wtorek, 26 lipca 2016

Od Kath

  Odprowadziłam go wzrokiem i spojrzałam na kanapę którą opuścił. Wzruszyłam ramionami i stanęłam obok okna opierając ręce o parapet i wpatrywałam się w drzewa i wstające słońce. Z czasem deszcz przestał padać, a to oznaczało nowy dzień.
  Zauważyłam samochód który był mi dziwnie znajomy. Nie była to impala Deana ani białe volvo Emilie. Mimo to nieprzyjemny dreszcz przeszedł mi po plecach. Nie widziałam kierowcy, jednak wyszłam po cichu na zewnątrz i spojrzałam na samochód, spojrzałam na rejestracje, Seattle. Nikt jednak z moich dawnych znajomych czy wrogów nie miał takiego samochodu, aczkolwiek wrażenie znajomej marki wprawiło mnie w zakłopotanie.
  Wysiadł z niego Stefan, zupełnie mnie zmroziło gdy go zobaczyłam. Chciałam wrócić do domu i zamknąć za sobą drzwi nie budząc przy tym wszystkich ale on mnie nie zaatakował a nawet nie wymierzył we mnie pistoletem który rzucał się w oczy z jego prawego boku. Wyjął torbę, nie wiem co w niej było i nawet nie chcę wiedzieć. Obserwowałam go gotowa do ucieczki do środka. Położył torbę na mokrej ziemi. Geniusz - pomyślałam. - Nic się nie zmienił.
  Szedł powoli w moją stronę jakby był na polowaniu i nie chciał spłoszyć zwierzyny. Ugięłam kolano gotowa do odwrotu. Obserwowałam jego ruchy, jego chód i sposób w jaki na mnie patrzył. Analizowałam jego zachowanie.
-Jednak cię znalazłem. - parsknął. - Ukrywali cię dosyć nieźle.
  Gdy usłyszałam z jaką pogardą się do mnie odnosi podeszłam do niego i dałam mu w brzuch, czego w ogóle się nie spodziewał.
  Nachyliłam się jeszcze, by szepnąć mu do ucha parę słów.
-Jeszcze raz cię tu zobaczę a inaczej pogadamy.
  Schylił się z lekkim uśmiechem.
-Niezły sierpowy, Kath. Jednak popracuj trochę nad obroną.
  Nie wiedziałam co to miało znaczyć, wyprostował się nagle i wymierzył we mnie pistoletem. W środku była werbena, czułam ją aż z tej piguły która była w środku.
-Jakiś problem? - podszedł do nas Dominic.
  Stefan opuścił broń i z uśmiechem zwrócił się do mnie.
-Przywiozłem twoje rzeczy, bo z tego co wiem panicznie boisz się wrócić do Seattle.
  Zacisnęłam zęby i już chciałam wymierzyć mu w twarz, ale Dominic złapał mnie za kant kurtki. Nic jednak nie powiedział, ja również.
-Do zobaczenia, Kath. - moje imię wypowiedział jakby wypluwał jad, z jeszcze większą pogardą i brakiem szacunku.
  Wsiadł do samochodu i rzucił na siedzenie pistolet. Odjechał tak spokojnie, że sama się ponownie się rozjuszyłam. Odeszłam od Dominica i wzięłam torbę z rzeczami.
-Kto to był i czemu dałaś mu DOBREGO prawego sierpowego? - spytał z lekkim uśmieszkiem.
  Zignorowałam pytanie, tylko posłałam mu zmęczone spojrzenie i wzięłam torbę w rękę. Wziął ją ode mnie i poszedł w stronę domu. ''Pobiegłam'' za nim i zatrzymałam.
-Nie proszę o pomoc. - powiedziałam nie napadając na niego, spytałam zupełnie niewinnie, jakbym mało rozumiała i byłabym małym dzieckiem. - Dam radę. Właśnie dałam,jak to ująłeś, dobrego prawego sierpowego dawnemu znajomemu i mam nie poradzić sobie z torbą pełną ubrań?
-Ten DOBRY to była ironia.
  Uśmiechnęłam się lekko.
-Nie spałaś całą noc? - ruszyliśmy, odpuściłam sobie walkę o nieważną teraz torbę z ubraniami.
-A Ty mnie szpiegowałeś, że wyszedłeś na zewnątrz ''bohaterze''?
-Pierwszy zadałem pytanie.
-Nie spałam, zresztą koleś z pistoletem przyjechał zaraz po tym jak poszedłeś na górę.
-I masz odpowiedź na swoje pytanie.
  Parsknęłam i otworzyłam mu drzwi.
-Panie przodem. - powiedziałam cicho i spojrzałam na niego poważnie.
  Roześmiał się tak, by nie obudzić swojej rodziny.
-Co? - spytałam zdziwiona.
-Jesteś...
-Zupełnie nie z tej epoki? - dokończyłam za niego.
  Zaśmiał się i wszedł, a ja zamknęłam za nami drzwi.
-Dobranoc Dominic.
-Idziesz spać? - spytał patrząc mi w oczy.
-Nie, Ty idziesz. - uśmiechnęłam się delikatnie i usiadłam na kanapie ignorując go zupełnie.
  Odłożyłam torbę w takim miejscu w którym nikomu nie będzie przeszkadzać. Zwinęłam ładnie pościel gdy Dominic poszedł na górę. Potrzebowałam snu jak każdy człowiek ale szybciej rana się regenerowała gdy nie spałam, a dzięki temu nie musiałam tyle spać co człowiek. Usiadłam po turecku na kanapie, około szóstej trzydzieści bezszelestnie przygotowałam wszystkim śniadanie. Wiedziałam, że pewnie ich zaskoczę... I tak było.
  Przygotowałam naleśniki z truskawkami, Sophie zajadała się nimi i pytała o dokładkę, ''pani mama'' uśmiechała się do mnie pozytywnie zaskoczona, że ''wstałam'' tak wcześnie by zrobić im śniadanie a ''pan dziadek'' również zajadał naleśniki, pozytywem było to, że wcześniej pomyślałam o polewie czekoladowej którą po prostu zrobiłam topiąc kawałki czekolady, polałam każdemu. Dominic gdy zszedł na dół przez chwilę patrzył jak wszyscy jedzą.
-Katherine zrobiła nam śniadanie! Jest pyszne! - powiedziała Sophie.
  Uśmiechnęłam się w duchu, ale nie na zewnątrz. Jako nowo przebudzona Katherine nie byłam przyzwyczajona do okazywania uczuć, zawsze moje człowieczeństwo było wyłączone, teraz jest wręcz odwrotnie i nie umiem być ''ludzka'', naturalnie ''ludzka''...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz