Patrzyłem w ekran monitora z ogromną nienawiścią. Zacisnąłem szczęki i wbiłem paznokcie w blat stołu. Byłem tak wściekły i jednocześnie załamany, że cały się trząsłem.
- Jamie posłuchaj.. Może to tylko mistyfikacja - szepnął z boku Jasson.
- Mistyfikacja?! Jej krzyk to też mistyfikacja?! - odparłem wściekły i gwałtownie stałem. Złapałem krzesło i uderzyłem nim o kant biurka, niszcząc je zupełnie. Jass w ostatniej chwili odchylił się od lecącego w jego stronę ułamka drewna.
Cała reszta patrzyła na mnie w milczeniu. Podszedłem do okna i wplotłem palce we włosy czując się kompletnie bezradny. Z głośnika dobiegały jeszcze krzyki Lucy.
- Wyłącz to! - krzyknąłem, doprowadzony prawie do szaleństwa.
Zmartwiony Jass natychmiast zrobił to co mu kazałem. Michael chrząknął.
- Jamie, wiesz, że gdyby tylko była możliwość...
- W dupie mam jakąś cholerną możliwość - przerwałem mu - Ile można czekać na jakąś pieprzoną 'zgodę dowództwa'?!
- Wiesz, że tu chodzi o coś więcej.. Wciąż próbujemy nawiązać kontakt z jej ojcem, a przy okazji możemy rozpracować kolejna siatkę łowców..
- Michael przestań pieprzyć - wysyczałem - Ona jest t o r t u r o w a n a czy to do ciebie dociera?!
- Aim, ale chyba nie powiesz nam że ci zaczęło na niej zależeć? - wtrącił znudzony Alex - Ja rozumiem twoje wyrzuty sumienia, ale...
- Wyrzuty sumienia? Wyrzuty sumienia?! - ryknąłem i pochyliłem się nad nim - Posłuchaj mnie uważnie. Z a l e ż y mi na niej. A tobie nic do tego - dodałem spoglądając na niego z pogardą.
- Jamie uspokój się... - wtrącił ostrzegawczo Michael.
- Dobra już dobra - mruknął Alex i uniósł ręce w obronnym geście.
- Musimy ją odbić - popatrzyłem rozpaczliwie na Michaela - Mogę jechać. Sam. Choćby zaraz. Błagam, pozwólcie mi..
Westchnął i pokręcił smutno głową.
- Chciałbym ci pomóc... Ale w obecnej sytuacji możemy tylko czekać. Major ma jutro przekazać nam decyzje.
- Do jutra ona może nie żyć.. - wyszeptałem i oparłem się bezradnie o ścianę - To przeze mnie tam jest. Gdybym jej wtedy nie zostawił...
- Powtarzaliśmy ci już tyle razy, że to nie twoja wina - odparł Ash.
- I tak by po nią przyszli - wtrącił Daniel.
Nie odpowiedziałem. Obserwowałem w milczeniu spadające płatki śniegu, oświetlone w ulicznej latarni. Był już środek stycznia. Semestr dobiegał końca. Nie żebym chodził do szkoły. Pokombinowałem troszkę przy czyiś myślach i gdy Lucy wróci będzie mogła normalnie, bez żadnego tłumaczenia wrócić do nauki.
Tak długo jej nie było... Wyobraziłem sobie jej minę, gdybym jej jakiś czas temu powiedział, że zostanie porwana i zarwie resztę semestru.
Powiedziałaby mi co najmniej, że jestem psychicznie chory.
Uśmiechnąłem się smutno pod nosem.
Kurwa. Cholernie mi brakowało tej dziewczyny.
Wytrzymaj jeszcze chwile mała.., pomyślałem i postanowiłem sobie, że jeśli jutro w końcu nie wydadzą zgody sam ją odbiję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz