przydała.
A później dotarło do mnie co zrobiłem.
Zostawiłem swoich przyjaciół gdy puścili się w pościg za liczną grupą pijawek.
Złamałem rozkaz przywódcy.
Właśnie pomagałem jednej z nich. No dobra może w połowie jednej z nich.
Niemniej jednak czy naszym zadaniem nie było pomagać ludziom? Nawet jeśli.. nie do końca nimi byli? Dziewczyna mogła szybko się wykrwawić i umrzeć... Jeśli w ogóle mogła, bo nie wiem jak to działa o pół- wampirów. Może złamałem rozkaz, ale ratowałem ludzkie życie.
Ostrożnie wziąłem ją na ręce zagubiony. Nie wiedząc co robić, gdzie iść i jak z nią postąpić puściłem się delikatnym truchtem przez las. Miałem nadzieje, że gdy chłopaki wykończą krwiopijców - a na pewno wykończą - pomogą mi z nią. Wiedziałem jak zareagują, jednak musiałem spróbować.
To w końcu był mój obowiązek.
- Wiesz, że nie mogę Kim - powiedziałem cicho, bezbarwnym głosem.
Nic więcej nie trzeba było dodawać. Niedopowiedziane słowa zawisły gdzieś w powietrzu. Nadzieja w oczach Kimberly znikła tak szybko jak się pojawiła. Z powrotem odwróciła się do mnie plecami. Tym razem oddychała tak cicho, że prawie jej nie słyszałem mimo mojego wyostrzonego słuchu.
Jeszcze długo wpatrywałem się w sufit czując, że w końcu będę musiał podjąć ważną decyzję. Przeciąganie tego wszystkiego nie miało najmniejszego sensu. Mimo wszystko dziewczyna była dla mnie ważna i nie chciałem jej zranić.
Nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Gdy ocknąłem się rano jak zwykle o szóstej, Kim jeszcze spała. Pospiesznie wstałem chcąc się jak najszybciej ubrać i wyjść, zanim dziewczyna się obudzi. Wiedziałem, że muszę najpierw zajrzeć do biura ojca, więc postanowiłem poszukać jakieś nadającej się do ubrania koszuli. Nie uśmiechała mi się wizja spotkania z nim. Od ponad 2 lat relacje z moim ojcem można było ocenić najwyżej na 'poprawne'. On zresztą nie starał się tego zmienić.
I ja też nie.
Z zamyślenia wyrwał mnie szept Kim.
- Nie zmienisz decyzji..
Odwróciłem się do niej powoli. To było bardziej twierdzenie, niż pytanie.
- Wrócę późno w nocy - mruknąłem zakładając koszule.

Nie czekałem na jej odpowiedź. Wychodząc usłyszałem jeszcze ciche popłakiwanie. Stałem chwilę na schodach. Potrząsnąłem gwałtownie głową. Postanowiłem, że zajmę się nią później.
Wyszedłem na zalaną słońcem ulice Shelton. Wiedziałem, że z tego obskurnego miasteczka do Seattle droga zajmie mi nie mniej niż godzinę, a przecież jak najszybciej musiałem dostać się do Clearwater. Jeżdżenie między Shelton gdzie od 2 miesięcy mieszkałem z Kim a moim rodzinnym Clearwater gdzie spędzałem większość czasu, było dla mnie coraz bardziej męczące. Ten problem miał się rozwiązać już wkrótce - powiedział mi jakiś złośliwy głosik z tyłu głowy.
Mój podniszczony przez czas volkswagen jetta czekał na mnie wiernie. Wsiadłem do środka i wyruszyłem.
Nim chociaż przekroczyłem granicę Shelton, w głowie rozdźwięczał mi wyraźny głos Matta. Zdziwiłem się, że o tej porze kazał mi natychmiast wracać do Clearwater. Normalnie nie korzystał z przywileju przywódcy i nie wdzierał nam się do głowy, gdy byliśmy... w postaci ludzkiej. Tym bardziej się zaniepokoiłem. Gdy wyjechałem z Shelton, obrałem kierunek w przeciwną stronę, do Clearwater. Trudno, tatuś musi poczekać - pomyślałem ironicznie.
Licznik właśnie przekroczył 220. Nie obawiałem się policji. Parsknąłem w duszy wyobrażając sobie jakby ten pościg wyglądał. Gdy zobaczyłem znajome sylwetki drzew, wiedziałem, że już niedaleko. Drogę, która normalnie trwa 2 godziny, pokonałem w 30 minut.
Gdy podjechałem pod dom, nie zwlekałem długo. Czym prędzej wyskoczyłem z auta i pędząc do pobliskiej linii drzew, ściągnąłem spodnie, koszule (której troche zrobiło mi się szkoda) i adidasy.
Ukryłem to pospiesznie pod liściem paproci i natychmiast poddałem się transformacji.
Gdy opadłem na czterech łapach na dobrze znaną mi ściółkę usłyszałem natychmiast głosy moich kompanów.
- Gdzie ty się tyle czasu podziewałeś? - syknął Flynn
- Znowu to samo. To chyba wiadome, że w Shelton - odparłem zły.
- Tyle razy ci powtarzaliśmy, żebyś w końcu wrócił na stałe do Clearwater - dodał Carl.
- Przecież nie zostawi Kim - parsknął śmiechem Flynn, które w rzeczywistości pewnie brzmiało jak szczeknięcie.
- Nie byłbym tego taki pewien - wtrącił niespodziewanie Hugo, który nie odzywał się od początku rozmowy.
Z opóźnieniem zdałem sobie sprawę, że siedział mi w głowie. Wściekły starałem się zablokować umysł, jak uczył mnie kiedyś Matt, jednak pod wpływem emocji na nic się to zdało. Wszyscy nagle zamilkli, pewnie podążając za przykładem Huga, co mnie jeszcze bardziej rozjuszyło. Czułem, że gdy w końcu się spotkamy, nie będę już się tak hamował.
- Dajcie mu spokój.. - mruknął nieoczekiwanie Cody. Był z nas najmłodszy i.. najbardziej potulny. Wypełniał wszystkie rozkazy bez protestów i z zapałem podchodził do tego.. kim jest. Ja miałem na ten temat swoje własne zdanie, ale o tym starałem się na razie nie myśleć.
Las Olympic był ogromny więc dopiero po paru minutach zetknęliśmy się ze sobą. Stanęliśmy w kręgu a ja popatrzyłem wściekły w oczy Huga obnażając zęby.
- Przestań w końcu siedzieć mi w głowie - warknąłem.
- Wiesz, że to nie moja wina - odparł niewinnie, jednak jego szara, niemalże biała sierść wyraźnie się zjeżyła.
Już miałem coś mu odszczeknąć kiedy pojawił się Matt. Wszyscy z szacunkiem skinęli mu głowami, a Cody tak się pokłonił, że niemalże dotknął nosa ziemią. Było to dla mnie śmieszne i każdy w kręgu na pewno usłyszał moją myśl, łącznie z Codym i Mattem, który jednak nie zwrócił na mnie uwagi.
- Mamy problem - przemówił - W lesie pojawili się krwiopijcy. Jest ich 6. Wracałem z nocnego patrolu wraz z Alberto gdy zobaczyłem ich jak wyłaniają się z morza.
Więcej nie musiał mówić. Zobaczyliśmy w jego myślach dokładnie jak wygląda każda z pijawek. Wyczułem narastające podniecenie w głowie Carla i Huga. Pogoń za krwiopijcami zawsze sprawiał im wielką frajdę. Cody się bał, jednak cieszył się, że może na coś przydać się stadu. Ja podchodziłem do tego bardziej sceptycznie, podobnie jak Flynn. Wraz z Alberto, który odsypiał i Donato, który aktualnie przebywał na wakacjach w Californii, było nas 8. Alberto miał do nas wkrótce dołączyć, jednak i tak mieliśmy niewielką przewagę.
Mimo wszystko musieliśmy bronić swojego terytorium i ludzi mieszkających w pobliskich miasteczkach, na które prawdopodobnie pijawki przypuszczą atak. Wtedy właśnie Matt wydał nam polecenia. Alberto już do nas biegł. Carl, Flynn, Hugo i Cody mieli być zewnętrzną pętlą.
Matt, Alberto i ja wewnętrzną.
Na razie jednak musieliśmy złapać trop, co nie było takie proste. Rozdzieliliśmy się.
Olympic Park był naprawdę ogromny. Dopiero po paru godzinach Hugo złapał trop.
- Świeży - mruknąłem przybiegając do nich z Mattem i Alberto- Dałbym głowę, że 20 minutowy.
Puściliśmy się w pogoń. Po godzinie z daleka poczuliśmy znajomy słodki odór. Przystanęliśmy w bezpieczniej odległości by nas nie wyczuli, ale tak, żebyśmy ich spokojnie mogli obserwować. Stali do nas tyłem,
Wszyscy spojrzeliśmy na Matta. Jego mina na razie nie zdradzała nic (czyt. żadnych rozkazów).
- Rozmawiasz z Katherine Pierce.. - dobiegł nas głos dziewczyny. Wychyliłem się trochę, by ją zobaczyć. Wyglądała jak oni, jednak.. jej serce o dziwo było, a krew krążyła w żyłach.
Niespodziewanie jeden ze stojących tyłem pijawek przybliżył się do niej. Spojrzałem na Matta.
- Na co czekamy? - warknąłem.
Chciałem jak najszybciej zaatakować.
Matt nie odpowiedział, tylko z uporem wpatrywał się w plecy naszych wrogów. Wyczuwałem dezorientacje moich pozostałych kompanów. Oni również nie wiedzieli, czemu Matt nie wydaje żadnych poleceń.
Niespodziewanie wampirzyca, w której było serca poleciała na drzewo. Nie - to jeden z nich ją rzucił. Moment był idealny, powstało zamieszanie więc mogliśmy wkroczyć do akcji. A jednak Matt nie odzywał się.
Właśnie wtedy dziewczyna puściła się w pogoń, a oni za nią. Świetnie pogoń za pogonią - pomyślałem sarkastycznie i właśnie wtedy Matt pobiegł. Ustawieni w szyku ruszyliśmy za nim. Po parunastu metrach niespodziewanie się zatrzymał. Zrobiliśmy to samo.
Obraz był przerażający. Pijawki pochylały się nad pół-pijawką i sączyły z niej krew. Ten widok tak mnie obrzydził, że wstrząsnęły mną dreszcze. Gdy wstali i zaczęli się oddalać Matt krzyknął w myślach.
- Teraz!
Wszyscy pobiegliśmy przed siebie, tym razem szybciej niż poprzednio.
Jednak gdy mijaliśmy dziewczynę... poczułem, że nie mogę jej tak zostawić. Krwawiła i pewnie straciła przytomność. Zawróciłem do niej.
- Co ty... - usłyszałem jeszcze gniewny głos Huga i przemieniłem się.
Szczęście mi dopisało bo znajdowaliśmy się niedaleko miejsca gdzie zostawiłem rzeczy. Szybko naciągnąłem spodnie i wróciłem do dziewczyny z koszulą. Obwiązałem jej łydkę ciesząc się, że przynajmniej na coś się przydała.
A później dotarło do mnie co zrobiłem.
Zostawiłem swoich przyjaciół gdy puścili się w pościg za liczną grupą pijawek.
Złamałem rozkaz przywódcy.
Właśnie pomagałem jednej z nich. No dobra może w połowie jednej z nich.
Niemniej jednak czy naszym zadaniem nie było pomagać ludziom? Nawet jeśli.. nie do końca nimi byli? Dziewczyna mogła szybko się wykrwawić i umrzeć... Jeśli w ogóle mogła, bo nie wiem jak to działa o pół- wampirów. Może złamałem rozkaz, ale ratowałem ludzkie życie.
Ostrożnie wziąłem ją na ręce zagubiony. Nie wiedząc co robić, gdzie iść i jak z nią postąpić puściłem się delikatnym truchtem przez las. Miałem nadzieje, że gdy chłopaki wykończą krwiopijców - a na pewno wykończą - pomogą mi z nią. Wiedziałem jak zareagują, jednak musiałem spróbować.
To w końcu był mój obowiązek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz