Morderstwa szły po kolei, jedno po drugim. Najpierw uwolniłam Abalama zabijając czarownicę a potem było tylko gorzej. Łatwością dla mnie było ją zabić ale trudniej było mi się ukrywać, nie mogłam zmyć krwi którą wciąż widziałam na dłoniach a strach przed tym, że wszystko się wyda i stracę czyściec rosła.
Nie mogłam tego powstrzymać, uwielbiałam to i powoli podobało mi się mordowanie. Poza domem w towarzystwie braci byłam inna, starałam się zbierać tyle dusz by nakarmić braci po to, żeby mogli uwolnić resztę. Jednak do tego potrzeba czasu.
Kolejne morderstwo...
Potem następne...
Nic nie było trudniejsze od zachowania człowieczeństwa. Powinno być to dla mnie priorytetem ale było coraz gorzej. Dean nie orientował się w tym, że to ja zabijam. Nie mogłam mu powiedzieć, zresztą nikomu nie mogłam. To musiało zostać tajemnicą... na razie.
W domu byłam zupełnie inna, patrząc na dłonie czułam na nich smród gnijącego ciała i krwi nieszczęsnych ofiar. Ja i moi dwaj bracia jesteśmy nie do pokonania, można to tak ująć. Wkręcili mnie w to nie specjalnie, czarownica rzuciła na mnie urok... cykl mordowania, co w sumie było na rękę rodzeństwu. Jedynie dopóki nie zaczął się temat Julii było w porządku i nie mogłam jej widywać a tym bardziej o niej mówić. Wiem, że gdy zrobię jej krzywdę wszyscy się o tym dowiedzą i będę miała kłopoty.
Nie chcę stracić czyśćca, odpowiadam za dusze które tam lądują, ale każde morderstwo mnie osłabia. Każda dusza która przeze mnie zostaje zgnieciona w proch wysysa ze mnie zło, przez co ciągle czuję braki...
-San Francisco, Jimmy Pena. - zaczął Abaddon. - Pokręcony świr, mordował więcej niż można sobie wyobrazić a na domiar złego trochę nam wadzi, bo jest jednym z demonów Crowley'a więc trzeba go sprzątnąć. Ma w sobie więcej dusz niż nie jeden demon.
-Mogę go zabić? - spytał roześmiany Abalam.
-Nie. Zrobi to nasza siostra.
Spojrzałam na nich bez słowa.
Kolejna noc.
Ten skończył trochę lepiej niż pozostali. Rzuciłam go pod pociąg, akurat wyruszał metrem do końcowej części San Francisco i natrafiłam na niego zupełnie przypadkowo. Demony są trudniejsze do wytropienia przez ich napełnienie duszami.
Przy okazji mogłam zabić duszę która była opętana, ten biedny człowiek zamordował swoją rodzinę pod wpływem tego demona. Zgarnęłam parę dusz i przekazałam je Abaddonowi, a raczej sam je ze mnie wyciągnął.
-Wracam do domu...
-Jak to?
-Mam syna, którym muszę sie opiekować...
Mogłam w spokoju odreagować przy dziecku. Dean wszedł do pokoju syna i spojrzał na mnie lekko zmartwiony.
-Gdzie byłaś o tej godzinie?
-W czyśćcu, w pracy...
-Nie masz macierzyńskiego?
-Nie, dawno mi się skończył.
-Coś się stało? - spytał nie odrywając ode mnie wzroku.
-Nie, w porządku. Jestem trochę zmęczona. Czemu on tak szybko rośnie... - westchnęłam, patrząc na synka z niedowierzaniem.
Rano wstałam szybciej niż Dean bo tym razem rzeczywiście musiałam iść do pracy. Trudno było mi okłamywać osobę którą kochałam, ale nie miałam wyjścia. Nie umiałam z tym walczyć jak i nie wiedziałam co robić...
Odstresowałam się tym, że kolejną noc spędziłam z Deanem a rano Rich dawał o sobie szczególnie znać. Martwił mnie jego nagły wzrost, sporo czasu nie minęło a on nie przestawał piąć się w górę.
-Rich, zjedz to proszę cię... - wymamrotałam równie śpiąca jak i syn.
Co chwile się wygłupiał a ja miałam za pół godziny być w pracy.
Zaśmiałam się. Był niemożliwy...
Pogłaskałam go po głowie i potargałam włosy. Wstałam po kawę i oparłam ręce o blat biorąc kilka dużych wdechów. Zamknęłam oczy na chwilę, ale to nie pomogło. Widziałam morderstwa które popełniłam, jak bardzo skrzywdziłam te osoby.
-Tata! - usłyszałam jak mały woła Deana, od razu mnie to wybudziło.
-Hej młody. - uśmiechnął się i podszedł do mnie.
-Co jest?
-Źle się czuję...
-Może nie pójdziesz do pracy?
-Muszę... mam coś do załatwienia... - spojrzałam na swoje dłonie i zobaczyłam na nich krew. Wystraszona spojrzałam na Deana i wtuliłam się w niego.
-To na pewno źle się czujesz?
-Tak... Jutro mam wolne, odreaguję jakoś... - odsunęłam się od niego i pocałowałam. - Dopilnuj, żeby wszystko zjadł, muszę się pospieszyć...
Poszłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Zobaczyłam przez ułamek sekundy czarne oczy... coraz bardziej się martwiłam... musiałam coś z tym zrobić...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz