piątek, 29 lipca 2016

Od Kath

 
       

    Rok     1490r.      Bułgaria

 

  Przyjęcie trwało w najlepsze, gdy przechadzałam się samotnie wśród rozgadanych, bogatych książąt, mierzyłam ich wzrokiem, obserwowałam każdego dokładnie i obierałam sobie cel. Czułam ich krew i słyszałam głośne bicie serc gości. Ojciec przyglądał się również mnie, rozmawiając o interesach i dalszych losach królestwa Petrovych, miał podzielną uwagę. Zawsze miał na mnie oko, bronił mnie zawsze gdy ludzie oskarżali mnie o różne przekręty. Owszem, zdarzały się takie przypadki... lecz rzadko ktoś śmiał je mówić na głos. 
-A mówi się, że przypadki chodzą po ludziach. - spojrzałam w lewo na uśmiechniętego jak zawsze Elijah. 
-No proszę, już traciłam nadzieję na to, że się zjawisz. 
-Przybyłem z braćmi. Spotkałem po drodze Stefana Salvatore'a i Damona (czyli Eryk), byli w ciężkiej sytuacji i użyczyłem im konie. 
-Bohaterze, rzadko pomagasz potrzebującym. 
-Tym bardziej im. 
-Czyżby stracili w twoich oczach uznanie? 
-U Klausa zdecydowanie. 
  Zmroziło mnie. Elijah spojrzał na mnie i zaraz przeprosił.
-Wybacz, to niezwykle nieprzyjemny dla panienki temat. 
-Panienki? - uśmiechnęłam się. - Nie zwykłeś tak do mnie mówić wcześniej.
-Ludzie coś usłyszą, potem rozpowiedzą na całe królestwo, wie panienka jak jest. A rozmawiamy nieco głośniej niż pozostali goście. 
-Zgadza się. Więc może się przejdziemy? 
  Uśmiechnął się do mnie i poszliśmy w stronę ogrodu. 
  Na drodze stanął mi Stefan. Spojrzeliśmy sobie w oczy, poczułam jakby jeden z amorów latających nade mną żałośnie chybił, a wszystko prysło gdy Elijah się odezwał. 
-Mógłbyś...? 
-Wybacz. - odparł z pogardą dla Elijah i zrobił miejsce. 
  Odwróciłam się jeszcze za nim, a Stefan odprowadził mnie wzrokiem. 
  Byliśmy już w ogrodzie. 
-Czemuż to ojciec zabronił ci wyjść za niego, skoro wydaje się być godnym zastępcą tronu? 
-Nie jest księciem. - wyjaśniłam zasmucona. - Gdyby tylko nim był już od roku bylibyśmy małżeństwem... - westchnęłam, tym samym urażając go. - Ale nadal rozglądam się bacznie za nowym kandydatem, staram się wyprzedzić ojca. 
  Rozpromieniał. 
-Ale jednak gdyby nie to, że Salvatore jest szlachcicem wzięłabyś go za mąż?
-Oczywiście, kocham go. Jednak to romantyczne, nieprawdaż? - zatopiłam się w marzeniach. - Ojciec wymaga księcia, a nie byle kogo, uważa, że szlachcic to zbyt mało na zastępcę i niski próg jak na mnie... 
  Złapał mnie za dłoń i pocałował nagle. Odsunęłam się i niekontrolowanie dałam mu z liścia w policzek. Odbiegłam, zaszokowana całą sytuacją. Co za tupet, nie do wiary! 

  Popijałam whiskey zupełnie ignorując rozmowę pierwotnych. Dyskutował Elijah i Klaus, reszta zupełnie jak ja albo zniknęli, albo ignorowali ich sprzeczkę. Poszłam na górę zaczerpnąć świeżego spokoju, gdy do środka weszła Bethany.
-Co takiego planujesz, hm? - spytała mrużąc oczy.
-A co cię to tak interesuje?
-Nie codziennie spotyka się pół wampira który współpracuje z psiarnią.
-Nie współpracuję z nimi.
-Więc jednak szpiegujesz?
-Skądże. Nie mam większego zamiaru im paprać życia, mam tam schronienie...
-Mogłabyś zająć ziemię która należy do nas a ich łatwo podpuścić. Tu masz dom.
-Czemu się tak mnie uczepiłaś? Czemu uczepiłaś się wilkołaków?
-Zabili mi brata.
-Sama go zostawiłaś...
-Myślałam, że idzie za mną! - odparła zrozpaczona.
-A więc chcesz zemsty wykorzystując mnie? - spytałam zbliżając się do niej.
-Pragnę jej jak niczego innego! Bardziej niż krwi ludzkiej, chcę wyrwać im łby i patrzeć jak się rozpadają, jak cierpią, jak obserwują jak zabijamy ich rodziny!
-Ojć, okrutne. - odparłam niewzruszona. - Nie jestem zabójcą na zlecenia...
-Ale wilkołaki zamordowali kiedyś twojego brata, prawda? - wstała, szukając na siłę powodu dla którego miałabym jej pomóc.
  Zacisnęłam zęby i odłożyłam szklankę na stolik. Wzięłam ją za ramiona i rzuciłam w biblioteczkę za mną.
-Nie wspominaj o moim bracie, nie masz prawa!
-Kazali ci patrzeć na to, prawda? Na to, jak zabijają! Byłaś człowiekiem a jednak cię trzymali!
-Skąd to możesz wiedzieć?!
-Moja umiejętność to to, że potrafię widzieć u wampirów przeszłość, tylko tą najgorszą. Nie uciekniesz od tego.
  Kopnęłam ją w twarz i odwróciłam się do wyjścia.
-A jednak boli, co nie? Utrata brata! Potem wybiłaś ich rodziny po kolei, a następnie ich. Patrzyli na to, jak po kolei giną, nie ważne gdzie uciekali. I tak ich znalazłaś. Z moim bratem ma być inaczej?! Iść w zapomnienie?!
  Stałam do niej plecami i tylko spojrzałam przez ramię.
-Nie moja w tym głowa, by się mścić. Sama wybijałam ich po kolei, zrób to samo. Nie interesuje mnie nic poza tym.
  Poszłam przed siebie powstrzymując łzy. Rzuciła się na mnie i wyrzuciła z piętra.
  Spadłam w czyjeś ramiona. Spojrzałam na tę osobę.
-Stefan? - spytałam zaskoczona.
-No... a co ty tu robisz?
  Wyrwalam mu się i otrzepałam teatralnie ubrania.
-No, możesz powiedzieć, że na ciebie poleciałam. - odparłam wymijająco i poszłam do salonu.
-Co tu robisz? - spytał ponownie łapiąc mnie za kurtkę. - Znów wracasz do nich?
-Skąd! - parsknęłam. - Matko, jakiś ty lodowaty! - odsunęłam się od niego. - Nie mów, że to ty wracasz...
-Teoretycznie. Wezwali mnie tu.
-Nieźle, bo mnie tak samo.
  Weszliśmy do salonu i przerwaliśmy ostatecznie kłótnię braci. Spojrzeli na nas i Elijah wyszedł wściekły. Klaus kazał nam siadać a Stefanowi rozgościć się.
  Stef zabrał się do alkoholu i wypił większą część, natomiast Klaus obserwował mnie, co nie za bardzo mi się spodobało. Unikałam rozmów z nim a nawet jego nieprzyjemnego wzroku który co jakiś czas spoczywał właśnie na mnie. Stefan zauważył to, jedyne co zrobił to zaśmiał się i obserwował ''zjawisko''. Nienawidził mnie. Tak, był kolejną moją ludzką ofiarą której odebrałam życie a potem podarowałam wampiryzm. Za to mnie nienawidzi.
-Po co wezwałeś mnie do tej wiochy? - spytał sfrustrowany Stefan.
-Ponieważ pragnę, abyś wrócił z Damonem do nas.
-Damon to teraz Eryk. Nie mam z nim kontaktu. Ale Kath miała. - spojrzał na mnie uśmiechnięty.
-Wczoraj tu był. Chcesz go spotkać to wyruszaj do Seattle.
-A więc tam jest... - pomyślał głośno Klaus. - Dobrze, więc tam pojadę. Ach, Stefan... są tu wilkołaki. Z tego co wiem jesteś nie tylko krwiopijcą ale przydatnym łowcą.
-O-oni nie lubią łowców... nienawidzą ich... to błąd, abyś tu zostawał. - powiedziałam do Stefana.
-A więc jednak masz serce i się o mnie martwisz.
-Możesz zdechnąć, po prostu mówię. - wzruszyłam ramionami.
-Masz wpływ na Damona. Jedziesz ze mną.
-Jaki wpływ? - parsknął.
-Już. - warknął Klaus, stąd czułam jego rosnącą wilczą temperaturę i chłód wampirzego, martwego serca.
  Stefan odszedł ode mnie i poszedł.

  Gdy wychodziłam z posiadłości pierwotnych spotkałam na swojej drodze Elijah. Starałam się znów go w sobie naiwnie rozkochać a potem wykorzystać do własnych celów jak kiedyś to robiłam w 1520 roku... jednak teraz był nieufny w 100% i nie chciał układów. Ale warto się zabawić i spróbować, w końcu jestem Katherine Pierce.
-Elijah... co cię tak rozgniewało? - spytałam, zachodząc go od tyłu i stając mu naprzeciw.
-Coś się tak zainteresowała?
  Położyłam mu dłoń na szyi.
-Zawsze się interesowałam...
  Wyrwał się mi.
  Nic z tego. Nie przełamiemy lodów, a on nie kiwnie palcem żeby chociaż zrobić coś w moim kierunku. Pieprzony kretyn. Zyskałby na tym.
  No właśnie... zyskałby... dostałby to, czego chce...
-Chcesz ziemię wilkołaków, czy nie?
  Spojrzał się na mnie zainteresowany.
-Przecież chcę wam pomóc... tylko bez niepotrzebnego rozlewu krwi... - mówiłam potulnie.
  Oczywiście, że to było zwykłe bajerowanie go. Nie skrzywdzę tych niewinnych rodzin, coś mnie przed tym trzymało... tylko co, do cholery?!Gdyby nic mnie nie powstrzymywało przed wybiciem wilkołaków i ich bliskich to już dawno by ich tam nie było...!
-Co proponujesz?
-Zapewnij mi nietykalność... chodzi o Klausa... wiemy oboje czego ode mnie chce, chce mnie zabić przy pierwszej okazji...
-Nie wchodze w to.
  Rozgryzł mnie. Cholera, no!
-Elijah...
-Idź już.
  Westchnęłam wściekła i odeszłam.

  Siedziałam w barze, rozmawiając już nieźle napita z barmanem. Pytał, czy mam kogoś kto mógłby mnie odebrać. Młody chłopak, był bardzo miły ale jego krew kusiła mnie niesamowicie. Chciałam go zabić, wypić krew do cna... tak dawno... tak... bardzo dawno jej nie piłam...
  Podałam imię Dominic i od razu wiedział do kogo dzwonić. Skąd miał jego numer... nie wiem! Ale piłam i piłam a on tylko się przyglądał.
-O, jest. - powiedział barman.
  Spojrzałam w stronę drzwi i pomachałam mu z udawanym uśmiechem, po czym spojrzałam na Masona (barmana).
  Zaczęłam szeptem.
-Uważaj, idzie tu, kryj mnie. - zakryłam twarz jedną ręką i patrzyłam na Masona.
-Cześć... sorry, że przeszkadzam ale...
-Nie przeszkodziłeś, spoko. - odparł wyluzowany Dominic. - Ile piła? - spytał wzdychając.
-Kilkanaście kieliszków... dwa drinki...
-Nie widzi mnie no nie? - spytałam Masona, a on z lekkim uśmiechem spojrzał na Dominica.
-Więcej chyba wymieniać nie muszę... - parsknął.
  Dominic westchnął i złapał mnie delikatnie za ramię.
-No koniec imprezy, idziemy.
-Jak mnie znalazłeś?! - warknęłam zła i przejęta.
-Jarała? - spytał Dominic a Mason roześmiał się.
-Z tego co wiem to nie. - pokręcił głową śmiejąc się.
  Wyszliśmy z Gloves'a, baru w którym się ŚWIETNIE BAWIŁAM. Ruszyłam bez asysty Dominica, który poszedł do samochodu pewny, że jestem za nim.
-Gdzie ty idziesz? - spytał zdziwiony.
-Do twojego domu.
-Jedziemy samochodem...
  Westchnęłam jak mała, znudzona dziewczynka i wyciągnęłam do niego rękę.
-Pomożesz? - spytałam poważnie, chociaż miało to być w żartach.
 Ku mojemu zdziwieniu, gdy sama się odwróciłam prawie przy tym zaliczając glebę - Dominic złapał mnie i postawił do pionu. Usiadłam na miejscu pasażera a on na kierowcy i ruszył.
-Mam nadzieję, że nie jesteś z tych co traktują zarzyganą furę jakbym to zrobiła na ich matkę...
  Roześmiał się.
-Najwyżej mi ładnie wysprzątasz samochód z rzygów.
-Fajnie, spoko. To mogę już rzygać? - spytałam.
-Przecież właśnie ruszyliśmy... nie ma się gdzie zatrzymać... - zaczął lekko spanikowany i zrezygnowany.
-Żartowałam. - roześmiałam się. - Rzygam godzinę po zażyciu czwartego kieliszka...
-A jesteś po ilu i od której tam siedzisz?
-Po dwunastu i od 20.30 a jest... 21.07...
-Fajnie, czyli wiem o której się zatrzymać.
-Wiesz, z tą godziną to ja przesadziłam...
-Dwie godziny? Spoko, zdążymy...
-Dwadzieścia minut...
-Nie no nie żartuj sobie... - parsknął.
-Mam słaby żołądek i głowę... nie żartuję...
-Kath... to może teraz się zatrzymam...
-Nie no, żartuję. Nie będę rzygać, nie jestem cieniasem. - wzruszyłam ramionami.
-Zabawne, bardzo.
-Nie bądź taki. - położyłam dłoń na jego ramieniu rozweselona. - Rozluźnij się. Jedziesz z pijaną dziewczyną, co może się stać?! - spoważniałam. - Matko, teraz ja się boję.
-Jak wjedziemy do lasu zgwałcę cię ze swoją wilczą bandą i zabijemy w lesie rzucając w leśną ściółkę.
-Ha ha ha! - odparłam, teraz ja zirytowana.
-No weź, rozluźnij się.  W końcu jesteś pijana.
  Spojrzałam na niego i znów się uśmiechnęłam.
  Czułam, że i tak w toalecie spędzę noc przytulona do klopa...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz