wtorek, 26 lipca 2016

Od Dominica

 Gdy wróciłem do domu z dziewczyną na rękach i całą bandą, która ciągle robiła mi wyrzuty, przeraziłem się nie na żarty, gdy zobaczyłem, że stoi pusty. Gdzie Sophie? Gdzie dziadek? Mama..?
Na szczęście mama odebrała po trzecim sygnale. Wiedziałem, że nic mi nie odpowie.. więc poprosiłem od razu do telefonu o Sophie lub dziadka.
Usłyszałem głos ten pierwszej.
- Dominic? - pisnęła.
- Tak - przytaknąłem - Gdzie jesteście?
- Mama mówi... - zamilkła -  Jesteśmy na zakupach, a później jedziemy z dziadkiem do Jack'a. Mamy wrócić wieczorem.
- Tylko uważajcie na siebie - mruknąłem i rozłączyłem się.
Zazwyczaj to ja jechałem z nimi gdy wybierali się do miasta. Lekko mówiąc wizja 9- letniej roztrzepanej dziewczynki, dziadka chodzącego o kuli i niemej matki... nie napawała optymizmem.
Tak, moja matka nie mówiła. Od 3 lat czyli dokładnie od śmierci... pewnej osoby. Chodziliśmy po różnych specjalistach. Każdy mówił tylko to samo - wstrząs psychiczny. Matka chodziła na różne terapie i spotkania z psychiatrami. Na nic się to zdało. W końcu nauczyła się języka migowego, a że uczyła się przy małej, obie mogły się swobodnie porozumiewać, a Sophie stała się jej wiernym tłumaczem.
Zamyślony długo stałem nad Katherine w  sypialni mojej matki, ale w końcu wróciłem do kuchni. Powiedzieć, że wszyscy byli źli to okropne niedopowiedzenie.
- Jak mogłeś nas zostawić?! Wiesz co to oznacza dla nas?! - warknął Hugo
- Nie jest taka jak oni, słychać bicie jej serca, krew w żyłach - tłumaczyłem cierpliwie

image

-Ale słabo to słyszę! Jest w pół martwa - kłócił się ze mną dalej.
- Ratujemy ludzi, ona jest pół człowiekiem, więc miałem prawo ją ratować. Było was tyle że daliście sobie z nimi radę! - warknąłem coraz bardziej poirytowany
- Trzech zwiało - mruknął Cody.
- Co? - odparłem zdziwiony.
- W tym jeden w kawałkach, nieźle poturbowany - wtrącił Carl - Nie wiem jak daleko mogli uciec, ale goniliśmy ich. Przekroczyli naszą  granicę, a tam jest już ich teren.
Teren? Od kiedy te pijawki miały jakikolwiek teren? Rezerwat w całości należał do nas. Już miałem zaprotestować, gdy w kuchni pojawiła się nowa osoba.
Wpatrywała się nas z otwartą buzią. Ja znalazłem koszule i ubrałem ją, żeby jej nie wystraszyć gdy się obudzi, ale moi kochani towarzysze najwyżej nic sobie z tego nie robili. Parsknąłem śmiechem widząc jej minę, ale szybko przybrałem poważną minę.
- No i pięknie! - machnął rękami Flynn - Teraz doznała jakiegoś szoku czy coś! Wampiry tak w ogóle mogą?!
- Nie jestem wampirem - odparła z niezwykłą pewnością siebie - Jestem pół wampirem - wbiła morderczy wzrok w Flynna. Biedaczyna, aż osłupiał, jednak szybko wrócił do siebie.
- Teraz będziesz zgrywał jej niańkę? - zwrócił się do mnie.
- Spokój - niespodziewanie odezwał się milczący do tej pory Matt - Ty ją wyciągnąłeś z lasu i twoja głowa co się z nią stanie. To nie nasz problem  mamy ważniejsze sprawy.
Po czym wyznaczył Cody'ego i Carla żeby ruszyli z nim na patrol. Po południu miał ich zmienić Alberto i Flynn, a wieczorem do północy straż miałem pełnić jak zwykle ja... i Hugo. Zgrzytnąłem zębami ze złości. Nie żebym go nienawidził - kochałem go jak brata i potrafiliśmy się dobrze dogadywać, jednak ostatnio cały czas robiliśmy sobie na złość. Trudno jakoś to przeżyje - pomyślałem i spojrzałem na dziewczyne.
Nie zostaje tu - powiedziała szybko zwracając się do mnie.
- Z tą nogą daleko nie zajdziesz - odparłem.
- Nie twój interes - mruknęła, a Flynn parsknął śmiechem.
- Na dodatek milutka.
Po chwili wszyscy zaczęli się rozchodzić. Nie wiedziałem co mam teraz z nią zrobić, gdy spytała niespodziewanie.
- Jak masz na imię?
Zaskoczony spojrzałem na nią i odpowiedziałem.
- Dominic a t..
- Katherine - przerwała mi szybko po czym dodała - Gdzie jestem?
- W Clearwater. Rezerwat Olympic -  odpowiedziałem uważnie jej się przyglądając.
- A więc tyle mnie dzieli do Seattle.. - szepnęła
Max 3 godziny drogi pomyślałem, jednak na głos spytałem
- Jesteś z Seattle? Podrzuciłbym cie... - pomyślałem o nieuniknionej wizycie u mojego ojca.
- Nie! - prawie krzyknęła. Znów mnie zaskoczyła. - Nie.. - uspokoiła się powoli -  Jak najdalej od tamtego miejsca. Pozbędziecie się mnie szybciej niż myślicie... tylko.. coś muszę wymyślić...
- Zostaniesz tu przynajmniej póki nie wyzdrowiejesz całkowicie - spojrzałem znacząco na jej nogę i rękę, oraz liczne stłuczenia i zadrapania.

Poleciłem jej się jeszcze przespać, co na szczęście uczyniła bez zbędnych protestów, bo chyba sama czuła, że jest mocno wyczerpana. Sam nie miałem chwilowo co ze sobą zrobić, więc ruszyłem wolnym krokiem do garażu. Wizytę u ojca postanowiłem przełożyć na nastepne dni, tak samo jak rozmowę z Kim. Ostatnio mama wspominała mi (przez Sophie) że jej toyota zaczyna szwankować. Dziś do miasta musieli jechać fordem dziadka, co wyraźnie wskazywało puste miejsce obok samochodu matki. Zdjąłem koszulę, żeby nie pobrudzić jej smarem i zabrałem się do pracy.
Nie minęło parę minut jak drzwi uchyliły się i stanął w nich Flynn. Zdziwiony spojrzałem na niego sponad maski.
- Nie odsypiasz? - spytałem.
- Wiesz, że nie lubię spać w dzień pracusiu - odpowiedział z lekkim uśmiechem - Wiesz.. Może byłem trochę chamski, ale...
- Trochę - przerwałem mu parskając śmiechem. Przewrócił mi oczami.
- Chodzi mi o to, że... Nie chce żebyśmy się wpakowali przez z nią w kłopoty. Żebyś ty się wpakował - uściślił patrząc prosto na mnie.
Tym razem to ja przewróciłem oczami.
- Flynn.. Nie martw się. Wykuruje się i pewnie będzie chciała odejść - mruknąłem - Za dwa tygodnie już nawet nie będziesz o niej pamiętał - mrugnąłem do niego.
Westchnął, ale nic więcej nie powiedział.
- Daj pomogę ci. Znając twoje dwie lewe ręce...
- Kto tu madwie lewe ręce - parsknąłem i rzuciłem w niego brudną szmatką. Zaczęliśmy się przepychać ze śmiechem.
Po południu Flynn (wreszcie) musiał iść na patrol. Wpadł do mnie na chwilę Cody, przygnębiony że nie udało się im nic znaleźć. Widząc jego minę smutnego szczeniaka nie mogłem się nie roześmiać.
Wieczorem gdy już miałem się zbierać do lasu, zobaczyłem podjeżdżający samochód. To nie była moja rodzina. Hugo, który przyszedł po mnie parę minut temu widząc kto siedzi za kierownicą roześmiał się.
- Ty nie chciałeś jechać rozwiązać problemu... Problem przyjechał do ciebie.
- Poczekaj na mnie w lesie. Będę za 20 minut - mruknąłem.
Uśmiechając się pod nosem zanurzył się między drzewami, a ja podszedłem bliżej auta zbierając się na konfrontacje.
- Kim co ty tu robisz - wysyczałem poirytowany.
- Sprawdzam czy jeszcze żyjesz - odpowiedziała.
Przez dłuższy czas panowała cisza.
- Wracaj do domu, przyjadę jutro i porozmawiamy - odpowiedziałem siląc się na spokojny ton.
- To ja fatyguję się do ciebie, jadę 2 godziny, a ty mnie tak bezczelnie zbywasz? - krzyknęła.
- Nie histeryzuj - odparłem - Nikt cie nie prosił żebyś tu przyjeżdżała.
Te słowa same się ze mnie wylały. Jad który w nich pobrzmiewał zaskoczył nawet mnie. Kim cofnęła się o krok.
- Świetnie! - warknęła. W jej oczach zaszkliły się łzy - Świetnie! - powtórzyła i wsiadając do samochodu odjechała z piskiem opon.
Ścisnąłem sobie nasadę nosa. Sfrustrowany zorientowałem się, że od dłuższego czasu ktoś mnie obserwuje.
Podszedłem do niej i dotknąłem ramienia. Katherine wzdrygnęła się lekko.
- Czemu nie jesteś w... - zacząłem lecz mi przerwała.
- Postanowiłam zacząć powoli chodzić. Nie mam gipsu, nie jest aż tak tragicznie.
- To wracaj bo zmarzniesz, jest chłodn..
- Ciężka kłótnia? - znów bezceremonialnie wtrąciła mi się w zdanie.
- Czy ty kiedyś dasz mi dokończyć zdanie? - uśmiechnąłem się lekko, lecz przypominając sobie awanturę z Kim, przybrałem znów tą samą minę.
Przeprosiła i zaczęła tłumaczyć, że nie podsłuchiwała. Wpatrzyłem się w linie drzew. Hugo pewnie już się porządnie zniecierpliwił.
- To nie ważne - mruknąłem szybko.
- Ważne, jeśli tak cię to zdenerwowało.
Zamilkłem. Nie wiedziałem co odpowiedzieć.
- Sama się odprowadzę - powiedziała pod nosem. Z zamyśleniem wpatrywałem się w tył jej sylwetki gdy wracała do domu. Niespodziewanie pod dom podjechał dobrze znany mi ford. Drzwi szybko się otworzyły i wybiegła moja pociecha. Z piskiem wpadła mi w ramiona.
- Cześć mała - pocałowałem ją w jasną główkę.
Z tyłu energicznie kuśtykał dziadek, a mama z lekkim uśmiechem na zmęczonej twarzy wyjmowała zakupy.
- Nie powinieneś być na patrolu? - spytał z rezonem wchodząc po schodach. Od zawsze sprawy watahy były dla niego najważniejsze.
- Zbieram się już... - mruknąłem wyobrażając sobie minę Huga.
Sophie pobiegła pomóc mamie wnieść zakupy.
- Dominic! Patrz co sobie kupiłam! Zawsze podobała mi się ta sukienka! - pisnęła i zaczęła ją wyjmować. Przerwałem jej szybko.
- Sophie, pokażesz mi wszystko jutro dobrze?
Na twarz dziewczynki wstąpił zawód, ale szybko się zreflektowała.
- Dobrze, będę na ciebie czekać - odparła i wbiegła do domu.
Matka zatrzymała się przy mnie i pocałowała mnie w policzek.
- Mamo... Muszę już pędzić na patrol, ale chciałbym cię prosić o to byś... zaopiekowała się pewną osobą. Ma na imię Katherine i właśnie śpi... w twoim pokoju - wymamrotałem. Mama uważnie słuchała, uśmiechając się lekko i słuchając mnie - Jutro gdy wrócę wszystko ci wytłumaczę.
Patrzyła na mnie jeszcze przez chwilę po czym skinęła głową i popchnęła mnie lekko.  Chciała mi w ten sposób powiedzieć, żebym już biegł. Nie zwlekając pognałem w kierunku lasu. Starałem się nie myśleć o Katherine, wiedziałem, że to by tylko rozjuszyło i tak już zdenerwowanego Huga.
















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz