Ciągła śpiączka wprawiała mnie w zmęczenie. Mimo tego, że spałam czułam w sercu pustkę jak i w głowie. Pragnęłam się wybudzić jednak nie dawałam rady. Gdy spałam miałam wrażenie, jakbym wychodziła z ciała i duszą błądziłam po szpitalu, jednak znacznie przerażającym i nieprzyjemnym. Ludzie płakali, wszędzie była rozpacz i krzyki.
Dopiero po kilku krokach, zaglądając do każdych drzwi widziałam różnych ludzi, którzy być może byli mi znajomi... jednak czułam jakbym naprawdę straciła tą pamięć... szłam, ściskając resztkami sił stojak z wenflonem, wszystkie pielęgniarki chodziły po korytarzu zabiegane, krzyczały na pacjentów, a mnie ignorowały.
Wszyscy wbiegali do sal znikając za drzwiami, czułam żar i nieprzyjemne ciepło palące w gardło i nozdrza. szłam korytarzem, jakbym czegoś szukała, kogoś. Zobaczyłam na jednej z sal pacjenta, który płonął. Nikogo wokół niego nie było, choć mogłabym przysiąc, że kilka osób wchodziło do środka.
Zaczęłam się panicznie rozglądać i szukać pielęgniarek czy lekarzy, jednak nagle wszyscy zniknęli, krzyki zniknęły. Jedynie paliła się ta osoba na łóżku. Podeszłam do niej, nie bojąc się ognia włożyłam dłoń w ogień. Poczułam ból, jednak nie skrzywiłam się ani nie wyjęłam ręki poparzona. Po chwili płomienie zniknęły tworząc czystą, nietkniętą przestrzeń. Na łóżku leżała spalona od czubka po stopy osoba. Nie mogłam stwierdzić czy ją znam, jednak nagle usłyszałam głos za sobą. Odwróciłam się.
-Nie powinna pani tu być.
-Dlaczego... - zaczęłam, jednak pielęgniarka przerwała mi.
-Pani powinna być na dziale dla psychicznie chorych, proszę za mną - popchnęła mnie w stronę drzwi.
-Dlaczego? - powtórzyłam pytanie, nic nie rozumiejąc.
-Pracujemy nad panią. - sprostowała i wprowadziła mnie do jednej z klitek o żelaznych drzwiach.
-Boję się tego pomieszczenia. - szepnęłam.
Jednak mnie nie słyszała. Nikt mnie nie rozumiał ani nie słyszał, uważali mnie za wariatkę. Dopiero teraz, gdy doszłam do tego kim jestem i gdzie się znajduję odwracając się powoli do zakraconego okna, ujrzałam podrapane i zakrwawione ściany. Poczułam strach i nieprzyjemny dreszcz, wszystkie krzyki wróciły.
-Obudź się, Lucy. - usłyszałam jakoś dziwnie znajomy, kobiecy głos. - Inaczej zostaniesz tu na zawsze. Obudź się!
Nie wiedziałam co zrobić, upadłam na ziemię i zakryłam uszy, jednak głosy, krzyki i wołania o pomoc stawały się jeszcze głośniejsze. Zamknęłam oczy i zacisnęłam szczęki, teraz to ja wołałam o pomoc i krzyczałam.
Pikanie dziwnych maszyn, przyspieszone bicie serca, z początku rozmazany obraz. Gdy wzrok powoli wracał ujrzałam za szybą matkę, która kłóciła się z lekarzem i jednym z chłopaków. Zapewne Fillem... Kto spowodował wypadek i dlaczego?
Gdy zobaczyłam policję, od razu lekarz przerwał kłótnię z matką i przystąpił do działania przeciw policji. Nie pozwalał im wejść, kręcił nerwowo głową i zabraniał im... jednak czego ode mnie chciała policja?
Lekarz wszedł do sali i sprawdził puls, statystyki, temperaturę ciała.
-Wciąż lodowata... - mruknął do pielęgniarki obok, która właśnie przybiegła. - Jest pani zimno? - zwrócił się do mnie.
Jednak ja nie słuchałam. Miałam milion myśli w głowie, pytań na których nie miałam odpowiedzi. Patrzyłam się w szybę, jakbym wyczekiwała tego cudownego słowa '' jest pani wolna, może pani wrócić do domu''.
-Panno Collins? - wytrącił mnie z rozmyślań, spojrzałam na niego szybko.
-T-t... - nie mogłam nic powiedzieć.
Dopiero teraz zauważyłam, że mam kołnierz na szyi. Przerażona tym faktem zaczęłam nerwowo się podnosić. Lekarz zatrzymał mnie jednym ruchem.
-Jest pani w szpitalu...
-W... wi... - urwałam.
Kiwnęłam głową powoli, na tyle na ile pozwalał mi kołnierz.
-Jest pani zimno?
Kiwnęłam głową.
-To normalny objaw przebudzenia organizmu. Niestety może pani w każdej chwili stracić przytomnosć... utrata głosu jest chwilowa, proszę się nie martwić. Długo pani leżała w śpiączce...
-I...il...e...? - wydukałam ciężko.
-Półtora tygodnia. Policja chce przeprowadzić wywiad, na razie nie ma takiej możliwości przez pani stan krytyczny.
Krytyczny...?
Do środka weszła zdenerwowana mama. Złapała mnie za chłodną dłoń, wtedy zrozumiałam co mówił o zimnej skórze. Moja matka miała taką temperaturę, że jej dotyk podziałał na mnie jakby samo letnie, duszne i gorące powietrze ścisnęło mnie za dłonie.
-Ze szkoła wszystko załatwione, wiedzą, że jesteś w szpitalu... Jak dobrze, że już się obudziłaś... tata bardzo się martwi...
Skoro tak to gdzie on jest? Czemu go tu nie ma?
-Simon jest w szkole... była tu Bethany, jednak nie wpuszczono jej... nie było mnie bym mogła wyrazić zgodę na to by weszła... Jesteś strasznie blada... jak trup... niedługo stąd wyjdziesz...
-Nie tak prędko - przerwał lekarz. - zanim to sie stanie jeszcze długo zajmie zanim się zregeneruje i dojdzie do siebie. Teraz zaznaczam, to stan krytyczny. Jest odwodniona, ma złamaną rękę, wyleciała przez szybę nie posiadała pasów. No i metalowa część wbiła się jej w udo, nie mogliśmy zdziałać...
-Proszę przestać. - warknęła matka.
-Muszę wobec tego pobrać krew. Mogę? - spytał lekarz.
Kiwnęłam delikatnie głową. Wszystko mnie bolało, miałam ochotę nic nie czuć i umrzeć najlepiej... jednak to złe podejście, wiedziałam o tym.
Nagle do środka weszła podekscytowana Bethany, która zapewne miała ze mną do pogadania i plotkowania, czego po prostu nienawidziłam. Jednak Beth... to Beth...
-Nie może pani tu wchodzić! Proszę wyjść!
-Tak, tylko ja na chwilę...
-Niech zostanie. - kiwnęła mama, a lekarz westchnął.
-Wrócę za pięć minut na badania. - wyszedł.
-W szkole tyle się dzieje, masakra! - zaczęła. - Finnick został w szkole! Dasz wiarę!? W S Z K O L E! Aresztowany za handel narkotykami... wiesz, była tu policja... podobno znaleźli w waszym samochodzie jakieś podejrzane prochy i było tego sporo... nie chcę cię martwić... oczywiście uja tylko tak słyszałam, nie.... no i Chris ma nową laskę, ta, wiem, masakra... no i wiesz... ach! I ta Roksana się wozi jak nie wiadomo kto z Jamie'm... no i wiesz, rozniosło się po szkole kilka rzeczy... że wpadłaś w ten handel... no oczywiście to Finnick rozpowiedział, byłam świadkiem, jak słowo daję... Roksana wywaliła Bonnie z drużyny siatkarskiej bo się pokłóciły o jakąś głupotę, wiesz, źle wybiła i Roksana... a zresztą nie ważne, Brooks rozgadał nauczycielom że nie zdasz roku jak dalej będziesz tak rozrabiać, delikatnie mówiąc... chociaż twoja matka za ciebie ręczy to wiesz, musisz się pojawić w szkole... ale w tym stanie... właśnie, ale okropnie wyglądasz... po prostu...
-Koniec czasu. - oznajmił wchodzący do środka lekarz.
Wszystkie informacje na raz zaczęły na mnie działać bardzo źle. Gdy usłyszałam o Jamie'm serce mi drgnęło, po czym straciłam znów przytomność. Teraz w szkole jestem handlarką jakiegoś gówna...? Finnick przesadził... chociaż odsiaduje w pace...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz