środa, 27 lipca 2016

Od Kath

  W kuchni starałam się coś wykombinować na obiad, nie nudziłam się gdy pomagałam Pani mamie w kuchni a ponad to ona miała czas dla siebie, czas wolny. Nagle wyczułam coś, wyraźne zagrożenie, wyczułam ''swoich''. Szli tu. Wilki nie zdążą ich złapać na czas.
  Odeszłam od kuchni i rozejrzałam się po salonie. Podbiegłam do całej trójki siedzącej w salonie.
-Musicie się schować.
  Spojrzeli na mnie jak na wariatkę.
-Bawimy się w chowanego? - zdziwiła się Sophie.
-Nie, po prostu musicie, proszę...
  Mama Sophie wzięła córkę za rękę i dziadka, który dziwnie się na mnie patrzył. Poszli gdzieś, widocznie Pani Mama wiedziała gdzie się skryć i co może nadchodzić.
  Dobra. Teraz odciągnę ich uwagę. Mimo nogi musiałam dać z siebie wszystko.
  Do domu wparowała cała trójka.
-Bethany, znajdź ich do cholery!
-Nie czuję zapachu... jedynie kundle... - parsknęła zła. - Czuję ich. Są tu niedaleko... śpieszmy się.
  Stałam za ścianą i starałam się coś wymyślić. Nie mogli tu być. Chcą mnie.
  Wyjrzałam zza ściany i spojrzałam na tego ich ''niby przywódcę''.
  Osłupiałam, gdy zobaczyłam, że to Elijah. Poprzednio go nie było, nie możliwe, żebym go wtedy nie poznała...
  Wrócili. Cała rodzinka pierwotnych wampirów. Klaus również. Ale nie wierzę, by Elijah pomagał Klausowi w zabiciu mnie.
  Wpadłam na stolik i zbiłam wazon, zakryłam sobie usta i szukałam ewentualnej drogi ucieczki. Były tylne drzwi zaraz za moimi plecami. Ale tak czy siak usłyszeli.
-Słyszałaś? - spytał Elijah.
-Czekaj... Wyczuwam krew ludzką.. to nie Katherine.
-Nie mamy na to czasu. - odparł sztywno.
-Jestem głodna! Skoro Katherine nie mogę zabić to kogo mogę?!
-Albo się uspokoisz, albo wyrwę ci łeb, jasne?
  Nigdy nie był tak brutalny. Zawsze był kochany, uroczy, miły.... szarmancki. Dlatego nigdy nie zwracałam na niego uwagi w ten sposób, darzyłam go uczuciem ale jak brata, nawet nie chciałam go mordować, był dla mnie ważny... dopóki mnie nie zdradził. Zaskoczenie szybko minęło gdy po prostu wyskoczyłam przed nich.
-Mnie szukacie? - spytałam, a ich czerwone ślepia zwróciły się na mnie. - To chodźcie.
-Łapać ją. - mruknął Elihaj.
  Rzuciłam się do drzwi.
  Wybiegłam na zewnątrz. Gdzie te cholerne wilki? Nie dziwię się, że część po prostu im uciekła.
  Po drodze, gdy cała trójka mnie goniła nie miałam wątpliwości, że to ci którzy mnie zaatakowali poprzednio wezwali pierwotnych, nawet ich przebudzili. Tylko skąd wiedzieli gdzie jest grobowiec? I jak obudzili wszystkich naraz? Chyba, że tylko udało im się obudzić Elijah... oby. Jest najmniej problemowy i porywczy, ale sprytny i przebiegły. Jednak może uda mi się z nim potargować, jest uczciwy.
  Hmm... może dlatego młodsi wchodzą na te tereny bo Elijah uważa, że należą do nich. Przecież w ''naszych'' czasach wilkołaki miały swoje wyznaczone miejsca, było ich mniej, nie walczyły bo nie były aż tak doświadczone. Ale czasy się zmieniły, Elijah tego nie widzi, jest zbyt pewny siebie.
  Zatrzymałam się, a raczej centralnie wpadłam na Dominica pod postacią człowieka (jeszcze). Elihaj podniósł dłoń by pozostała dwójka się zatrzymała. Odwróciłam się do wampirów. Mój stary znajomy stał, pewny siebie i z lekkim uśmiechem wpatrywał się we mnie. Nie w wilkołaka obok mnie, tylko we mnie.
  W Dominicu aż kipiało złością. Czułam jego niewyobrażalne ciepło które od niego biło.
-Po co wróciłeś? - spytałam, stojąc o własnych siłach, równie dumnie jak on mierząc go wzrokiem.
-Wiesz po co.
-Zaraz wrócicie skąd przyszliście. - odparł wściekły Dominic i pojawiła się reszta watahy.
  Elijah ani drgnął w chociaż lekkim strachu. Stał nieruchomo, dalej nie zmieniając nastawienia. Lecz pozostała dwójka nieco bardziej się przestraszyła.
-Sprawy rodzinne. - odparł zadowolony z siebie.
-O ile się nie mylę nie należę do waszej rodzinki. - odparłam złośliwie.
-Och, no przestań, narzeczona Klausa to nie nasza rodzina?
-BYŁA narzeczona, Elijah. Masz mi to za złe?! Nie załatwiajmy tego tutaj.
-Chyba twoi nowi psi kumple nie mają zamiaru mnie wypuścić, więc porozmawiamy tu.
  Spojrzałam na wilki. Nie ma mowy, by te dwumetrowe bestie ruszyły z miejsca tylko dlatego, że poprosi ich o to ich wróg we własnej osobie. Musiałam jakoś spławić Elijah, bo wilkołaki go nie zabiją. Nie dadzą rady nawet w takiej ilości, nie wiedzą kto to jest. On i tak przeżyje, ileż to razy próbowano go zabić? Czy to czarownice, czy to łowcy... są znani na całym świecie, nawet ludzie znają legendy o założycielach tak wielu miast, ile to im zawdzięczamy, a potem ile szkód nam wyrządzili.
-Rozumiem, że załatwimy sprawy kiedy indziej. - kiwnął głową spokojnie, skoczył na drzewo i po prostu pobiegł, zniknął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz