piątek, 29 lipca 2016

Od Kath


 
     Rok    1563    Londyn 


   Mój brat był nieokrzesanym podrywaczem. Uwielbiał towarzystwo panienek, lecz bardziej uzależniony był od zabijania na zlecenia, był w tym jednym z najlepszych. W Londynie było ich zaledwie kilku, ale Jeremy był dość dobry i nikt nigdy nie śmiał go podejrzewać, przecież był synem króla.
  Weszłam do jego pokoju, właśnie się dokądś zbierał. Uśmiechnęłam się i nieśmiało podeszłam do niego. Zerknęłam na starannie zapiętą koszulę, którą jeszcze dopinał. Spojrzał w lustrze na mnie, a potem na siebie. 
-Znów wychodzisz? - spytałam lekko zawiedziona. 
-Mam zlecenia. - odparł bez krępacji ani strachu, że ktoś go usłyszy. 
-Kiedy... wrócisz...? - nieśmiało odwróciłam wzrok. 
  On natomiast skrzywił się, spojrzał na mnie a potem znów na siebie. 
-Dobrze wyglądam, nie za podejrzanie? - odwrócił się do mnie.
  Uśmiechnęłam się lekko, cały czas czując smutek w sercu, że znów znika na całą noc. Martwiłam się. 
-Nie najgorzej. - puściłam mu oczko, a ten złapał moją twarz w dłonie i spojrzał w oczy. 
-Nic ci nie grozi, nie przyjdą tu. - uśmiechnął się do mnie pocieszająco. 
  Fakt, przy nim czułam się bezpieczniej. 
-Już muszę iść. Do zobaczenia rano. 
  Nic nie zdążyłam powiedzieć, złapał płaszcz i wyszedł ściskając w prawym boku jedną z broni. Położyłam się na łóżku nawet nie zdejmując sukni. 

  W nocy usłyszałam niepokojące odgłosy, jakby ktoś był w domu. Byłam pewna, że to Jeremy wrócił wcześniej. Wstałam z łóżka i poszłam w stronę przed pokoju naszego mieszkania. Wychyliłam się lekko zza ściany, zapaliłam świecę i poszłam dalej. Przestraszyłam się własnego odbicia... Moje czerwone oczy lśniły w niewielkim blasku świecy, one wprawiły mnie w niemalże krzyk. Nie przywykłam do nich, od niedawna jestem wampirem... 
  Nagle z kuchni wyskoczył na mnie ktoś. Był to Klaus. 
-Ćśś... nic ci się nie stanie, jeśli pozwolisz ze mną pójść.
-Zostaw mnie! POMOCY! PROSZĘ! 
  Zakrył mi usta i wysyczał przerażająco. 
-Twój braciszek ucierpi, jeśli nie pójdziesz. 
-Skąd mam pewność, że go masz?! 
-Złapali go moi bracia, siostra się nim idealnie zajęła. 
  Wtedy przeraziłam się nie na żarty. Poszłam z Klausem. Widziałam jak Kol (również zalicza się do rodzeństwa Klausa i Elijah) bije mojego brata, brutalnie rzuca nim po pomieszczeniu i wywija jego bronią jak zabawką kpiąc z niego.
-Taki z ciebie łowczyna? - zakpił. - Przecież to hańba dla twojej przeklętej rasy! 
-Zostaw go! - krzyknęłam, a Klaus zaczął trzymać mnie mocniej. 
  Odwróciwszy uwagę wszystkich tu zebranych, Jer wyjął nagle ostatni pistolet i wystrzelił w Kol'a. Upadł, dławiąc się werbeną. Klaus wściekły rzucił się na Jeremy'ego, który kazał mi uciekać.
  Zamiast mu pomóc uciekłam. Zostawiłam go. 
  Od tamtej pory nienawidzę siebie. Jestem potworem i przykładem na to, że wampiry są bez serca i nie potrafią kochać. 

-Pomożesz mojej mamie w przygotowaniu czegoś super ekstra na moje urodziny?! Tort!
-A jakie smaki lubisz?
-Truskawka i czekolada! No i śmietankowy...
-A więc zrobię mega super hiper ekstra niespodziankowy tort, co ty na to? - uśmiechnęłam się do niej, a Sophie podekscytowana krzyknęła z zachwytu.
-Super! Umiesz zrobić tort? Taki jak w filmach? Taki pycha?
-Jeszcze lepszy niż pycha. - zaśmiałam się.
  Sophie odbiegła ode mnie i przytuliła Dominica. Wstałam, wyprostowałam się i minęłam go. Unikałam z nim rozmowy i kontaktu wzrokowego. Po ostatnich zdarzeniach nie powinnam w ogóle tu dłużej być.
  Wyszłam, kierując się w stronę lasu czując wyraźny zapach Stefana. Nie przepadaliśmy za sobą, ale musieli zrozumieć że to nie ich teren i z każdą wizytą wilkołaki są skore do coraz brutalniejszego ''załatwienia sprawy''.
-Czego ty chcesz? - spytała, gdy już byliśmy po ''stronie wampirów''.
-Wiem co zrobili pierwotni. Co planuje Klaus.
-Nie interesuje mnie to.
-Powinno. Dotyczy to twojego brata.
  Spoważniałam i spojrzałam na niego.
  To właśnie jeden z tych tematów, na które się po prostu nie rozmawia. Nie chciałam mówić o Jeremym.
-Jak śmiecie... Jak Klaus śmie...?! - zamilkłam.
-Chcą go wybudzić...
-Nie mogą. Przecież... wilkołaki go zabiją jak tylko dowiedzą się że jest łowcą... poza tym to nie możliwe! Nie ma czarownic... zostały powybijane! Nie wierzę, że istnieje cień szansy na...
-Klaus wspomniał o przelanej krwi jednego z rodziny śpiącego. Wiesz to.
-Nie myśl o tym. - odparłam i zaczęłam panikować. - Zostawcie mnie i jego w spokoju... Znowu go skrzywdzę... znowu...
-Każdego kogo kochasz ginie. - uśmiechnął się złośliwie. - Dlatego każdy cię unika. Jer popełnił błąd. Teraz nawet cię nie będzie pamiętać... postaramy się chociaż o to, by cię znienawidził do tego stopnia, żeby chciał cię zabić. Przy okazji wilkołaki będą miały punkt zaczepienia.
-Zostawcie go w spokoju! Nie rób tego... Nie pomagaj im! - wykrzyczałam zapłakana.
-Poza tym Ty przydasz się tylko jako ofiara do przebudzenia go... - kontynuował.
-Nie macie prawa tego robić! - krzyknęłam.
-Mamy, dlatego to robimy. - parsknął, jakby było to takie logiczne.
  Zniknął nagle, a ja wróciłam na drogę do domu Dominica. Płakałam. Byłam na skraju wytrzymałości. Nie mogli wybudzić Jera bo wtedy... zrobią to co planują...
  Nienawidziłam siebie za to co zrobiłam gdy porwali mnie i Jeremy'ego. Chcieli zabić go na moich własnych oczach i zrobili to. Jer poświęcił własne życie by mnie ratować, byłam tak młoda, zagubiona i spanikowana, wystraszona wampirami, że postanowiłam wykorzystać sytuacje i zwiać gdy tylko mogłam. Od tamtego momentu nienawidzę siebie za to, że zostawiłam brata. Był dla mnie jedyną osobą, która zapewniała mi bezpieczeństwo, z nim czułam się bezpieczna na tyle ile pozwoli nam wieczność... I ja to zepsułam.
  Stefan miał rację. Giną te osoby, które mnie kochają. Tak było zawsze. Nie myślałam o innych tylko o sobie, i to już nie specjalnie, tylko automatycznie weszło mi w skórę. Jer taki nie był. Mimo jego chłodu i obojętności kochał mnie na swój sposób i jako że wtedy miałam czternaście lat czuł się za mnie odpowiedzialny. A ja zawiniłam...
-Katherine... tu jesteś... - spojrzałam na Dominica. - Wszystko w porządku?
  Minęłam go jak najszybciej, ścierając łzy z powiek.
-Kath! - złapał mnie za rękę.
  Odwróciłam się do niego.
-Co? - szepnęłam.
-Coś nie tak...? Co się stało?
-Powinnam już odejść...
-Odprowadzę cię chociaż do domu...
-Nie o to mi chodzi. - wypłakałam. - Powinnam odejść na zawsze.
-Co? Dlaczego?
-Mam zły wpływ na to co się dzieje dookoła. Chcą mnie. Oni. Wampiry chcą mnie, mojej ofiary, kilka kropel mojej krwi... by wybudzić mojego brata który był kiedyś łowcą... chcą go na mnie nasłać... boże... jestem potworem...
-Nie jesteś... nic ci tu nie grozi...
-Ale wam grozi! - wyjaśniłam jak umiałam. - Zaatakują was... mnie zabiorą... znowu... Nienawidzę siebie samej!
  Spuściłam wzrok i spojrzałam na własne ręce, widziałam, ile osób zabiłam, ile krwi na niej było i co zrobiłam własnemu bratu. Nie podałam mu pomocnej dłoni.
-Patrzę na siebie i widzę kim naprawdę jestem... kim byłam... nic się nie zmieniłam, ja jestem taka jaka byłam... Przepraszam Dominic... za wszystko... za złe rzeczy... za to, że mnie spotkałeś, bo z naszą znajomością wiążą się problemy... Pierwotni kiedyś mi powiedzieli, że mój i ich ''związek'' ma wspólne ofiary... Kiedy oni zabiją ja jestem najbardziej winna, bo mordują tylko osoby które mi pomagają... chcą zmienić na lepsze, a ty to robisz.. dzięki temu że ciebie spotkałam nie morduję jak kiedyś, czuję obrzydzenie do tych którzy to robią... powstrzymuję się od wylewu niepotrzebnej mi krwi, minęła żądza, ale oni tego nie tolerują. Stworzyli mnie jako wampira, Katherine Pierce, która nie ma prawa by się zmieniać na lepsze. Jestem tym gorszym odłamkiem który nie wiem dlaczego ciągle im brakuje. Nie chcę żyć codziennie bojąc się o twoje życie, kogokolwiek... i to przeze mnie to się dzieje. Bo nie dadzą mi spokoju i chociaż myślisz, że zabiłeś ich ostatecznie to oni i tak wrócą. Po mnie. Nie mogę czuć niczego, nie dopuszczam do siebie miłości, nie rozumiem tych uczuć bo nigdy nie było mi dane być kochaną... rodzice byli materialistami, bez uczuć, mój... - bardziej zaczęłam płakać. - Mój brat... nigdy go nie było, mordował innych na zlecenia, troszczył się o mnie, kochałam go i zginął! Bo nie mogę czuć właśnie dlatego że pierwotni odbierają mi te osoby. Nienawidzę siebie, wszyscy czują do mnie nienawiść.
  Odeszłam w stronę domu ścierając łzy. Musiałam powstrzymać pierwotnych. Dopóki tu jestem mogą mnie złapać, zabrać znowu... i skrzywdzić tych, na których mi zależy. Albo się im oddam dobrowolnie... albo pozwolę by sami tu przyszli i kogoś zranili...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz