wtorek, 6 września 2016

Od Jamiego

- Naprawdę nie chce mi się dłużej chodzić do tej budy - mruknąłem przeciągając się na łóżku.
Noah założył ręce na klatce piersiowej.
- Musisz.  Jesteś stróżem Roksany.
- Pierdolenie - machnąłem ręką - Zawsze mogę ją odstawiać do szkoły i zabierać po lekcjach.
Chyba jej tam nikt nie zabije? - spytałem rozbawiony.
- Zdziwiłbyś się - mruknął braciszek - No ale jak chcesz. Możesz porozmawiać z górą w tej sprawie.
- Tak zrobię. W sumie wolałbym wziąć jakieś akcje.
- Wow co ja słyszę. Czyżbyś zatęsknił za pracą? Znudził ci się 'urlop'?
- Muszę się po prostu czymś zająć - mruknąłem zrezygnowany.
Od dłuższego czasu prawie nigdy nie miałem dobrego humoru. Już nie żartowałem ze wszystkiego jak kiedyś. Szczerze powiedziawszy czułem się zbyt poważnie. Zbyt s t a r o.
- Roksana ci się nie podoba? - spytał nagle rozbawiony Noah.
Czyżbyśmy się zamienili nastrojami?
- Wybacz braciszku, ale nie będę ci się spowiadał z tego kto mi się podoba, a kto nie - mruknąłem rozdrażniony.
- Więc w takim razie co słychać u Lucy? - spytał.
Zmierzyłem go spojrzeniem.
- Usiłujesz mnie rozzłościć? Jeśli tak, to jesteś na dobrej drodze - burknąłem.
- Ale o co ci chodzi? - zaprotestował - Tylko pytam. Słyszałem, że bawi się w dywersantkę..
- Dość - przerwałem mu mocno rozgniewany - Jesteś moim bratem, ale jeśli  się nie zamkniesz to zaraz ci przywalę - zagroziłem.
W tej samej chwili do pokoju wpadł Jass z zacieszem na gębie, a za nim Ash. Widząc jaka panuje atmosfera nieco się stropił.
- Było otwarte, więc my no ten... - bąknął.
- Możemy wyjść jeśli chcecie pogadać - wtrącił szybko Ash.
- Nie, nie - odparłem - Noah już w y c h o d z i.
Brat obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem i bez słowa wyszedł z domu.
Jason swobodnie rozwalił się na kanapie.
- Co to się podziało? - spytał rozbawiony.
- Czyżby konflikty rodzinne? - wtrącił Ash.
- Ja z nim konflikt rodzinny przechodzę od jakiś 20 lat - parsknąłem.
Wybuchnęli śmiechem, a ja zrezygnowany wpatrzyłem się w ekran telewizora.

Na następny dzień zdążyłem ugadać się z Fitterem, żebym nie musiał chodzić do szkoły. Teraz to było zupełnie zbędne. Ojciec Collins gdzieś się zawieruszył i przerwano sprawę. Aktualnie wszyscy czekali na tych nowych łowców z Europy - miało się zacząć niezłe piekło. Co do samej Lucy.. Chciałem mieć na nią oko. Ale obiecałem zniknąć z jej życia. Przez pierwsze dni kompletnie mi się to nie udawało. W szkole nie potrafiłem jej ignorować. Plotki o moim niby 'związku' z Roksi szybko się rozeszły i wiedziałem że prędzej czy później dotrą do Lucy. Chciałem jej to wszystko wytłumaczyć, tym bardziej że trafiał mnie szlag gdy widziałem ją z tym Finnickiem... Zrobiłbym wszystko by została bezpiecznie w domu i wyplątała się z tego cholernego świata nadnaturalnych. Al co miałem zrobić? Uwiązać ją w domu? Gdybym miał wybór, sam wolałbym zostać zwykłym, niczego nieświadomym człowiekiem.
Miałem tylko nadzieję, że to czym się bawi jest chociaż trochę bezpieczniejsze od naszych spraw. Jednak patrząc na tą całą bandę i nowo przemienionego wilkołaka miałem poważne wątpliwości...
Dziś załatwiłem moje wypisanie się 'do innej szkoły' w sekretariacie i czekałem na Roksanę oparty o samochód. Gdy zadzwonił dzwonek i wszyscy wyszli, szła ze swoimi koleżankami i chichotała patrząc na mnie. Nie trudno było zgadnąć co lub raczej kto był tematem ich rozmowy. Nie zdziwiłem się też specjalnie, że nie bardzo przeżyły 'tajemnicze zniknięcie' Stephanie. Jeśli ktoś jest pusty to taki już zostanie.
Gdy Roksana pożegnała się ze swoimi przyjaciółeczkami i podeszła do mnie całując mnie w policzek, w oddali zauważyłem Lucy z jej 'ekipą'. Wychwyciłem jej wzrok pełen bólu, zanim zdążyła go odwrócić i zakryć się za fasadą obojętności.
- Jedźmy już - mruknąłem do trajkoczącej Roksany.
- ... rozmawiałyśmy o tym z Megan i pomysł wydaje się świetny! Pozapraszałyśmy już wszystkich. Oh no może oprócz Collins... - spojrzała na mnie z obawą - Nie mam nic przeciwko dodatkowej osobie. Hej Collins zapraszam cię na imprezę w tą sobotę! - krzyknęła w stronę Lucy.
Nie wiem czy mi się wydawało, czy Lucy pokazała środkowy palec już za plecami Roksany. Parsknąłem śmiechem, ale szybko to ukryłem chowając się w samochodzie.
- Możemy już jechać? - mruknąłem obserwując narastający tłum i machającą z okna Roksanę.
- Oczywiście. Prowadź przystojniaku - uśmiechnęła się do mnie zalotnie a ja zrezygnowany ruszyłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz