Czułam szpiega. Nie miałam paranoi, ale czułam cholernego szpiega. Był blisko. Miał mnie cały czas na oku, Deana i dziecko. Sprawa z Julią nie dawała mi spokoju, wiedziałam, że Abaddon nie da spokoju dziewczynie jeśli się dowie gdzie jest. Musiałam chronić braci jak i dziewczyny która nie wiadomo kim jest dla mnie... jeśli jest siostrą to również muszę ją chronić.
-Nie mogę obiecać ochrony przed braćmi. - odparłam patrząc w oczy Sam'owi.
-Przecież to diabły, jak możesz ich kryć? - oburzył się Dean.
-Nie wiem. Po prostu nie mogę. Jeśli po nią przyjdą, jeśli ją znajdą to nie mieszaj się w to.
-Jak mam się w to nie mieszać, Em? - krzyknął Sam.
-Ona to słyszy. - przerwałam jego krzyki. - Nie zmienię zdania.
Dean spojrzał na mnie jakby nie wierzył w to co mówię.
-Co cię ugryzło? Byłaś przeciwna okrucieństwu i zjawia się dwóch braciszków i nagle zmieniasz światopogląd?!
-Dean, nie mogę...
-Przynajmniej bądź... czymś w rodzaju szpiega... informatora. Co zamierzają... - kombinował Sam.
-Przykro mi, ale nie zrobię tego.
-Co? - zdziwili się obaj.
-Nie będę przeciwko nim. Będą to wiedzieć. Nie tolerują kłamstwa i czegoś takiego, będziemy w niebezpieczeństwie i to wielkim, na razie trzymam ich na smyczy...
-Ona niedługo się zerwie kotku, wtedy będzie problem z ich ujarzmieniem. - przerwał Dean. - Mają ochotę na tron, jeśli odzyskają siły Crowley będzie w dupie...
-Co mnie on obchodzi? - oburzyłam się. - Zabił Gabi, namieszał Tobie w głowie, mnie, zamknął mnie, chciał zabić nasze dziecko a Ty do cholery go bronisz?!
-Słuchajcie, trzeba bronić Julię zanim dowie się kim naprawdę jest. Ale musisz mieć... sorry Dean... ale Em musi mieć z nimi stały kontakt.
-Chyba cię powaliło Sammy.
-Nie będę szpiegiem. Zemszczą się, znam ich jak nikt inny.
-Albo Ty albo sami z nimi pogadamy.
Parsknęłam.
-Nic wam nie powiedzą.
-Jesteś pewna?
-Dean, on wie kim jesteś. Sama też zna, nie ryzykujcie...
-To pomóż nam to załagodzić.
-Po prostu porozmawiam z braćmi...
-Ty naprawdę mało wiesz o tym świecie. - roześmiał się Dean.
-Mamy dziecko, więc nie baw się w bohatera. Na razie zostaw to mnie.
-Znam Cię kochanie i wiem, że są granice tego co w Tobie siedzi. Jak oni to uwolnią będziesz wtedy myślała o dziecku?
Zamilkłam.
-Jednak nie mogę szpiegować ani obiecać ochrony nad Julią. Przykro mi.
Wieczorem spotkałam się z Abaddonem. Abalam siedział jak kretyn zamknięty przez jedną z czarownic którą najwyraźniej trzeba było zabić, bo czaru nie mogłam zdjąć w dalszym ciągu. Najstarszy brat siedział naprzeciwko mnie, gryząc wykałaczkę. Obserwował mnie z uśmiechem, jakby coś podejrzewał.
-Słuchaj... Może i Julia zniknęła, ale...
-Nie ma żadnych ale. Ty ostatnio ją widziałaś więc Ty ją odnajdziesz.
-To nie takie proste braciszku.
-A co w tym trudnego?
-To, że ją zmienisz na swojego klona, w diabła, obudzisz w niej to co ja usiłuję kryć. Wiem jakie to trudne, nie prowokuj mnie...
-To Ty mnie nie prowokuj, bo zdaje się, że przewyższam cię siłą moja kochana siostrzyczko. Przerwijmy tę sprzeczkę rodzinną i powróćmy do biznesowych spraw. Znajdziesz ją i uwolnisz brata.
-A co, jeśli wiem gdzie jest Julia? - uśmiechnęłam się złośliwie.
Abaddon wściekł się i prawie nie zgniótł stołu w drobny mak.
-Co Ty do kurwy nędzy powiedziałaś? Wiesz gdzie jest?!
Ludzie dookoła spojrzeli na nas dziwnie a ja kontynuowałam.
-Wyciągnę Abalama jeśli zostawisz w spokoju Julię... na długi czas, aż kiedy pozwolę ją tknąć. Jeśli słowa nie dotrzymasz...
-Zawsze dotrzymuję słowa. Oczywiście... rodzeństwu, które NIE ZDRADZIŁO piekła.
-Niestety nie masz wyboru.
Zastanawiał się chwilę, spojrzałam w okno, było już ciemno ale doskonale rozpoznałam impalę Deana. Wiedział, że się z nim tu spotkam. I nie pozwolił mi być tu samej.
Jasne. Pewnie.
-Zgadzam się, dobra. Ale nikt o tym nie wie? Szczegóły pewnie już sama sobie ułożyłaś w głowie.
Spojrzałam na niego i w stronę okna.
Czeka. Cały czas czeka. Nie wiem czy na mnie, czy na Abaddona, czy po prostu na naszą dwójkę. Albo po prostu kontroluje czy nie zrobi mi krzywdy.
Co tak naprawdę między nimi kiedyś zaszło? Czemu Abaddon tak nienawidzi Deana, a Dean Abaddona? No i Abalama, to bracia którzy się nigdy nie rozdzielają. Dlatego zależy starszemu bratu na tym, bym pomogła uwolnić Abalama. Polował na czarownice, ma uraz sprzed kilkuset lat. Można to zrozumieć, ale w tym wypadku mogłam spodziewać się wszystkiego. Abalam mógł zamordować tyle czarownic ile ja nigdy w życiu bym się nie domyśliła. A Abaddon mógł jakoś zranić Deana i Sama albo im się napatoczyć... wspólny, nieciekawy epizod o którym ta czwórka nie wspomina słowem?
Wyszliśmy, patrzyłam na Deana uważnie. Obserwowałam każdy ruch i spojrzenie, badałam co on chce takiego teraz zrobić, co myśli, co planuje?
-Dean Winchester, a jakżeby inaczej! - roześmiał się Abaddon. - Czego wielki Winchester tu szuka, co? Ach, no tak! Mojej siostrzyczki... Dobry masz gust, ale szkoda, że kochasz diabła...
Nachylił się do Deana i wyszeptał mu coś. Słyszałam to...
-Uwolnię z bratem to co w niej siedzi i nie dość, że zabije wam dzieciaka to wyssie z niego moc a potem rozpieprzy tron Crowleya razem ze mną i Abalamem, resztą braci... i gówno możesz zrobić...
-Bracie... - pociągnęłam go za rękaw by stanął obok mnie.
Nie chciałam by doszło do rękoczynów. Po Deanie mogłam się spodziewać wszystkiego.
Dean spojrzał na mnie a potem na roześmianego Abaddona. Zmienił kolor oczu... nie wróżyło to dobrze dla mojego brata.
Dean pchnął go na ścianę, był wściekły, ale panował nad tym. Nad wszystkim panował... nie wiedziałam, że umie to kontrolować...
Nie zareagowałam. Należało się to mojemu bratu ale też ja nie pozostawałam bez winy. Nadal mam tajemnice o których tylko Abaddon wie, albo nawet nikt o nich nie słyszał i nie usłyszy.
Abaddon był w ludzkim ciele. Dlatego nie ma się czemu dziwić, gdy Dean zmasakrował go i puścił. Upadł na ziemię, a potem zniknął. Błądziłam wzrokiem po chodniku, po samochodzie a potem po twarzy ukochanego szukając w niej... właśnie, czego?
-Dean... - szepnęłam.
-Wsiadaj. - odparł i usiadł za kierownicą.
Stałam chwilę, nie nadążałam za tym co się stało.
-Wsiadasz czy mam odjechać? - otworzył drzwi z mojej strony od środka, czekał.
Wsiadłam.
-Gdzie jest Rich?
-Amy się nim zajmuje.
-Skąd wiedziałeś, że tu będę?
-Ja powinienem zadawać pytania. - zacisnął ręce na kierownicy. - Po co się z nim spotkałaś?Co mu mówiłaś?
-Chyba nie sądzisz, że mogłam spiskować przeciwko Julii czy Tobie... albo twojemu bratu?!
-Chcę wiedzieć co mu mówiłaś.
-Zwolnij. - poprosiłam gdy Dean przyspieszał coraz bardziej.
-Mów, o czym rozmawialiście.
-O Julii...
Dean jechał bardzo szybko, jak na jakimś torze wyścigowym. Droga była pusta, ale i tak nie odpowiadało mi gdy jechał aż tak szybko.
-Jak to kurwa o Julii?! - podniósł głos.
-Pomogę mu w uwolnieniu Abalama... tylko się w to do cholery nie wtrącaj... a w zamian zostawi Julię do mojego pozwolenia...
-Posłucha się ciebie, tak? - powiedział potulnie. - Świetnie, że mu ufasz. Możesz ze mną i Samem konsultować sprawy które dotyczą również nas?
-Nie robię tego dla siebie...
-Owszem. Robisz to dla swoich braciszków którzy niedługo narobią większego chaosu niż jest w tym momencie w piekle!
Od razu wysiadłam z samochodu gdy tylko Dean zatrzymał się pod domem. Poszłam w stronę drzwi, weszłam do środka i kazałam zniknąć Amy.
-Co się stało...
-Wyjdź. Gdzie dziecko?
-Śpi...
Amy wyszła. Wszedł Dean, trochę ostudzony ale nadal zdenerwowany.
Podeszłam do niego i spojrzałam mu w oczy.
-Co my robimy? Czemu kłócimy się o takie rzeczy? Nie możemy porozmawiać normalnie?
-Normalna rozmowa jak widać nic nie dała. - odparł wściekły.
-A Ty dalej swoje...
-Bo nie rozumiem jak możesz rozmawiać na takie rzeczy z kimś komu nie można ufać! To D I A B E Ł! Sam w sobie!
-Zaufaj mi, nie proszę byś to zrobił w stosunku do Abaddona... ale zrób to - zaufaj mnie.
Zamilkł.
-Ufam Ci, ale nie im...
-Czemu tak zależy ci na Julii?
-No nie mów, że jesteś zazdrosna, właśnie sprałem kolesia który...
-Ale to mój brat...
-TEORETYCZNIE.
-No weź przestań! - parsknęłam.
-No ty przestań, jesteś zazdrosna o osiemnastolatkę!?
-Nie jestem!
-No to o co Ci chodzi?!
Roześmiałam się, usiadłam na kanapie i nie mogłam przestać się śmiać. Dean patrzył na mnie jak na wariatkę, był zdezorientowany.
-A teraz co cię śmieszy?!
-My. - odparłam nie mogąc złapać oddechu. - Jesteśmy siebie warci. Głupek. - wydusiłam przez śmiech.
On zły wpatrywał się tępo w ścianę. Wstałam i podeszłam do niego. Wzięłam jego twarz w dłonie i się lekko uśmiechnęłam.
-Kocham Cię. - odparłam, mniej się śmiejąc. - Nie wiem skąd wiesz to wszystko, gdzie byłam i z kim i o której... ale Cię kocham, do szaleństwa. I kłócąc się o takie głupoty tylko utwierdzamy się w przekonaniu, że nie dość, że jesteśmy głupi to jeszcze siebie warci. I źle zrobiłeś katując Abaddona. - dodałam na koniec, a Dean spojrzał na mnie znów poddenerwowany. - Nie ma tak łatwo, nie ma wisienki na torcie. - zaśmiałam się. - Mogę powtarzać to do końca świata, Kocham Cię. Nikt tego nie zmieni. - delikatnie pocałowałam go i z uśmiechem poszłam do synka.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz