Rano od razu po wizycie weszłam do pokoju Simona by go obudzić na śniadanie. Dziś wtorek, a na razie nie mogłam wrócić do szkoły choć zakończenie szkoły zbliżało się wielkimi krokami. Pracowałam na laptopie i wysyłałam prace i zadania dodatkowe na podciągnięcie ocen i mojej nieobecności nauczycielom, co znacznie poprawiało moją sytuację w szkole. Dawno nie widziałam się z bratem, jednak rodzice nie wpuszczali go do sali ani wcześniej nie miałam okazji się z nim widywać, jak mówiła mi mama. To gdzie ja przez ten cały czas byłam...? Nadal panowała pustka w głowie z ostatniego miesiąca...
Jednak to co zobaczyłam w szafie zaskoczyło mnie zupełnie. Mój brat nie dość, że z jakiegoś nieznanego powodu leżał w szafie ze słuchawkami w uszach, to wyglądał nie na jedenaście lat, tylko na szesnaście.
-O mój boże - wycedziłam zaskoczona patrząc na niego.
-Kochanie?! Simon już wstał?! - usłyszałam głos mamy z dołu.
Przegryzłam wargę i wybiegłam z pokoju trzaskając drzwiami. Dyszałam szybko i niemiarowo, zeszłam prędko na dół, wparowałam do kuchni wpatrując się w mamę przerażona.
-Co się stało, Lu? Jesteś blada... - przyłożyła mi dłoń do czoła.
Odtrąciłam ją spanikowana.
-Czemu Simon.... on... on... co jest grane, mamo? - wydukałam.
Mama westchnęła tylko, oparła się rękami o blat i wpatrywała we mnie. Zmniejszyła gaz na którym robiły się właśnie naleśniki.
-Simon... jest... inny - zaczęła niepewnie.
-To wiem! Widziałam na własne oczy! - wypaliłam.
-Kotku... on... on jest już taki...
-Powiedz od razu o co chodzi. - nakazałam drżącym głosem.
-Od kiedy zniknęłaś... przyszedł pewnego wieczoru do domu z ugryzieniem. Przychodził późno, nie mogłam tego kontrolować bo miałam słaby okres... to moja wina... okazało się, że... że ugryzł go wilkołak... od tego czasu w każdy wieczór zmieniał się w to coś... - ciągnęła ze łzami w oczach. - a wraz z tym rósł codziennie...
-Co ty gadasz? - wyszeptałam. - Wilkołaki nie istnieją!
Zszedł na dół Simon. Był o pół głowy wyższy ode mnie. O mój Jezu.
Patrzyłam na niego jak na wariata, moja mina przypominała przerażoną małą dziewczynkę która zobaczyła pierwszy raz w życiu klauna.
-Hej siostra. - objął mnie nagle.
Jego siła jak i temperatura ciała była niemożliwa. Szybko mnie puścił, przypominając sobie jak bardzo cierpiałam w szpitalu i jak słaba jestem teraz.
-Przepraszam. - bąknął pod nosem.
-Nie jesteś w... w szko...szkole? - wyjąkałam nie odrywając od niego wzroku.
-Nie chodzę. - odparł sucho.
-Jak to nie chodzisz? - teraz zerknęłam na mamę, która odwróciła wzrok na przypalonego już naleśnika.
-Cholera. - mruknęła pod nosem.
-Mamo? - zwróciłam się do niej.
-Porozmawiamy o tym przy śniadaniu, dobrze, Lu? - spytała lekko zirytowana i zdenerwowana. - Simon przepisuje się do szkoły w Seattle, ale potrzebuje korepetycji. Mogłabyś?
-Jak to? W Seattle? To będzie mieszkał w internacie, tak?
-N... Tak, tak. W internacie. - szybko wróciła do kończenia śniadania.
-No ale po co korepetycje? To ostatnie dwa miesiące szkoły...
-Nie możemy czekać. To znaczy on nie może.
Spojrzałam na brata pytająco, jednak on wzruszył ramionami unikając tematu.
Co jest grane...?
-Siadaj. - wskazałam palcem w stronę jadalni. - Zaczniemy teraz. Co chcesz wiedzieć?
-Chemia. - bąknął.
-No tak. Zawsze miałeś z nią problemy. - parsknęłam, lekko się rozluźniając.
Ale nie na tyle, by puścić temat zmiany mojego brata mimo uszu.
Wzięłam zeszyt w kratkę i zaczęłam pisać mu równania, obliczenia i z tablicy Mendelejewa jakieś związki chemiczne.
-Proszę. - napisałam i podałam mu.
-Co to ma być? - wyjąkał wystraszony, jakby zobaczył ducha.
Zaśmiałam się.
Poczułam ból na plecach po poprzednim zadrapaniu. Dopiero teraz mi się to przypomniało i zastanawiałam się, jak to możliwe, że się to pojawiło i skąd pochodzi...
-To tylko podstawowe zadania, braciszku. - błysnęłam zębami.
-Może dla ciebie. Dla mnie to czarna magia.
-Zobaczymy.
Po ciężkim wpajaniu mojemu bratu zasad i chemicznych równań, wyszłam z domu pod starą szkołę. Poszłam pieszo, stwierdziłam, że musiałam zacząć robić prawo jazdy bo jak tak dalej pójdzie skończę marnie.
Stałam pod ogrodzeniem szkoły, czekając na Filla. Musiałam z nim porozmawiać. Chciał mnie wrobić w coś czego nie zrobiłam. Gdy zaczął padać deszcz westchnęłam ciężko. Gdy po chwili przestał, byłam lekko przemoczona. Poczułam nieprzyjemny chłód całego ciała. Zadrżałam.
Usłyszałam dzwonek co oznaczało koniec lekcji dla Filla. Sprawdziłam jego plan więc idealnie trafiłam na ten moment, gdy wychodził z terenu szkoły.
-Och, Collins. Jak zdrówko? - uśmiechnął się.
Spojrzałam na niego.
-O co ci chodzi, Fill? - wycedziłam.
-Cała jesteś przemoczona, rozchorujesz się bardziej. Wracaj do domu śliczna.
-Nie wkurzaj mnie. - stanęłam mu na drodze. - Nie będę kłamać policji. Nie będę was kryć. Prawie przez waszą głupotę zginęłam!
-Nie masz wyjścia. Jak tylko ja i Finnick powiemy o Tobie i zaręczymy, że brałaś w tym udział trafisz do więzienia.
-Nie zrobicie tego. Nie możecie...
-Właśnie, że możemy. Albo kłamiesz, albo mówimy, że brałaś w tym główny udział. Przemyśl to. - mrugnął do mnie.
-Przykro mi ale nie zrobię tego. Nie macie nawet dowodów, że maczałam w tym palce.
-Czyli nie?
-Nie. - zaparłam się.
-Świetnie - uśmiechnął się. - a więc będziesz miała skutki swojego zaparcia.
Odszedł.
Około południa mama zadzwonił do mnie brat. Był w szpitalu. Pognałam tam jak najszybciej mogłam. Pospieszałam taksówkarza, gdy wysiadłam przed szpitalem nawet zapomniałam zapłacić. Po prostu wbiegłam do środka i wypytywałam o mojego brata. Lekarz zaprowadził mnie do sali i tam zobaczyłam Simona, który leżał na łóżku z podbitym okiem, złamaną ręką i pokiereszowanymi żebrami.
-Spoko siostra, wyliżę się. Jestem wilkołakiem, co pewnie już wiesz.
-Nie chcę wiedzieć czy to prawda czy nie... kto ci to zrobił?
-Widziałem jak Fill wsiada do samochodu i... nawet nie zdążyłem zareagować... Odsunąć się...
-To moja wina. - szepnęłam.
-Nie twoja. Poza tym świetnie sobie poradzę. Rodzice nie mogą o tym wiedzieć... dlatego zadzwoniłem po ciebie.
-Jak to się stało, że jesteś wilkołakiem? Przecież one nie istnieją...?
-Szedłem od Bobby'ego około pierwszej. Była pełnia, skróciłem drogę przez las. Wtedy przypomniałem sobie, że ojciec zabraniał nam tam chodzić... złamałem zasadę. Poczułem nagłą złość, że nas olał. Zboczyłem z trasy prowadzącej do domu i słyszałem wycie. Zignorowałem to, byłem tak wściekły... Nagle coś wyskoczyło zza moich pleców, wielka bestia, wielki wilk. Ruszył na mnie, ugryzł w ramię i zniknął. Straciłem świadomość a potem... potem tylko musiałem powiedzieć mamie co się stało. Jestem dziwadłem. Wiem. Jestem jakimś kundlem, wcale tego nie chciałem...! - zacisnął pięści.
-Nie jesteś dziwadłem. - powiedziałam po chwili.
-Jestem. Nawet nie kontroluję się czasem... boję się, że zrobię mamie krzywdę... albo tobie... Już tyle wycierpiałaś... nie chcę wam dokładać...
-Będzie dobrze, Simon. Nie możesz się tak zamartwiać i o tym myśleć w ten sposób. Po to masz nas byśmy ci pomogli.
-Jak mi pomożesz?
-Wyjeżdżasz. Będzie nowa szkoła... nowi znajomi... będzie czas by nad tym panować...
-To nic nie zmieni, Lu. Zabierz mnie stąd.
W domu wieczorem mama i ojciec niczego się nie domyślili. Ojca w ogóle zobaczyłam pierwszy raz od dawna, a mama nie odzywała się do niego słowem. Tak samo ja, Simon to już w ogóle.
-Idę do pokoju. - mruknęłam i wstałam.
-Siadaj, mamy coś do powiedzenia. - zatrzymał mnie ojciec.
Stałam nadal wpatrując się w niego zaskoczona.
-Przeprowadzamy się do Seattle. Chciałbym, żebyś pojechała z nami.
Zamarłam i usiadłam z wrażenia.
-Nie ma mowy. - zaprzeczyłam.
-Nie pytam cię o zdanie, Lucy... - zaczął ojciec.
-Pozwól jej zostać, jeśli tego chce. - odezwała się mama.
-Nie można jej zostawić, widzisz w jakim stanie się znalazła? Trafiła aż do szpitala!
-Da sobie radę. Nie będę jej ciągnąć, jeśli chce zostać proszę bardzo. - uśmiechnęła się do mnie mama, a ja w duszy jej podziękowałam za poparcie.
Jednak ojciec nie dawał za wygraną.
Wstałam i wściekła ruszyłam na górę do pokoju. Trzasnęłam drzwiami i prawie staranowałam kota o którym na śmierć zapomniałam. Podniosłam go i przytuliłam. Położyłam się na łóżku tuląc go do siebie. Usłyszałam pukanie, do środka weszła mama. Zamknęła za sobą drzwi i położyła się obok mnie, leżałyśmy teraz na łyżeczkę. Dawno nie miałam z nią takiego kontaktu, sama zdziwiłam się, jak ona o mnie nagle zaczęła dbać.
-Chcesz zostać to zostań. Masz tu dom, zostawimy go tobie. - pogładziła mnie po ramieniu przy okazji głaszcząc śpiącego kota.
-Boję się. - szepnęłam.
-Czego?
-Że nawalę i nie dam rady...
-Dasz. Jesteś silna...
-Nie jestem. - parsknęłam nerwowo śmiechem. - Trafiłam do szpitala i nie pamiętam nic z ostatniego miesiąca...
-To nie zmienia faktu, że jesteś silna.
Milczałam.
-Był u ciebie... jakiś chłopak... - mruknęła pod nosem po chwili milczenia.
-Co? Kiedy?
-W czwarty dzień po wypadku... Kiedy było z tobą najgorzej...
Odwróciłam się do niej gwałtownie, kot wystraszył się i zeskoczył na podłogę. Patrzyłam mamie w oczy.
-Jak wyglądał?
-Ciemny brunet, wysoki... nawet przystojny...
-Nic nie mówił?
-Zobaczyłam go tylko jak już wszedł do ciebie. Wróciłam z kawą, jak go tylko zobaczyłam pomyślałam, że to jakiś twój kolega ze szkoły... nie chciałam przeszkadzać...
Pomyślałam tylko o Jamie'm. Tylko o nim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz