Po kilku dniach zebrałam się na to, by uciec z więzienia. Wiedziałam, że będę poszukiwana i to nie na żarty. Wes postarał się, bym trafiła do więzienia w którym ma znajomości. Jestem zmuszona opuścić rodzinę, swoje życie i marzenia których i tak już nie mam szans spełnić. Zostałam wrakiem człowieka, ale co najgorsze, że już nie mam nikogo.
Jakie było moje zdziwienie gdy pojawił się Simon, który nie był sam. Był uzbrojony, wyglądał zupełnie inaczej niż przed moim aresztowaniem. Siedziałam skulona na łóżku, gdy do środka wszedł mój młodszy brat i Michael. Na widok tego drugiego aż mnie wmurowało w zimną ścianę. Nie wiedziałam co on tu robi, co się w ogóle dzieje.
-Mamy mało czasu - odezwał się Michael i kiwnął mi głową.
Simon wziął mnie na ręce a ja nie wiedziałam co tu się do cholery wyprawia.
-S-simon... co... co się...
-Siedź cicho dopóki stąd nie wyjdziemy, Lucy.
Gdy wyprowadzili mnie bez najmniejszych problemów mogłam tylko wyczekiwać wyjaśnień. Michael siedział za kółkiem a ja otulona bluzą brata siedziałam obok niego, ściśnięta na tyłach jeszcze obok dwóch innych typów.
-Gdyby nie to, że wiem jak ważna jesteś dla Jamie'go nie pomógł bym zwykłemu, nic nie wartemu człowiekowi. A Simon nie dość, że jest wilkołakiem ma dar, a taki przypadek mieliśmy tylko jeden w naszej organizacji, teraz był zerowy do póki twój brat nie znalazł się w zasięgu ręki. Teraz jest łatwym kąskiem dla nich, a my mamy duży zysk. Wasze nazwisko jest dobrze znane przez wasze różne sprawy i handel waszego ojca, więc najlepiej będzie jak ukryjemy nazwisko Simona. Nie znacie się, tak będzie najlepiej.
-Ona sobie nie poradzi, Michael..
-Od teraz szefie, jasne? Pomogłem Ci ją uratować, więc teraz jesteś mi to winien.
-Ona też się przyda...
-Nie mogę jej w to pakować...
-Dlaczego? - spytał brat lekko zboczony z tropu.
-Z pewnych spraw związanych z Jamiem. Nie wiesz kto to i go nie poznasz, jest tak jakby tajnym zabójcą, rozumiesz? Nie słyszałeś o nim, jednak warto żebyś wiedział trochę o ważnych czynnikach organizacji.
-Jestem córką Dantego... szefa tamtej organizacji... - wyszeptałam, zachrypniętym głosem.
-Wiem. To od razu skreśla cię z listy. Toretycznie można powiedzieć, że jesteś już martwa. A nie zaryzykuję życia nikogo od siebie.
-Czyli zostawiacie mnie na pastwę losu gdzieś w środku lasu?
-Zaraz tam w środku lasu... - mruknął Michael. - Obok.
-Chcę się... chcę się widywać z Sim...Simonem...
-Przez pierwszy tydzień będzie u ciebie codziennie, potem znika. Na długo.
-Ona nie da sobie rady, zobacz w jakim jest stanie! Ma kilka drobnych złamań, jest na granicy depresji...
-Właśnie, KILKA DROBNYCH, NA GRANICY - a to jeszcze nie jest tragedia, hm? - uśmiechnął się do nas z przodu.
Zasnęłam szybko, obudziłam się dopiero w jakimś drewnianym domku z bratem który cały czas czuwał nade mną. Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego zmarnowana.
-Ile spałam...?
-Cały dzień. Wes się na ciebie czai, jednak nie mogę cię pilnować dłużej. Jemu zawdzięczamy to, że żyjesz,
-Nie jemu. - odparłam.
-A niby komu, Lucy? - parsknął zirytowany.
No tak, teraz denerwuje się szybciej i bardziej ze względu na to kim się stał.
-Jamiego. Znają się. Gdybym nie była ważna kiedyś dla Jamiego to by mnie nawet nie brał pod uwagę na sekundę.
-Pieprzysz głupoty.
-Taka prawda. A Ty nic nie rozumiesz.Stałeś się oschły.
-Bo nie wierzę, że tak się zmieniłaś. Handlujesz jakimiś gównami z dziwnymi typami, co chwilę znikasz, jesteś więźniem, ja muszę cię wyciągać...
-Ja bym zrobiła wszystko żeby cię uratować bezinteresownie, dla mnie ważne by było, żebyś był szczęśliwy!
-Dla mnie też to ważne, Lu! Żebyś była bezpieczna! Ale wybacz, muszę przyzwyczajać się, że cię zostawiam tu na pastwę własnego losu. Będę starał się jakoś...
-Nie trudź się. Możesz wyjść. - mruknęłam.
Wyszedł. Ja po prostu nie mogłam wytrzymać i wtuliłam się w pościel. Domek był z drewna, nie był mały, ale też nie wielki. Jednak było tu okropnie zimno, mogłam stwierdzić, że był początek lutego. Niedługo moje urodziny. Spojrzałam na kalendarz wiszący na ścianie naprzeciwko na ścianie - 22 luty - jutro moje urodziny...
Wstałam, by nie przespać swoich urodzin. Sama do siebie powiedziałam ''wszystkiego najlepszego nieszczęśnico'' i poszłam niechętnie do kuchni. Miałam posiniaczone nogi, brzuch, ręce, ramiona i szyję. Od kłuć przez odurzające środki.
Otworzyłam lodówkę a w niej był tort czekoladowy z karteczką na górze ''od Simona dla marudy''. Zaczęłam płakać, było mi tak smutno, że naprawdę chciałam odejść w zapomnienie. Jednak jak na złość los nie pozwala mi umrzeć... usiadłam w łóżku pod pościelą, na stercie poduszek jedząc kawałek. Jednak od razu mnie odrzuciło, zwymniotowałam to co zjadłam i usiadłam obok sedesu, nie miałam siły wstać. Czułam to, że powoli i tak umrę, albo z braku możliwości jedzenia czy zimna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz