-Znajdę Amy. - odezwałam się i oderwałam wzrok od syna.
-Jak i po co? - spytał zdziwiony Dean.
-Wiem jak mogę znaleźć Lucyfera i kto może być haczykiem.
-Nie musisz się w to angażować...
-Wiesz gdzie on jest?
-Em...
-No wiesz? - spojrzałam na niego coraz bardziej zdeterminowana. - Nie wiesz. Ale Amy wie...
-A chociaż wiesz gdzie ją znaleźć?
-Dowiem się.
Już nawet nie pytał jak to zrobię, zamilkł i wziął Richa na ręce, chciał go nakarmić.
-Zrobiłam to już.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
-Poważnie?
-Staram się przypomnieć... może mała rzecz którą wykonywałam wcześniej pozwoli mi sobie przypomnieć... Nie mogę zapomnieć o tym, że mamy dziecko... muszę zrobić wszystko co wpadnie mi do głowy.
Uśmiechnął się i pocałował mnie.
Spojrzałam na Richa i przejęłam go.
-Ja go położę... - szepnęłam i poszłam na górę.
-Mamo, co się dzieje?
Zaskoczona spojrzałam na niego.
-Nic... nic synku. - pogłaskałam jego gęste włosy.
-Opowiesz mi bajkę na dobranoc?
-Robiłam to wcześniej?
-Tak. - uśmiechnął się uroczo.
Wyglądał na trzylatka...
-No dobrze. - usiadłam obok niego.
Następnego dnia wstałam o piątej, Dean jeszcze smacznie spał jak i Rich. Napisałam kartkę przy stoliku, że wyszłam załatwić sprawę z Amy. Musiałam.
Wezwałam Eryka, nie było to trudne bo telefon miał przy sobie zawsze i wszędzie.
-O co chodzi słonko? - spytał opierając się o mur kawiarni.
-Gdzie jest Amy?
-A nie wiem.
-Przecież nie mogła tak zniknąć!
-Widzisz, jak spałaś wiele namieszała i zaszczułem ją Deanem i Samem.
-Co zrobiłeś?! - krzyknęłam, ludzie spojrzeli na nas jak na szaleńców.
-Należało się jej. Stefan miał ją w pewnej chwili ale zwiała i nie wiemy gdzie jest. Odpuściliśmy. Pewnie nie żyje.
-Co do cholery...?!
-To ona zabrała... ach, no tak, nie pamiętasz...
-Wiesz o utracie pamięci?
-Oczywiście.
-Co ona zabrała?
-Dziecko. Wasze. Potem Lucyfer go porwał i nie wiadomo co z nim robił i po co go zabrał. Jednak wszystko było pomysłem Amy. Działała przeciwko tobie i Deanowi, nam wszystkim. Więc nasłałem na nią Deana i Sama, potem dołączył się Stefan.
-Przecież ją kochałeś!
-Była tylko do łóżka a poza tym to co zrobiła nie mogło jej ujść na sucho. Porwala ci dziecko a ty nadal jej bronisz?
-Nie bronię! Ja nawet nic nie pamiętam! Dobra... nie ważne... gdzie mogę znaleźć Casa?
-Castiela ci potrzeba? - parsknął. - Cholera wie gdzie on teraz jest.
-Znajdź go i tu przyprowadź. - rozkazałam.
-Przyprowadzę go do twojego domu.
Zniknął.
W domu nie było Deana ale za to był Rich. Oglądał bajki.
-Jesteś głodny? - spytałam gdy zamknęłam drzwi. - Tata zostawił cię samego?
-Wyszedł kilka minut temu, mówił, że pewnie zaraz wrócisz...
-Chyba mu to wybaczymy, co? Nie nudziłeś się?
-Nie-e.
-No to możemy mu wybaczyć. - uśmiechnęłam się do niego i poszłam do kuchni. - Jestes głodny?
-Zjadłem niedawno.
Założyłam buntowniczo ręce i spojrzałam na niego z uśmiechem.
-Ty masz z nim za dobrze, co?
-Nie aż tak, jest smutno jak nie ma ciebie.
-Ale teraz jestem i nigdzie się nie wybieram. - pocałowałam go w czoło i potargałam włosy.
Siedziałam z nim na kanapie i wygłupiałam się. Martwiło mnie to, że nie przypomina mi się zupełnie nic ale starałam się nadrabiać to co zapomniałam i to czego mi brak.
Gdy usłyszalam pukanie podbiegłam do drzwi ślizgając się po jasnych panelach. Stał przede mną Castiel!
-O matko, dobrze, że cię widzę... Chodź!
Stanęłam przed nim i czekałam na jakąś przydatną informację.
-Wiesz,gdzie ona jest? - spytałam zniecierpliwiona.
-Jest w rezerwacie niedaleko Clearwater, las Olympic...
-Świetnie. - odparłam zadowolona. - A dokładniej?
-Mogę cię poprowadzić.
-Ekstra. - uśmiechnęłam się.
-Emilie...
-Hm? - odwróciłam się do niego gdy szukałam kluczyków.
-Ona nie jest taka jak kiedyś.
Zamilkłam. Nie wiedziałam co to znaczy...
-Zabierzemy Richa? - spytal przerywając ciszę.
-Tak. Rich! Przejedziemy się.
-Samochodem?
-Tak. - złapał mnie za rękę i poszliśmy.
Nie wiedziałam że droga tam może być tak długa i ciągnąca się w nieskończoność! Mały zasnął w połowie drogi, a gdy dojechaliśmy na miejsce gdzie poprowadził mnie Castiel, obudził się.
-Mamo gdzie jesteśmy?
-Załatwię jedną sprawę szybko i zaraz wracamy do domu. Zostaniesz z wujkiem?
-Tak! - odparł entuzjastycznie.
-Zajmij się nim, proszę.
-Nie ma problemu.
-Dzięki.
Podeszłam do domu gdzie rzekomo była Amy. Zapukałam i otworzyła mi młoda kobieta.
-Dzień dobry... czy jest tu Amy?
Spojrzała się na mnie dziwnie i pokręciła głową. Gdy podziękowałam i miałam się wycofać usłyszałam głos Amy.
-Znam ją, to... Emilie... - wyszła przed dom lekko kuśtykając.
Przytuliłam ją bez słowa.
-To ty żyjesz? - spytała zaskoczona.
-Obudziłam się niedawno... - spojrzałam jej w oczy.- Trochę rzeczywiście się zmieniłaś...
-Przyszłaś tu z kimś? - wystraszona spojrzała przez moje ramię.
-Z synem i Castielem.
-A Dean...?
-Wiem co się stało, powiedziano mi dzisiaj o wszystkim. Nie wzięłabym ich.
-Czemu przyjechałaś?
-Lucyfer opętał Sama... chcę wiedzieć co mogę zrobić, znasz go bardziej niż ja.
-Abaddon i Abalam nie są skorzy do pomocy?
-Zabiłam ich. - powiedziałam pod nosem spuszczając wzrok. - Dotykiem.
-Zrób to samo z Lucyferem.
-W środku jest Lucyfer, to ciało Sama jest zagrożone.
-Niestety, nie wiem jak pomóc.
-Jak to nie wiesz?
-Ja nie jestem powiązana z nimi... z demonami. Już nie. Mam nowe życie, zacznę je jak tylko stąd wyjdę.
-Wróć...
-Nie. - odparła. - Przepraszam, ale musisz już iść.
Nie widziałam by coś zostało z dawnej Amy. Była jak robot, nie czuła tęsknoty za nikim i niczym. Była pustką której nie mogłam wypełnić. Chyba nikt nie mógł, było za poźno dla niej jak i dla naszej dawnej przyjaźni.
-Wrócę kiedyś. - przerwała ciszę. - Tylko nie na stałe. Nie tam. I przykro mi, że nic nie wiem o Lucyferze. Nie będę haczykiem.
-Nic by ci nie groziło, Dean i ja...
-Właśnie. Dean. Nie ufam mu.
-Ale...
-Nie chcę o tym rozmawiać, przepraszam.
Zła wsiadłam do samochodu i odjechałam.
A niech tu zgnije...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz