piątek, 29 lipca 2016

Od Julii

Maria była bardzo sympatyczna. Kiedy wieczorem szykowałam się do snu usłuszałam pukanie.
-Proszę.
Drzwi otworzyła Maria.
-Przyniosłam ci skarbie kanapki. Musisz coś zjeść.
-Dziękuje Pani
-Maria. Po prostu Maria.
-Dobrze.
-Jakbyś czegoś Bello potrzebowała to wiesz gdzie mnie szukać?
-Tak.
-Dobrej nocy.
-Dobranoc.
Wyszła a ja ze smakiem zjadłam wszystkie kanapki.

***

Rano spojrzałam załamana na moje oszczędności. Musiałam znaleźć koniecznie jakąś pracę.
Wykąpałam się i ubrałam. Z wilgotnymi jeszcze włosami zeszłam na dół do recepcji. Zastałam tam Marie.
-Dzień dobry. Mario wiesz może gdzie mogłabym znaleźć tutaj prace?
-Hmmm.. W sklepie Dona potrzebują pracownika ale mogłabym ja ciebie zatrudnić. Nie jestem za młoda ale w prawdzie daje sobie radę lecz pomoc się przyda. Za miesiąc dostałabyś 900$ oraz darmowy nocleg.
-Z przyjemnością skorzystałabym z twojej oferty Mario.
-A więc możesz zacząc od teraz.
Właśnie wszedł jakiś dziwny facet.
-Dzień dobry. Chciałbym wynająć pokój na jedną noc.
Było coś w nim co sprawiało że czułam lęk.
-Bello zajmij się panem. Zaprowadź go do pokoju numer 5 obok twojego.
-Proszę za mną.
-Jesteś córką tej Pani?
-Nie. Pracuję tu i mieszkam.
Spojrzał się na mnie swoimi.. Zwierzęcymi oczami. Tak, zwierzęcymi. Kojarzyły mi się one z jakimś dzikim zwierzęciem. Kojotem? Wilkiem?
-Proszę to Pana pokój.
-Dziękuje
Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.
Do końca tego dnia nie widziałam go już.
W nocy patrzyłam na księżyc. Była piękna pełnia. Nagle usłyszałam hałas za ścianą. Szmery, stukanie.. I powarkiwanie?
Zaciekawiona i zaniepokojona wyszłam ze swojego pokoju i zapukałam w drzwi pokoju numer 5. Nikt nie odpowiadał a hałas się nasilał.
Nie powinnam. Nie powinnam tego robić. Jemak zrobiłam.
Otworzyłam drzwi.
-Przeprasz..
Nagle wielki pies wyskoczył z pokoju i zaatakował mnie.

****

Krew. Ból. Zęby. Pazury.
Krzyknęłam budząc się. Był dzień. Byłam w swoim pokoju. W swoim łóżku.
Miałam całe obolałe ciało.
-Ale miałam dziwny..-przerwałam widząc swoje ramię.
Była na nim rana. Rana po ugrgzieniu. Moje ręce byłu podrapane.
Cholera.
Zerwałam się mimo obolałego ciała.
Cholera! To nie był sen!!!!
Wybiegłam z pokoju. Nawet byłam w tych samych ubraniach. Spojrzałam na korytarz. Nic tam nie było. Wszystko było dobrze. Żadnych śladów.
Drzwi od pokoju z którego wyskoczył jakiś pies były zamknięte. Za nimi nic nie było słychać.
Zbiegłam na dół do recepcji gdzie była Maria.
-Ten facet..
-Z pokoju numer 5?
-Tak.. Wychodził?
-Wyszedł nad ranem. Pare godzin temu. Coś się stało?
-T.. Nie nic.
-No dobrze. Posprzątałabyś ten pokój? Musi być gotowy na nowy na kolejnych gosci.
-tak tak..
Wzięłam klucze i poszłam tam. Zawahałam się tak jakby tam znowu było to zwierze. Odetchnęłam głęboko i już otwierałam drzwi..
-Hej.
Krzyknęłam upuszczając wiaderko z zawartością.
Odwróciłam się.
-Przepraszam nie chciałem cię wystrasyć.
-Hej Dominic..-starałam się złapać oddech i uspokoić serce po mini zawale.
-Słyszałem od Marii że pracujesz tu.
-Tak.
-I jak?
-Dobrze. Maria jest bardzo miła. Pomaga mi. Dziękuje że mnie tu przyprowadziłeś.
-Nie ma za co. Dobrze się czujesz?-zmarszczył brwi.
-Taak..
-Co Ci się stało?-spojrzał na moje ręce.
Rany na ramieniu nie mógł zobaczyć. Opatrzyłam ją a teraz była zakryta rękawem.
-Drobny wypadek przy pracy.
-No dobrze.
Dominic był jakiś dziwny.
-Macie tu... Jakieś zwierze?
-Nie a co?
-Pachnie tu psią sierścią.
Nic nie czułam.
-Był tu na noc jakiś facet. Może on miał kontakt z psami..
Dziwna sytuacja. Ja nic nie czułam!
-Nadal tu pachnie psem..
Ciemność.

***

Ocknęłam się w swoim łóżku.
Serio?!
Nademną stała przerażona Maria, Dominic i jakiś facet. Lekarz.
-Co się stało?
-Zemdlałaś-powiedział Dominic.
-Nic jej nie będzie?-zapytała Maria lekarza.
-Dominic powiedział nam że niedawno byłaś w szpitalu i że straciłaś pamięć. To prawda?
-Tak.
-W jakich okolicznościach?
-Powoedziano mi że przyleciałam z Francji w ciężkim stanie. Dostałam krwotoku.
-Miałaś wypadek?
-Lekarz powiedział mi że zostałam postrzelona pare razy w brzuch i że ledwo udało im się mnie odratować.
-O matko..-wyszeptała Maria.
-Masz jakieś leki które przepisał Ci lekarz?
-Tak tak..
-Bierzesz je?
-Dziś rano zapomniałam.
-Pewnie dlatego zemdlalaś. Musisz bardziej się pilnować.
-Dobrze.
Lekarz pożegnał się i wyszedł. Maria poszła po coś dla mnie do jedzenia.
-Dlaczego nie mówiłaś dlaczego byłaś w szpitalu?
-A czy to ważne? I tak nic nie pamiętam.
-Będę się upewniał że bierzesz regularnie leki.
-Dobrze.. Bedę już pamiętać.
-Trzymam Cię za słowo.-powiedział-Jeszcze coś. Czemu mnie okłamałaś?
Spojrzałam się na niego zdezorientowana.
-Co Ci się stało??
-Nie wiem o czym mówisz.
-Te zadrapania i rana na ramieniu. Coś cię zaatakowało?
Westchnęłam. Powiedzieć mu prawde? Uzna mnie za wariatkę!
-Spacerowałam kiedy...
-Nie kłam
Westchnęłam. Skąd on wie?
-No dobrze. Ale uznasz mnie za wariatkę!
-Mów.
-Zaatakował mnie tu, w motelu w nocy jakiś pies. Nie wiem co to było, chyba pies. Obudziłam się rano w łóżku. Myślałam że to sen ale.. Te rany były na prawde.
-To było zwykłe zwierze?
Co on ma na myśli?
-Tak.
-Na pewno w motelu? Nie byłaś w lesie?
-Na pewno.
-Ten facet miał tego pss?
-Nie, nie wiem. Jak tu przyszedł to nie było przy nim żadnego psa. To pewnie był jakiś bezpański pies. Przybłąkał się w poszukiwaniu jedzenia.
-Yhm..
Usiadłam czując że mogę znów zemdleć.
-Dobrze się czujesz?
-Weznę leki i będzie dobrze.
-No dobrze. Muszę już iść ale jeszcze Cię odwiedzę.
-Dobrze.
Wyszedł a ja wzięłam leki.
Zjadłam zupę od Marii i położyłam się spać czując jak ogarnia mnie zmęczenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz