wtorek, 26 lipca 2016

Od Dean'a

Całą noc spędziłem z Emilią z krótkimi przerwami dla syna, bolał mnie fakt
iż matka nie poznawała swojego wciąż rosnącego w zdumiewającym tempie syna.
Tak była w niego kiedyś zapatrzona, nawet ja miałem do niego ograniczony dostęp.
A teraz nic, moje uczucia do niej nie zmalały ale przeszły na nowy tor,
którego nie znałem do tej pory więc nie wiem jak to nazwać.
Jestem ja i ona ale jestem też ja i Rich już bez niej, to było trudne do pogodzenia,
zwłaszcza że ona teraz patrzyła się na młodego tak jakby chciała się go pozbyć
ponieważ tylko wadzi, nienawidziłem jej za to ale doceniałem że mimo tego spojrzenia
czasami pomaga w opiece nad nim. Nie była oschła ale zdystansowana.
-Nad czym tak rozmyślasz? - spytała uroczo wracając do łóżka
Przyglądałem się jej smukłemu, opalonemu ciału które właśnie wytarła po gorącym
prysznicu. Opalenizna kontrastowała z niezwykle jasnymi, niemal złotymi lekko kręconymi
włosami. Była moją dziewczyną, nawet jeszcze nie narzeczoną a już matką mojego syna.
-Nad przyszłością - odparłem, pijąc szklankę wody.
Skłamałem. Ciągle myślę o Samie, Lucyferze, Emili, w skrócie o problemach które
mnie przytłaczały, nie mogłem się w tym odnaleźć, musiałem wybrać priorytetową
sprawę i oczywiście był nią Sam, to była walka z czasem.
Gdy nastaje ranek, skupiam się jedynie na tym, zostawiając wszystko za sobą,
ale noce należą do Richa i Emili, na wyłączność. Bynajmniej starałem się aby tak było.
-Jakie wizje dostrzegasz w tej swojej przyszłości? - Em położyła się obok mnie, głowę
oparła na mojej klatce piersiowej. Wyjęła mi z ręki szklankę i się napiła.
Wiedziałem chyba wszystko o Emili tak jak i ona wiedziała wiele o mnie. Znajdowałem u niej
punkt do którego zawsze mogę wrócić i wiem ,że zostanę przyjęty i zrozumiany.
Dziś mieliśmy swój mały triumf, spędziliśmy ze sobą 10 godzin nie mówiąc o problemach.
-Ty, Ja i Rich na tropikalnej wyspie, wśród palm z dużymi kolorowymi drinkami- wymyśliłem
coś na szybko
-Straszny z ciebie bajkopisarz- spięła usta tworząc grymas, chyba wykryła ,że kłamie-wiem
,że myślisz o Lucyferze, nie okłamuj mnie.
-Myślałem ,że zrobi ci się miło
-Jak mnie okłamiesz? Nie wyszło - wstała z łóżka szybko zakładając zwiewny szlafrok,
zrobiła to w takim tempie ,że nie dostrzegłem jej ciała. - Nie musisz tu być ze mną jeśli
masz już jakieś plany, myślę ,że sobie poradzę.
-Oj przepraszam - wstałem i położyłem dłonie na jej biodrach a głowę przysunąłem do jej ucha
-Pięknie się złościsz - wyszeptałem - ale masz rację mam kilka spraw na dziś- pocałowałem
ją w policzek i szybko zaciągnąłem spodnie na nogi.
-Co tym razem? 
-To co zwykle
-Dokładniej, żebym wiedziała gdzie cię szukać
-Będę niedaleko - zdążyłem się ubrać, zabrać kurtkę z krzesła i wyszedłem rzucając Emili w
progu zalotne spojrzenie.
                                                                         ...                   

-Przysięgam, że jeśli złamię te obcasy będziesz cierpiał jeszcze długo po śmierci-krzyknęła
wpadając do starego magazynu
Załadowała pistolet i zupełnie nie zwracała uwagi na to ,że stukot obcasów sprawia
,że znika jej ,,aura" niewidzialności dla wilkołaka, którego ścigała.
Była pewna siebie. W spokoju przemierzała kolejne metry magazynu w magazynie panowała
cisza. Ja ukrywałem się na pierwszym piętrze, a całą akcję obserwowałem ukryty w cieniu na
surowych schodach magazynu. Śledziłem ją już dłuższy czas, od momentu gdy
 wytropiła tego pchlarza.  Zatrzymała się na środku.
-No dalej pchlarzu! Chyba nie tchórzysz co?- odezwała się wyraźnie poirytowana
Na reakcje swojego przeciwnika wcale nie musiała długo czekać.
Z cienia po przeciwległym koncie od mojego wyłoniła się sylwetka młodego
chłopaka. Syknął w jej kierunku szykując się do ataku. Był przerażony i raczej młodszy.
Wymierzyła pistoletem w jego serce. Ale ją wyprzedziłem. W hali rozległ się głośny
huk, a on padł na ziemię.
-Na serio?! - jęknęła cicho z zażenowaniem wymalowanym na twarzy
Wsunęła pistolet za spodnie i wpatrywała się w ciemność z której powoli wyszedłem.
Gdy zrobiłem kilka kroków w przód ona dopiero wtedy mogła mnie poznać.
Na jej twarzy pojawił się zadziorny uśmiech.
-Powiedziałeś ,że jeśli zobaczę cię ponownie to...
-Pewnie będziesz potem martwa- wtrąciłem - Pamiętam. Również cieszę się z naszego
spotkania. Nie sądziłem jednak ,że będziesz...
-Łowcą? - wzruszyła ramionami, uśmiechając się przy tym zadziornie- Niespodzianka. Czego
chcesz Dean?
-Potrzebuje Ciebie
-Tak, to wszystko wyjaśnia- wywróciła oczami- A jakiś konkret?
-Myślę, że o tym możemy pomówić później, Izabello. Tym razem już mi nigdzie nie uciekniesz.

W mgnieniu oka wycelowałem w Izę a w hali ponownie rozległ się huk, kula wbiła się w
jej bok. Powolnym krokiem poszedłem w jej kierunku i stanąłem nad nią z szerokim uśmiechem.
Przykucnąłem przy jej ciele i odgarnąłem z jej twarzy kosmyk włosów.
-To będzie prawdziwa przygoda Izabello - rzuciłem rozbawiony
-No już umieram z ciekawości o szczegóły- syknęła
-Obiecuje ,że cię nie zawiodę.
Dawno jej nie widziałem, czułem pewną satysfakcję z jej pojmania, tak jakby gdzieś głęboko
we mnie był punkt do odhaczenia i właśnie to zrobiłem. Wykonałem misję.
 Bawiło mnie to ,że dała się tak łatwo złapać ale cóż ona mogła?
Zgiąłem jej nogi w kolanach i wsunąłem pod nie rękę a drugą trzymałem okolice barków.
Nagle mój telefon zawibrował, niestety moje ręce były jakby zajęte, ten ktoś musiał zaczekać.
Wsadziłem Izę do impali i wyjąłem telefon. Jedno nie odebrane od Emili.
W tym momencie zastanawiałem się czy oddzwonić, i tak nie mogłem teraz wszystkiego
rzucić i wrócić do domu. Ale ona podjęła decyzję za mnie, zadzwoniła drugi raz. Odebrałem
po drugim sygnale.
-Wrócisz dziś?
-Tak myślę.
-O której?
-Jakoś wieczorem, postaram się jak najwcześniej. - rozmawiając z nią zerkałem do auta na Izę.
-Bo wiesz, sama jestem w domu z Richem.
-Wiem wiem, załatwię tylko jedną sprawę i szybko wracam, dasz radę wierzę w ciebie.
-Szybko
Rozłączyłem się i szybko wsiadłem do auta, za cel podróży wybrałem bazę ludzi pisma,
miejsce to było najbezpieczniejsze na ziemi, więziono w nim samego króla piekieł bez obaw
,że zdoła uciec.
Izę zaniosłem do pokoju ukrytego w magazynie z książkami ,,mniej ważnymi". Za
jednym z regałów było wejście. Posadziłem ją na żelaznym krześle które stało na środku,
i było jedynym meblem. Zakneblowałem ją pasami i czekając aż się obudzi poprawiłem znak na suficie, który sprawia ,że nie może się ona ruszyć.
Nagle jęknęła cicho otwierając powoli oczy. Rozejrzała się po pomieszczeniu.
Próbowała się podnieść, ale nie mogła się ruszyć.  Westchnęła ciężko.
-Wyglądasz okropnie - powiedziałem, uśmiechając się zadziornie- Kto by pomyślał ,że byłaś
kiedyś moją najlepszą nocą, której nigdy nie miałem.
-Widzę ,że jesteś w formie jak zawsze- wywróciła oczami- Czego chcesz Dean?
-Potrzebuje twojej przysługi. -od razu przeszedłem do konkretów
-Dlaczego ja? - zmarszczyła czoło i szarpnęła za sznur, chciała abym ją rozwiązał - są bardziej
wpływowe postacie niż ja, kochanie.
Podszedłem do niej, i odpiąłem liny. 
Pokręciła kilkakrotnie nadgarstkami, słuchałem jak strzelają w nich kości.
Atmosfera robiła się lekko napięta, musiała podejrzewać ,że chodzi o coś ważnego,
inaczej bym jej nie ściągał.
-Gdzie Sam? -Zapytała wyraźnie ożywionym głosem i tym samym trafiła w sedno całej sprawy.
-I tu zaczyna się nasz problem...
-Czy wasza dwójka znów wpakowała się w jakieś chore sprawy między Niebem i Piekłem?-jęknęła- jesteście żałośni.
-Wiedzę ,że ty jednak dalej świecisz idealnością - syknąłem poirytowany- ale biorąc pod
uwagę ile razy zmieniłaś ostatnimi czasy miejsce zamieszkania wydaje mi się ,że masz małe
problemy z ukrywaniem się co?
-nie twój interes- parsknęła
-Teraz już tak- poczułem się zwycięzcą więc i tak się uśmiechnąłem, triumfalny uśmiech,
jeden z moich ulubionych.
-Nie zamierzam ci w niczym pomagać. Nie mam ku temu żadnych powodów!
-Ocaliłem ci życie dwukrotnie
-Ponieważ przez ciebie było zagrożone dwukrotnie! - wywróciła oczami - Dwa razy byłam
przynętą i dwa razy omal nie zginęłam, bo ty musiałeś ratować swojego brata albo świat!
Dean nie zamierzam tego robić ponownie.
Podniosła się z krzesła i westchnęła głośno po czym jej wzrok powędrował na sufit.
Zauważyła obecność pułapki na nadprzyrodzone stworzenia.
Spojrzała się na mnie zirytowana i ponownie usiadła.
-Zmieniłeś się Dean- rzuciła unosząc jeden z kącików ust do góry- Jesteś silniejszy,
sprytniejszy...seksowniejszy-  uśmiechnęła się złośliwie
Czułem w jej głosie jad, była jak kobra gotowa do ataku.
-Zaczynam żałować ,że się obudziłaś
-O nie, jestem załamana - wywróciła oczami, robiła to dość często - I znudzona. Możesz
mi wreszcie wyjaśnić co się stało z Samem?
-Sam przepadł w piekle...
-Liczyłam ,że będziecie bardziej oryginalniejsi, a wy robicie znów to samo...typowe- ostatnie
zamruczała pod nosem.
-Zaczynam poważnie rozważać czy nie zakleić ci tych usteczek. Błagam cię Iza, zamknij się
chociaż na chwilę! - patrzyłem się na nią chwile- Nie możemy zabić Lucyfera chodź mamy do tego
odpowiednią broń. Goni nas czas. Lucyfer jest w ciele Sama, które pod wpływem dwóch
dusz rozpada się powoli tak samo jak jego psychika. Wiem ,że ,,Ręce Boga" mogą pokonać
Lucyfera nie uszkadzając Sama.
-Chcesz użyć mnie jako broni? - przyglądała się mi uważnie - To chyba jakiś żart.
-Jesteś jedyną żywą osobą w której drzemie moc Boga
-Jesteś równie silny! Czuje to...
-Nie, nie jestem, tylko bym wszystko spaprał.
-Dobre wiesz ,że jej wydobycie wcale nie jest takie proste- westchnęła cicho- Nie mogę
Dean! Jeśli umrę to już się nie obudzę. A wiesz co? Lubię żyć i nie chcę ryzykowąć dla
dwóch idiotów którzy myślą, że są panami świata!
-Albo pomożesz mi dobrowolnie albo nasza znajomość będzie krótka i bolesna.
W tym momencie zauważałem jej strach, niemal nie zauważalnie zadrżała i analizowała
swoją sytuację, ale ja wiedziałem co wybierze, nie miała innego wyjścia.
-Powiedzmy ,że spotkam się z Lucyferem i co wtedy? Wyrzucę z niego Lucyfera a ty go pokonasz
,,swoją bronią"? Co jeśli moja moc się skończy?
-To przecież nie możliwe. Moc Boga nie ma granic.
-Mam tylko niewielką jej część, nie całość. - ponownie wywróciła oczami, zaczęło mnie to
irytować - będziemy potrzebować pomocy Roweny
-Nie będę współpracować z Roweną, ona niedawno zmieniła strony i nie chcę ze mną współpracować.
-Nie dziwię się jej
-Myślisz że jesteś zabawna?
-Myślę ,że jestem urocza- to był cios poniżej pasa! Użyła mojej gatki!
-Marze o tym, żeby cię zastrzelić- westchnąłem ciężko- Kiedyś byłaś bardziej znośna. Co
jest z tobą nie tak?
-Pomijając ból stawów, głód i problemu z pęcherzem to jest bajecznie. Będziemy mieli
ze sobą wiele frajdy!
Teraz to ja wywróciłem oczami. Chęć współpracy z tą żmiją zaczynała mi się coraz mniej
podobać. Niczego nie ułatwiała, nie udawała entuzjazmu, była sobą czyli zimną suką.
Zniesmaczony tą sytuacją wyciągnąłem rękę ku górze i czubkiem noga roztarłem
brzeg pentagramu na suficie. Widziałem jej uśmiech, był taki zimny i psychiczny.
-Nawet nie myśl ,że teraz wyjdziesz. Musisz mi pomóc.
-W porządku - westchnęła - Ostatnie pytanie, co ja z tego będę miała?
-Najlepszą noc której nigdy nie miałaś? - uśmiechnąłem się zadziornie
-Wolałabym wydłubać sobie oczy -  rzuciła
-To też da się zrobić - puściłem jej oczko i wyszedłem z pokoju ale za sobą usłyszałem
jeszcze jej słowa.
-Nie pomogę ci bezpośrednio z Lucyferem... Ja ci po prostu pokaże co sam potrafisz, chyba
,że będziesz tak nieudolnym uczniem ,że będę musiała zainterweniować - zaśmiała się a echo
rozeszło się po piwnicy.
Nie miałem ochoty z nią dłużej dyskutować musiałem wrócić do Emili.
Wsiadłem do impali i w moment dojechałem do domu.
Rich bawił się zabawkami na środku salonu a Em, siedziała po turecku na kanapie przyglądając
się mu. Dopiero gdy usłyszała dzwięk zamykanych drzwi, spojrzała się na mnie.
-Dziękuje ,że wróciłeś tak szybko, on płakał a ja no wiesz...
-Ale teraz jest wszystko w porządku?
-Tak myślę... on jest jakiś dziwny - stwierdziła
-Czasami zdarzy mu się podnosić różne przedmioty umysłem, to nic.
-Emm... no dobrze - widziałem wyraźnie ,że była zaniepokojona i to chyba nie tylko przez
umiejętność podnoszenia przedmiotów Richa, coś musiało się tu wydarzyć niepokojącego.
-Chcesz mi o czymś powiedzieć? - spytałem dociekając
-Nie... nic.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz