Stanął obok mnie Paul, który zauważył, że się wybudzam. Zaczęłam się oglądać przerażona, co tym razem są w stanie mi zrobić...
-Musimy uważać... nie mamy transportu... - rozmawiał z kimś przez telefon. -... daj mi Marikę... tak, ona powinna coś wymyślić... nie wiem, a chcecie Collins?... Hej Marika... Ta, zabić tą dziewczynę? Nie jest nam potrzebna... jest tylko obiektem zainteresowania Wesa, ale to nic... Zabić? Robi się... Do zobaczenia... wrócimy za kilka dni, a do tego czasu dziewczyna jeszcze pożyje.
Spojrzałam na stojącego obok mnie Paula. Chciałabym uciec jednak nawet nie mam na to siły.
-Co powiedział Dante? - spytał Wes schodząc do piwnicy.
-Że mamy się jej pozbyć... ale postanowiłem, że zrobimy to dopiero przed wyjazdem jak będzie transport...
-A kiedy on będzie?
-Za kilka dni, nie wiem dokładnie kiedy... wkurwia mnie to, nie mamy czasu na pieprzenie się z jakąś małolatą...
-Czy taka małolata to ja nie wiem... ma tą osiemnastkę... - parsknął Wes przyglądając mi się.
-Wstrzyknij jej paraliżujący...
-Po co? - przerwał zaskoczony Wes.
-Bo nie wiem czy znów się nie wyrwie...
-Można zrobić coś zupełnie innego. - uśmiechnął się znacząco Wesley.
-Mam ci w tym pomóc? - westchnął Paul.
-Możesz. Najpierw podaj mi strzykawkę.
Po chwili poczułam ostre ukłucie, coś mi podali...
-Co to jest...? - spytałam spanikowana.
-Nie będzie z tobą problemu. - poklepał mnie po ramieniu Paul.
Po chwili poczułam silny ból głowy, zawroty, a następnie straciłam przytomność.
Ocknęłam się słysząc łańcuchów. Nie mogłam się ruszać, ból głowy rozsadzał mi ją, miałam wrażenie,że zaraz wybuchnę. Chciałam się wydostać, jednak po chwili otępienia docierało do mnie wszystko... Przywiesili mnie na łańcuchy do ścian... Oddech mi przyspieszył i wszystko stało się znów koszmarem.
Dopiero po chwili poczułam jak wszystko mnie obciąża... to co mi wstrzyknęli, ból głowy, gardło samo mi się zaciskało przez to ciężej oddychałam. Dusiłam się powietrzem... Panika ogarnęła moje całe ciało nie pozwalając mi na najmniejszy ruch. Próbowałam się wyszarpać z uścisku na nadgarstkach jednak zamiast tego, łańcuchy poraniły mi je. Zacisnęłam zęby i próbowałam zrobić cokolwiek, co pomogłoby mi się wydostać. Jednak oni robili wszystko bym cierpiała jak najdłużej a na końcu zabiją mnie... nawet nie chciałam myśleć jak będzie wyglądać moja śmierć...
-Witaj kochanie. - zjawił się Wes.
Nadal nie miałam pojęcia jak mój ojciec mógł mnie zostawić. Ważniejszy jest dla niego jakiś pieprzony towar...? Nadal biłam się z myślami i broniłam faktu, że ojciec po prostu coś planuje, na pewno jeszcze wróci i mnie stąd wyciągnie... nie mogłam myśleć o nim w ten sposób... jednak myśli, że on po prostu mnie zostawił na pastwę losu nie dawały mi spokoju. Nadal myślałam o nim różnie, jednak nigdy mnie nie zostawiał w potrzebie.. zaraz... przecież ja nigdy nie miałam problemów, miałam wszystko założone z góry... pieprzone życie.
-Nie odzywasz się do mnie? - dodał smutny. - No cóż... zobaczmy jak się trzymają twoje zszyte rany, co?
Podwinął mi bluzkę. Normalnie dałabym mu kopa w twarz, ale o sile na takie coś mogłam nawet pomarzyć.
-Nieźle... zadbałem o to, by było zrobione dokładnie i przez profesjonalistę...
-Po co to zrobiłeś? - wykrztusiłam.
-Żeby wiedzieć gdzie jesteś - odparł, a ja zamarłam. - To był jeden z moich ludzi... lekarzy tych z organizacji. Zaaplikował w tobie... czip... coś na jego wzór. Będę wiedział gdzie jesteś... wyjeżdżam ale wrócę po ciebie. Może dlatego rana tak długo się goi...
On był chory, nienormalny, popieprzony. On mnie kochał?! Na swój sposób, jednak był chorym człowiekiem. Zatkało mnie. Nawet nie miałam nic do powiedzenia... po prostu mnie wmurowało w ścianę na której wisiałam.
-Co zrobiłeś...? - wycedziłam.
Jak pomyślałam, że mam w sobie jakieś urządzenie które pokazuje mu, gdzie jestem oznaczało to, że jednak mnie wypuszczą...
-Nie myśl, że cię wypuścimy... to było zanim zarządzono twoją śmierć. - uśmiechnął się szerzej.
Na dole pojawiła się Stephanie... co jeszcze mnie zdziwi?! Kto jeszcze tu trafi!?
Paul pchnął ją na podłogę, a ona krzyczała i tłumaczyła się... z czegoś... Wes obserwował co robi jego dowódca, a on wyjął pistolet i strzelił jej w głowę. Krew była wszędzie, jej resztki również. Spanikowałam jeszcze bardziej. Niedługo zejdę zanim oni mnie nie zabiją sami...
-Po co ją zabiłeś? - westchnął znudzony Wes.
-Bo zaczęła coś podejrzewać więc dostała na co zasłużyła.
-Debil. - mruknął. - Zostawisz mnie samego z moją Lu?
-Już twoją? - roześmiał się Paul.
Wes zostawił to bez komentarza, gdy Paul zniknął z piwnicy zostałam sama z psycholem...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz