Patrzyłam się na psy wesoło biegające po parku. Były wolne. Niczym się nie przejmowały.
-Emm.. Julia skąd wiedziałaś ze pod ławką jest pies??
Spojrzałam na Sama i ani na chwile nie zerknęłam na psa.
-Ty nie wiedziałeś??
-Nie.
Przyglądał mi się.
-Wabi się Koda. Jest bezpański. Przygarniemy go?
-Nie wiem..
-Zawsze chciałeś mieć psa a ten zawsze marzył o ciepłym i bezpiecznym kącie i ludziach którzy go pokochają.
-Musielibyśmy go zabrać do weterynarza.
Wstałam i pierwszy raz spojrzałam na psa.
Podszedł do mnie i usiadł obok nogi.
-No to idziemy.
Sam był zdezorientowany. Za bardzo nie wiedział co robić ale wstał i poszliśmy do samochodu. Pies całą droge szedł obok mnie merdając ogonem. Wsiedliśmy do samochodu. Ja i Sam do przodu a Koda do tyłu.
Pojechaliśmy do weterynarza który zbadał i zaszczepił Kode. Wróciliśmy do domu. Pies cały czas za mną chodził.
Usiadłam na kanapie a on wskoczył obok mnie i położył głowe na moich udach. Włączyłam Tv.
-Może on coś zjeść? Jest głodny-powiedziałam wpatrując się w ekran telewizora.
-Zaraz mu coś dam.-powiedział Sam.
***
Koda automatycznie zaklimatyzował się w "moim" pokoju. Chodził wszędzie za mną. Wieczorem siedziałam z Samem w salonie a Koda leżał obok mnie.
-Zimno ci?-zapytał Sam.
-Nie.
-Okryję Cię kocem.
Zanim zdążyłam zareagować Sam wziął koc i okrył mnie. Przez przypadek dotkął mojej nagiej skóry. Poczułam więź. Nagła przyjemność której nie da się opisać słowami. Czułam się wspaniale. To nawet mało powiedziane. Mijały sekundy. Więź mogłam przerwać tylko ja. Sam odczuwał ból. Cierpiał. Koda wył. Jednak nie docierało wyciue do moich uszu. Czułam jedynie przyjemność.
Nagłe ochłodzenie. Oprzytomniałam.
-Nie!!!-krzyknęłam zrywając się z kanapy i przerywając "połączenie". Sam zaczął kasłać. Był blady jak papier.
-Przepraszam. Sammy przepraszam.. Wybacz.. Nie chciałam..
Wybiegłam z domu. Był chłodny wieczór a ja byłam ubrana w spodnie i zwiewną koszulkę z krótkimi rękawami. Na nogach miałam tylko skarpetki. Koda chciał biec za mną lecz zamknęły mu się drzwi przed nosem. Słyszałam jego szczekanie. Zaczynał padać deszcz. Biegłam przed siebie w nieznanym kierunku. Lampy oświetlały mi drogę. Po czasie zwolniłam i ukryłam się w ciemnej uliczce za koszami na śmieci i skrzynkami. Usiadłam pod ścianą i zaczęłam płakać.
Jestem potworem. Krzywdzę wszystkich.
Wspomnienia wróciły.
Slrzywdziłam rodziców. Omało co nie zbaiłam własnej matki. Zniszczyłam im życie.
W szkole nikt nawet nie chciał ze mną rozmawiać.
Całymi dniami byłam w zamknięciu co było altem litości ze strony moich bliskich. Rodziców.
Bo przecież powinnam być im wdzięczna. Pozwolili mi żyć. Dawali jeść. Nie powinni. Nie powinni okazywać tyle miłosierdzia czemuś co przecież nie mogło być ich dzieckiem. Jedynym dzieckiem. Odebrałam im nadzieje na kolejne dzieci. Obawiali się że mogą one być tym czym ja jestem. Potworem którego spłodzili i któremu dali żyć.
Ludzie mówili im że trzeba się było od razu mnie pozbyć. Bo jestem niebezpieczna.
Mieli racje. Wszyscy oni mieli racje.
Nawet te dzieci i nauczyciele w szkole. Oni też mieli racje.
Jestem potworem którego trzeba było zgładzić na samym początku. Kiedy miałam zaledwie pare latek. To byłby prawdziwy akt miłosierdzia.
Byłam już cała mokra i zmarznięta a minęło zaledwie troche czasu.
W oddali słyszałam szczekanie Kody. Jego głos wszędzie bym rozpoznała. Łączyła mnie z nim specyficzna więź.
Oparłam się o skrzynki i z podwiniętymi nogami pod brodę zasnęłam...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz