- Co tak dumasz? - przysiadł się do mnie Noah.
- Nie wiem co robić - mruknąłem.
- W sprawie?
- Przecież wiesz - westchnąłem.
Zapadła przez chwilę cisza.
- Wiem tyle, że dziś wieczorem wyjeżdża na dość niebezpieczną akcję. Nie chce nic mówić, ale wiesz.. - spojrzał na mnie z obawą.
- Niebezpieczną? - wykrztusiłem. Poczułem się jak totalny idiota, bo myślałem, że z tym powrotem tylko tak powiedziała, że może nie wrócić - Przecież ona dopiero zaczęła szkolenie! - wybuchnąłem - Czy oni naprawdę zwariowali?!
Noah spojrzał na mnie ze współczuciem.
- Ona musi być naprawdę dobra..
- No i co z tego? - warknąłem. Wstałem i zacząłem nerwowo krążyć po korytarzu - Nie może jechać, po prostu nie.
- Wiesz.. Zawsze możesz pogadać z dowództwem, ale... Ech, wątpię żeby to coś dało. Jeśli Gnash wybrał ją osobiście.
- Mimo to spróbuje - odparłem pewny siebie.
Pół godziny później stałem przed drzwiami do gabinetu swojego przełożonego. Zamknąłem oczy modląc się żeby wysłuchał mojej prośby. Zapukałem, a gdy usłyszałem zaproszenie wszedłem do środka.
Podniósł oczy znad papierów.
Przypominał mi trochę mojego ojca.
- O to ty Dominic - uśmiechnął się lekko - Co cię do mnie sprowadza? Siadaj - wskazał gestem krzesło.
Usiadłem naprzeciwko niego.
- Słyszałem... Słyszałem, że szykuje się akcja.
- Oo tak, z pewnością. Jeśli prosisz o udział w niej, przykro mi ale nie mogę się zgodzić. Jesteś bardziej potrzebny tutaj - spojrzał mi w oczy.
Chrząknąłem.
- Rzecz w tym, że nie chodzi..
- Więc słucham? - przyjrzał mi się z zainteresowaniem - Jeśli chodzi ci o informacje i szczegóły dotyczące akcji to też z przykrością muszę ci odmówić. Są ściśle tajnie i znają je tylko przywódcy wyprawy.
- Nie chodzi mi o to.. Majorze - postanowiłem przejść od razu do rzeczy - Dowiedziałem się, że bliska mi osoba ma w niej brać udział. Dopiero zaczęła. Nawet nie zdobyła doświadczenia, a już zostaje wysyłana jak słyszałem na dość niebezpieczną akcję. Chciałem... W zasadzie to mam prośbę, żeby nie jechała.
Przełożony przyjrzał mi się przez dłuższą chwilę.
- Jej nazwisko? - spytał w końcu.
- Bella... To znaczy Isabella Quin... To znaczy Julia Ferrars - poprawiłem się w końcu.
Uśmiechnął się rozbawiony.
- Ach... Wiele o niej słyszałem.. - zamyślał się.
- Więc... zgadza się pan? - spojrzałem na niego z nadzieją.
Westchnął.
- Uwierz mi Dominic że bardzo bym chciał, ale.. Nie zrozum mnie źle, gdyby był ktoś inny pewnie bym się zgodził, ale Julia.. Sam Gnashow ją wybrał. Też miałem pewne wątpliwości co do jej udziału, ale przekonał mnie że bardzo mu się przyda, a ja... wyraziłem już pisemną zgodę. Więc przykro mi Dominic, ale... Tylko ewentualnie Julia mogłaby zmienić swoją decyzję. Może z nią porozmawiaj... - utknął.
Cała nadzieja zgasła we mnie momentalnie. Wiedziałem że Bells na to nie pójdzie. Bez słowa wstałem i podszedłem do drzwi.
- Dziękuje bardzo Majorze - wycedziłem kpiąco i zatrzasnąłem za sobą drzwi czując, że będę tego żałował.
Idąc korytarzem czułem się coraz gorzej. Automatycznie ruszyłem w kierunku korytarza, przy którym znajdował się pokój Belli. Wiele razy tamtędy chodziłem. Gdy przeszedłem obok jej drzwi... Właściwie nie wiedziałem co robię.
Nawet nie pukając wszedłem do środka.
Bella zaskoczona poderwała się z łóżka. Pospiesznie ścierała łzy z twarzy. Zamknąłem drzwi na klucz i podszedłem do niej szybkim krokiem.
Objąłem ją i przyciągnąłem do siebie.
- Dominic co ty... - zaczęła, lecz przerwałem jej.
- Nie jedź. Proszę. Nie jedź.
Po czym zrobiłem to na co od dawna miałem ochotę.
Pocałowałem ją.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz