Za nim stał Michael z dziwną miną. Wiedziałem, że nie podoba mu się ta decyzja. Nie odważył się jednak zaprotestować wprost. Mimo że oficjalnie 'dowodził' naszej jednostce, Major Fitter był wyżej. Czterdziestoletni i doświadczony przez różne wojny, Fitter przypominał dowódce z prawdziwego zdarzenia w przeciwieństwie do Michaela.
Szczęśliwy objąłem Jass'a i poklepałem go po plecach.
Wstąpiła we mnie nadzieja. Może jeszcze nie wszystko stracone.
- Nasz wywiad doniósł nam, że jest ich naprawdę mało - powiedział Fitter - musimy się jednak spieszyć, ponieważ ma ich tu przyjechać jeszcze więcej, a wtedy uwolnienie Collins będzie niemożliwe.
- Niech przyjeżdżają - odparłem rozbawiony. Odzyskiwałem powoli humor - Przyjmiemy ich tu z otwartymi rękami.
Fitter przyjrzał mi się z lekkim uśmiechem.
- Jamie doceniam twój zapał, musicie jednak wiedzieć, że to doskonale wyszkolona grupa z Europy. Nie wolno ich lekceważyć.
Prychnąłem.
- Policzymy się z nimi tak jak z resztą. A ta cała idiotyczna wojna jeśli rozpęta się u nas na dobre, to szybko ją wygramy - odparłem pewnie.
Zaczynałem się od nowa w to wszystko wkręcać. Przypominało mi to ośrodek i akcje. Czy nie od tego starałem się odciąć? Czy nie dlatego przestałem brać zlecenia i starałem się żyć zwyczajnie? Bez codziennych mordów i torturowania ofiar?
W głębi duszy i tak zawsze podejrzewałem, że to wszystko prędzej czy później do mnie wróci.
Ale teraz chodziło mi tylko o Collins. Tylko i wyłącznie. No i może o policzenie się ze starymi wrogami...
- Czyli jaki jest plan akcji? - spytał jak zwykle do bólu przytomny Ash.
- Spotykacie się tu w magazynie o 20. Weźmiecie ich od razu z zaskoczenia. Nie ma co się rozdrabniać. Ash, Jass, Daniel, Alex i Michael zajmiecie się nimi, a Jamie odszukasz Lucy. Tylko musicie się streszczać z czasem.
O 20 stawiliśmy się z powrotem w magazynie. Z racji tego, że mi najbardziej zależało na odbiciu Lucy, ja miałem przewodzić akcją. Dokładnie dopracowałem szczegóły i od razu wyruszyliśmy.
W samochodzie zaczęli się przekomarzać, kto ilu zabije.
Przewróciłem oczami.
- Wiecie, że ich jest tylko 4? - parsknąłem.
- Tylko? - mruknął Ash - Nas jest 6. Nieduża przewaga.
- Pieprzysz Ash - odparłem rozbawiony - Damy radę.
Na obrzeża Portland dojechaliśmy po godzinie. Gdy wysiedliśmy z samochodu odetchnąłem z ulgą. Miałem już dość narzekań Michaela.
- Czyli mamy się rozglądać za zrujnowaną kamienicą? - mruknął powątpiewająco Daniel.
Przeszedłem parę metrów i rozejrzałem się dokładnie.
- To tam - odparłem bez wahania wskazując jedną z nich.
- Skąd wiesz? - mruknął Jass stając obok mnie.
- Okna są szczelnie pozasłaniane, a drzwi zamknięte na kłódkę z zewnątrz dla niepoznaki. Plus ta tabliczka. 'Nie wchodzić, grozi śmiercią'. Niby czemu? Kamienica jest podniszczona, ale nie aż tak żeby się zawalić. Chodźmy.
Zauważyłem cień podziwu w oczach Daniela. Alex i Michael mruczeli coś do siebie z tyłu.
Zacząłem działać jak w transie. Błyskawicznie pokonaliśmy zabezpieczenia i znaleźliśmy się w środku.
- Ej słyszałeś? Tak jakby ktoś wchodził... - mruknął jeden z nich do swojego towarzysza najwidoczniej siedząc w prowizorycznej kłótni.
Dobrzy są, pomyślałem. Wkradliśmy się tu prawie bezszelestnie.
- To idź sprawdź - odezwał się drugi.
Gdy wyszedł do nas na korytarz, zamarł. Uśmiechnąłem się szeroko.
- Dzień dobry - odparłem rozbawiony i strzeliłem mu prosto w czoło.
Z dwoma następnymi nie było już tak łatwo. Skubani znali lepiej pomieszczenia i sprytnie się chowali za przeszkodami strzelając z ukrycia.
- Jamie biegnij na dół, poradzimy sobie! - krzyknął Ash strzelając.
Z żalem popatrzyłem na rozgrywającą się strzelaninę. Chętnie wykończyłbym następnego. Mimo to musiałem odnaleźć Lucy.
Kierowany zapachem i własną intuicją zbiegłem do piwnicy. Usłyszałem męski głos. A więc tu skrył się ten czwarty...
- Nie mogę dłużej czekać. Skoro i tak masz umrzeć, możemy się troszkę zabawić.
- Proszę nie.. - usłyszałem rozpaczliwy płacz Lucy.
Przysunąłem się bliżej i zajrzałem przez szparę drzwi.
Zamarłem.
Skurwysyn leżał na niej, wcześniej dobrze ją związawszy. Rozbierał ją. Ogarnięty dziką furią wpadłem do środka i wycelowałem pistolet prosto w niego.
Wyrwany ze swojego chorego transu odwrócił się powoli w moją stronę. Zamiast zacząć się bronić lub uciekać, tylko szeroko się uśmiechnął całując jej szyję.
- Tak myślałem, że to ty A i m. Widzę, że trafiłeś na idealny moment. Od dawna chciałem się trochę zabawić z twoją zdzirowatą dziewczyną.
Zacisnąłem zęby. Powinienem go od razu zastrzelić jednak sparaliżowany wpatrywałem się tylko w niego bez słowa.
- Jamie - wyszeptała słabo Lucy i odwróciła się w moją stronę z nadzieją - Błagam, pomóż mi.
Nie odpychała go jednak. Sukinsyn zaczął jej wkładać ręce do spodni, a ja stałem tam nadal nie zdolny do żadnego ruchu.
Lucy jęknęła z bólu.
- Popatrz na nią - odparł dosłownie oblizując się - Ta szmata to lubi. Patrz jak suka jęczy.
Coś we mnie przeskoczyło. Ogarnięty przemożoną chęcią zabicia go, ruszyłem w jego kierunku całkowicie zapominając że mam pistolet. Zresztą jeden strzał to dla niego i tak zbyt łagodna śmierć. Złapałem go za kark i odrzuciłem z siłą na ścianę. Osunął się na ziemię. Doszedłem do niego powoli z chęcią mordu i zacząłem go bić i kopać.
Nagle Lucy zawołała do mnie słabym głosem.
- Jamie, pomóż mi... Boli..
Odwróciłem się i w tej samej chwili sukinsyn pociągnął mnie za nogę. Zdezorientowany upadłem na ziemię. Zaczęliśmy się coraz brutalniej bić.
Lucy zawołała jeszcze raz. Odwróciłem się w jej stronę i wtedy on zerwał się z podłogi. Zaczął uciekać. Nim dopadłem broni, on dopadł drzwi schowanych za jakąś szafką.
- To jeszcze nie koniec. Przyjdę po ciebie Lucy - błysnął zębami i zataczając się na nogach pobiegł przed siebie.
Zacząłem go gonić ciemnym korytarzem, jednak szybko go zgubiłem. Tak jakby zapadł się pod ziemie. Nawet go nie czułem. Wściekły na siebie wróciłem do piwnicy.
Gdy zobaczyłem Lucy w takim stanie znów zamarłem. Nie dałem rady do niej podejść.
- Jamie, pomóż mi - wyszeptała znów.
Nie poruszyłem się jednak.
W tej samej chwili do środka wpadł Jass. Podniosłem na niego powoli wzrok.

- Człowieku jak ty wyglądasz - przyjrzał mi się zaszokowany.
- Weź ją - wykrztusiłem.
Jass posłusznie podniósł ją ostrożnie z podłogi i pospiesznie wyszedł z piwnicy. Zanim straciła przytomność popatrzyła na mnie z ogromnym bólem i wyrzutem.
Oparłem się o ścianę i zakryłem twarz w dłoniach. Jej obraz sprzed paru dni cały czas do mnie wracał. On na niej.. Jak mogłem do tego dopuścić..
Musiałem jak najszybciej zniknąć z jej życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz