Eryk kłócił się o coś z Gabrielem. Podeszłam do nich i przerwałam sprzeczkę.
-Co się dzieje? Wiecie skąd to dobijanie się tutaj?
-Nie. Gdybyśmy wiedzieli nawet nie mówilibyśmy ci o tym. - odparł zirytowany Eryk. - Gabriel mówi, że to ktoś z demonów... działa sam, jest dość silny... ale nie możemy go znaleźć.
-Jak to nie możecie? - spytałam oburzona. - Dobra... zajmę się tym...
-Jest jeszcze jedna sprawa. - odezwał się Gabriel. - W sprawie tych zaginięć... Musisz odnaleźć sprawcę, ale najpierw porozmawiaj z dziewczynką, która widziała całe zajście i powinna kojarzyć tego, który zabił ją i jej rodzinę.
-Gdzie ona jest?
-Przeniosę cię tam. Uważaj na siebie. - podszedł do mnie Eryk i przyłożył dłoń do czoła.
Byłam w jakimś zrujnowanym pokoju. Wyglądał jakby był spalony, wszędzie czułam zapach dymu, na ścianach była widoczna krew, stłuczone ale powieszone zdjęcia dziewczynki z rodzicami. Zauważyłam dziewczynkę która siedziała na odłamkach szła, przed wielkim zbitym oknem. Płakała, słyszałam siorbanie nosa. Szłam powoli w jej stronę depcząc małe kawałeczki szkła.
Gdy podchodziłam bliżej płakała bardziej.
Usiadłam obok niej. Płakała krwią, nie dziwił mnie ten widok ani nie wystraszył. Trochę byłam odporna na takie widoki.
Zaczęło śmierdzieć padliną. Zacisnęłam zęby, wiedziałam, że ten smród to wyraźna obecność demona. Westchnęłam ciężko i położyłam dłoń na zimnym ramieniu dziewczynki.
-Kim jesteś? - spytała przez łzy.
-Zabiorę cię stąd.
-Oni nie żyją... zabił ich... zabrał...
-Kto?
-Nie znam go... jakiś mężczyzna.
-Opisałabyś go? To ważne... pomogę innym by nie zostali przez niego zranieni.
-Nie mogę powiedzieć.
Pogłaskałam ją czule po głowie.
-Jest tu ktoś jeszcze, kto nie pozwala ci powiedzieć, prawda?
-Zostawił tu... to coś... wygląda jak cień wielkiego człowieka... patrzy na mnie... przypomina i pokazuje jak on mordował moich rodziców... za każdym razem...
Przyłożyłam dłoń do czoła dziewczynki i rozprzestrzeniło się białe światło. Słyszałam syczenie, przerażający krzyk. Musiałam wynieść stąd demona by dziewczynka zaufała mi, i powiedziała kto zabija.
-Nie ma go...? - spytała, odrywając wzrok od okna.
Kiwnęłam głową z lekkim uśmiechem.
-Powiesz mi teraz...?
Spuściła wzrok.
-Wszedł tu... do tego domu... gdy tata otworzył mu drzwi on zabił go jednym ruchem... miał czarne oczy, takie straszne... potem gdy mama chciała mnie schować złapał jej... kości... potem rozszarpał... szukał mnie, chodził po domu... gdy znalazł... nawet nie poczułam bólu...
-Opisz chociaż kolor włosów... czy wyglądał tak jak cień? Cokolwiek...
-Koszula w kratę... blond włosy... takie ciemne...
Nie przychodził mi nikt do głowy.
Oprócz Deana.
-Zabiorę cię stąd...
-A są tam moi rodzice?
-Uwolnię ich.
-Obiecujesz? - znów płakała.
-Obiecuję skarbie. - spojrzałam jej w oczy a ona się do mnie przytuliła.
Wysłałam ją do czyśćca. Wzięłam na stronę Gabriela.
-Wiem chyba kto morduje... To Dean.
-Nie możliwe, wiedziałbym o tym.
-Jest silniejszy, ukrywa się. Ale jestem prawie pewna, że to on. Słyszałam, że przestał nad sobą panować, tworzy coś na miarę własnego piekła. Na dodatek wygląda na to, że więzi dusze w tym swoim piekle.
-Co chcesz zrobić?
-Znaleźć go.
-To ryzykowne. Nie wiesz, do czego jest zdolny.
-Niestety nie ma innego wyjścia.
-To on się tu dobijał?
-Wątpię. Nie wiem czy chciałby być dla was widoczny... jeśli wiedzielibyście co robi.
-A więc co masz zamiar zrobić z tym który się tu dobijał? Niszczył podporę...
Błądziłam wzrokiem po białej przestrzeni, potem znów spojrzałam na Gabriela.
-Muszę wchłonąć podporę i sprawdzić kto to był.
-Wtedy każdy tu wejdzie.
-To potrwa chwilę.
-Jesteś na tyle silna by dać radę?
-Musze spróbować.
Poczułam jak wchłaniam wszystko co chciało się tu dostać. Resztki brudów które trzeba zmyć. Demony, duchy które błąkają się nie wiadomo gdzie. Było tego sporo, ale nie czułam by próbowali wejść. Jednak ten ktoś był silny, znałam go. Tylko skąd?
Gdy wchłonęłam część podpory czułam jak słabnę. Nie mogłam pozwolić bym osłabła całkowicie. Zaczęłam analizować każdego ducha,demona. Poznałam kogoś. Nagle poczułam jak podpora ucieka ze mnie, upadłam na kolana a ona sama wróciła na swoje miejsce.
Dyszałam ciężko, ale wiedziałam kogo wezwać i dowiedzieć się czego szuka w czyśćcu.
Zeszłam na ziemię i zdjęłam kurtkę by odsłonić pentagram na dłoni. Był prawie niewidoczny, nie używałam go więc stawał się nieaktywny. Zbliżyłam dłoń do znaku i wymawiałam z odrazą przekleństwa do Biblii po łacinie, ale od tyłu.
Nawet nie zauważyłam gdy obok mnie siedział Abaddon. Jeden z moich starszych braci, ten, który całkiem niedawno wrócił do świata żywych. To on chciał się dostać do mojego czyśćca... tylko po co?
-Czego chcesz? - spytałam oschle.
-Doszły mnie słuchy, że masz dziecko. I to nie byle jakie. - uśmiechnął się.
-Nie pozwolę byś miał coś z nim wspólnego...
-Lepiej by miał coś wspólnego z tym bachorem Dean? Wiesz jaki teraz jest? - zaśmiał się. - Nieźle szaleje...
-Nie interesuje mnie to. Powiedz czemu chciałeś się dostać do...
-Byłem ciekaw jak tam jest, no weź, nie wpuścisz tam starszego braciszka?
Roześmiałam się.
-Wiesz co oznacza moje imię, prawda? Anioł zagłady, kochana. Nie idę tam by siać dobro. Chcę zniszczyć anioły, a niech twój czyściec sobie istnieje. Ale zabić archanioły i tego waszego Boga, bo trochę nas denerwuje ostatnio.
-Nas?
-Naszych braci. Abalam popiera mój pomysł.
-Przecież byliście zamknięci. Crowley miał was trzymać...
-Uciekliśmy. Ja i Abalam, bo reszta trochę była zmaltretowana. Słabsze ogniwo, co tu więcej dodać.
-Nie wpuszczę cię do czyśćca. - odparłam stojąc przy swoim.
-Chcesz znaleźć ojczulka tego diabelskiego pomiotu?
Zacisnęłam zęby ze złości.
-To jest mój syn, ni diabelski pomiot.
Uśmiechnął się i spojrzał na mnie. Miał oczy zalane czernią.
-Uświadom sobie najpierw kim są jego rodzice, Emilie.
Spojrzałam na niego pytająco.
-To dziecko będzie z czasem upodabniało się do was. Ty jesteś zdrajcą dla pozostałych braci, ale jeszcze da się to uratować.
-Nie wrócę do was.
-Ależ o to nie proszę. Tylko udowodnij, że jesteś jednym z nas.
-Nie zrobię tego.
-Pokaż te śliczne oczy. Chce zobaczyć w nich Lucyfera.
-Tęsknisz za nim? - wyśmiałam go. - Dobrze, że zdechł.
-Jeśli mi pokażesz, że jeszcze jest w tobie cząstka Lucyfera pokażę ci gdzie jest Dean. I smaczny dodatek do naszego rodzeństwa.
-Co masz na myśli? - spytałam podejrzliwie.
-Pokaż oczy.
Gdy to robiłam mogło mnie opętać to co kiedyś. Nie Lucyfer, ale znacznie silniejsza moc. Starałam się to kontrolować, było mi to znajome, ale ból się nasilał z każdą minutą bycia tym czymś.
Nie mogłam wyjść z tej ''formy''. Powoli moje ciało zmieniało się w ciemność. Czułam żądzę mordu. Pomyślałam o dziecko. Automatycznie odzyskałam dawną siebie, Abaddon siedział zadowolony obserwując mnie.
-O to chodziło... właśnie o to. Mogę pomóc tylko wtedy gdy udowodnisz, że jesteś jednym z nas. Jakaś cząstka Lucyfera tam siedzi... pomogę, przecież jesteśmy rodzeństwem. - odparł niewinnie.
-Nie ufam Ci.
-A powinnaś. Zyskasz na tym.
-Powiedz o tym... jak to ująłeś... smacznym dodatku dla nas?
-Ach, no tak. Mamy nowego członka rodzinki. Dziewiąty odłamek Lucyfera. Trochę słabszy, zagubiony, pokręcony i połamany na części. Ale chyba byłabyś w stanie poskładać na części to co się już stłukło?
-Podaj imię.
-Julia. Wiem, że jesteś silna. Masz moce Lucyfera, co nie bardzo mi się podoba...wiesz, ja powinienem je dostać... jestem najstarszy. To będzie zapłata.
-Przecież ja mam ci pomóc odbudować tą dziewczynę. Powiedziałeś, że wyjawisz gdzie jest Dean...
-Najpierw pokażę ci dziewczynę.
Zaczynała mnie denerwować ta zabawa w kotka i myszkę. Trochę Abaddon działał mi na nerwy, ale postarałam się mu uwierzyć.
Dziewiąta część? Miało ich osiem... Chyba Manea maczała w tym palce. Lub to zwykły przypadek. Albo zastępstwo za mnie. Przecież jakby nie było zdradziłam wszystkich diabłów, Lucyfera i moich braci których się wyrzekłam.
Izolatka, dużo izolatek. I jedna wystraszona dziewczyna z jakimś chłopakiem w jednym pomieszczeniu. Gdy zobaczył mnie i Abaddona zaczął krzyczeć, dziewczyna odskoczyła od niego, zapewne to ta Julia.
Wystraszona przylgnęła do ściany a gdy chłopak wołał kogoś ja odepchnęłam go do tyłu izolatki tak, że walnął o ścianę, gdy upadł mocno uderzył głową o zimną betonową podłogę. Stracił przytomność.
Po chwili się opamiętałam. Co ja zrobiłam?!
Abaddon zajmował się dziewczyną. Karmił się właśnie jej strachem. Zmienił się w jakiegoś obrzydliwego demona.
-Zostaw ją. - warknęłam.
Nie posłuchał.
Uniosłam rękę. Zaczął się palić, przeklinał.
-Nie miałeś jej zabijać!
-Nie zabijam, tylko jestem trochę głodny. - zaśmiał się.
Podeszłam do dziewczyny a ona odsunęła mnie delikatnie. Była roztrzęsiona.
-Pozwól mi się uspokoić... - szepnęłam delikatnie.
Zbliżyłam dłoń do jej czoła, moja ręka stała się biała jak śnieg. Białe światło rozprzestrzeniło się po izolatce a Abaddon zniknął bojąc się tego.
-Co się dzieje...? - spytała Julia. - Kim jesteś!? Zostaw mnie!
-Mogę cię stąd uwolnić.
-Nie możesz! Jestem zagrożeniem! Niebezpieczna! Zostaw!
-Pewnie jesteśmy takie same, albo podobne.
-Co? - spytała trzęsąc się.
-Jeśli mi zaufasz... wypowiedz moje imię. Emilie. Może być kilka razy. Zjawię się i cię stąd zabiorę. Podejmij decyzję. Od ciebie zależy twoja przyszłość.
Zniknęłam stamtąd i znalazłam Abaddona.
-Oszalałaś!? - krzyknął na mnie wstając z ławki.
-Pomogę jej jeśli sama będzie tego chciała. Nie zmuszę jej. A teraz powiedz gdzie znajdę Deana.
Wstał z uśmiechem i spojrzał na mnie.
-Dobra. Sama tego chciałaś.
Pstryknął palcami i zjawiłam się w jakimś miejscu gdzie było pełno krwi, ciał pozbawionych głów, rąk i nóg. Po ścianach skapywała krew, słyszałam gdzieniegdzie krzyki pełne przerażenia i bólu. Widok ciał mnie nie przeraził, uzbroiłam się w spokój i odporność na to co mogło mnie otaczać. Nie miałam pewności, że Abaddon wysłał mnie do Deana czy do środka samego piekła.
Ruszyłam przed siebie. Mogłabym chociaż spotkać demony.
Jak na zawołanie pojawiły się dwa. Zaskoczone wpatrywały się we mnie a ja na nich.
-Prowadźcie mnie do Deana. - zażądałam, a one się zaśmiały.
Przewróciłam oczami i uniosłam rękę. Jednego z demonów obróciłam w proch. Drugi spojrzał się na mnie i poszedł przed siebie prowadząc mnie do wielkiej sali gdzie martwych ciał było po sam sufit. Na zakrwawionym tronie siedział Dean.
Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam przed siebie w jego stronę.
-Dean! - krzyknęłam by zwrócił na mnie uwagę.
Wyprostował się, otworzył oczy i spojrzał na mnie jak na zwidy.
-Nie, no mam dość... - mruknął.
Zbliżyłam się do niego, czułam zapach alkoholu. Znów pił. Jak zwykle.
-Nie jestem zwidami. Jestem tu naprawdę. - odparłam spokojnie. - Przyszłam tutaj w... wprawdzie w dwóch sprawach.
Zaczął powoli wierzyć, że to ja. Że tu jestem naprawdę. Wstał. Nie był aż tak pijany. Prawie wcale.
-Gabriel wysłał mnie tu ponieważ niepokoi go to, że mordujesz, kradniesz dusze niewinnych ludzi. Chcę je z powrotem.
Nie wiem czy go zamurowało czy analizuje każde słowo. Dla mnie było to równie trudne.
-Dobra... ehm... przemyślisz to... druga i ostatnia, najważniejsza sprawa z którą czekam od trzech miesięcy... eh... Mamy dziecko... syna... urodził się dwa tygodnie temu... Pewnie się zastanawiasz jak... Lucyfer chciał potomka... a że byłam jedyną kobietą z ósemki rodzeństwa demonów... musiał coś wymyślić zanim Crowley go zabije... Nie znam szczegółów, ale pragnął potomka który będzie na tyle silny, że pokona Crowleya, zasiądzie na tronie piekieł i może zniszczyć nawet cały świat... to brzmi dziwnie, ale to prawda. Mamy dziecko... Bałam się tu przyjść... bo wiem jaki się stałeś. Ale wiem że teraz rozmawiam z dawnym Deanem... a... i ... - uśmiechnęłam się przez łzy. - mały jest do ciebie strasznie podobny... - starłam łzę z policzka. - Nie wiem co zamierzasz ale... z czasem będzie potrzebował ojca... A Ty nim jesteś...
-Emilie, Emilie, Emilie,Emilie... pomóż... proszę... - usłyszałam głos Julii.
-Muszę iść... - odparłam nagle. - Gdybyś chciał mnie kiedyś znaleźć... kiedyś... poznać syna... Castiel wie gdzie jestem. Sam wie... ta sama ulica tylko trzy domy dalej... proszę, przyjdź go kiedyś zobaczyć... i proszę... - spojrzałam mu w oczy. - Nie wierz Crowleyowi. Chce zabić naszego syna a ja wierzę, że nie musi iść ścieżką jaką przypisało mu piekło... Zrób to dla syna i nie ufaj Crowleyowi... inaczej będę musiała uciekać...
Zjawiłam się przy Julii. Jakiś lekarz coś jej robił. Nawet nie wiedziałam co, dziewczyna płakała.
-DOŚĆ! - krzyknęłam i wszystkie ostre narzędzia wbiły się w ludzi którzy otaczali Julię.
Podbiegłam do niej i pogłaskałam po głowie odpinając skórzane paski którymi była spięta.
-Pomogę ci...
-Zostaw mnie. - płakała. - ZOSTAWCIE MNIE!
Odpięłam ją i uciekła do izolatki. Poszłam za nią, ale z korytarza szli następni.
-Uciekaj... - szepnęła. - Wróć jutro... jutro czas wizyt... wróć jutro...
Wyjrzałam zza izolatki, zbliżali się.
Stanęłam na środku korytarza i odepchnęłam ich na sam koniec. Stracili przytomność.
-Zabiorę cię... - złapałam ją za ramiona.
-Jutro czas wizyt... - wymamrotała trzymając rękę z wielkim nacięciem.
Krwawiła.
Przyłożyłam dłoń do rany. Zniknęła. A ja wraz z nią.
Musiałam pomówić z Abaddonem. Wiem, że mogę mu ufać i wiem, że obroni mnie i syna bo jesteśmy jednym z pozostałej ósemki. Teraz... dziewiątki. Jeśli Julia jest tym kim mi się wydaje.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz