wtorek, 6 września 2016

Od Lucy

  Koniec roku zbliżał się wielkimi krokami, ja pracowałam nad sobą... Musiałam uczyć się jeszcze wielu rzeczy które mi pomogą w walce z Wesem. Na parkingu jak zobaczyłam Roksi i Jamie'go aż się we mnie zagotowało. Ale skoro wolał ją, nie mogłam mieć na to jakiegokolwiek wpływu. Mówi się trudno...
  Od razu wsiadłam do samochodu i wbiłam paznokcie w oparcie fotela na którym siedział Bronx. Zaśmiał się, ale nic nie powiedział.
-Zawieź mnie do sali treningowej. - nakazałam zła. - Muszę się wyżyć.
  Wtedy się roześmiał jak najgłośniej potrafił.
-Spokojnie mała, bo jeszcze rozwalisz mi fotel.
  Milczałam i nawet nie obejrzałam się w stronę Jamie'go i tej pustej laski. Powinnam mieć to w dupie, ale niestety... nie umiałam.
  W biurowcu, w podziemiach dopiero uświadomiłam sobie co tak naprawdę wyprawiam. Bawię się w coś i pakuję w coś, nie mając o tym pojęcia... Bronx siedzi w tym długo, umie strzelać i takie tam... ja jestem zwyczajna... na razie tyle o sobie wiem. Próbowałam usunąć sobie pamięć o tym co mnie spotkało z Wesleyem ale nawet czarownica nie dała rady. Nikt nie dawał, co świadczyło o tym, że mam w genach coś... coś dziwnego...
  Gdy dostałam telefon od Harrego, który po zlokalizowaniu Wesleya śledził go, byśmy mieli pewność kiedyt przyjdzie... spanikowałam. Straciłam głowę. Bałam się, wszystko wróciło, nie panowałam nad sobą. Bronx parę razy prawie oberwał z niektórych strzałów, Fill ze sztyletów... w końcu zjawił się Chris, na widok którego ogarnęła mnie większa wściekłość.
  Bo n i e m a tu tego kogo ja potrzebuję.
  Nie Finnicka, nie Christopha, Filla, Bronxa, Harrego, Dennis...
  Nie ich potrzebowałam.
   Jednak zaraz... dopiero po chwili, gdy Chris mamrotał przez falę paniki i przerażenia w mojej głowie zapaliła się lampka.
  Nie mogłam panikować ze względu na N I E G O. Dawałam fatalny przykład, oni we mnie widzieli kogoś, kogo nikt nigdy nie widział.
  Otrząsnęłam się powoli, wzięłam się w garść i gdy dowiedziałam się, gdzie łowcy mają się zebrać na jakiejś konferencji musiałam zareagować ale przemyśleć to z głową. Było ich wielu, dziś przed zachodem słońca miała odbyć się ta cała ''balanga'' organizacji od Dantego. Wszyscy tam byli, ci ważniejsi czy też nie. Jednak nie damy im rady i musiałam sięgnąć po pomoc do organizacji przeciwnej... tej, z którą najmniej chciałabym mieć do czynienia ze względu na znajome twarze.
  Nie ma z nimi kontaktu ot tak sobie, jeśli dowiedzą się o małej organizacji działającej w niewiadomym celu pobocznie, wtedy się ujawnią. Nie znałam ich systemu ale ja byłam tego pewna.
  Wyszarpałam się z dotyku Chrisa i nakazałam wszystkich wchodzić do samochodu. Zdziwili się, jednak nie pytali. Zajęli miejsca a ja mogłam wymyślić w drodze coś, co mnie doprowadzi do tej organizacji, do jednej i drugiej.
  Bez problemu znalazłam Jassa, który bawił się świetnie na jednej z imprez obmacując wysoką blondynkę. Ciekawe, czy Jamie też się tak świetnie bawi jak Jason...
  Palnęłam się w łeb i ruszyłam w stronę Jasona wyrywając go z tłumu. Obok mnie stał Bronx, reszta była rozstawiona w niewielkiej odległości ode mnie zapewniając mi ochronę z racji tego, że jestem tylko człowiekiem a wielka grupa profesjonalistów jest w mieście. Musiałam dokonać zemsty na Wesie i nie odpuściłam, nie mogłam.
-Lucy?! - wypalił nagle.
  Chwyciłam go mocno za kark i wyprowadziłam na tył budynku. Oczywiście, nie dotknął go ani trochę mój ''słaby ludzki'' uścisk ale wbijanie paznokci zawsze podziała, nawet się nie starając.
  Spojrzał na mnie otępiały, lekko upity. Nie wiedziałam, czy powoli się do mnie nieświadomie przystawia, jedyne co chciałam to dowiedzieć się o jego organizacji.
-Mam sprawę... służbową.
  Parsknął.
  Za moimi plecami pojawił się brodaty, wysoki, wytatuowany Bronx z bronią w ręku. Jednak kiwnęłam w jego stronę, że Jason nie jest zagrożeniem, tylko pijanym kolesiem.
-Jakiej służbowej?!
-Mam informacje gdzie odbędzie się spotkanie organizacji Dantego, dokładny czas i miejsce. Mogę wkraść się do monitoringu albo po prostu zhakować ich system... muszę tam być a wiem, że wy też byście chcieli...
-Co ja do tego mam, co? Poza tym, nie baw się w te rzeczy... - wymamrotał.
-Nie twój, ani nikogo zakichany interes w co się bawie. - warknęłam. - Jak mogę się skontaktować z nimi?
-Musiałabyś albo zranić kogoś z nas, ale wtedy to raczej marne szanse na wyjście z tego cało... Michael na pewno by nie...
  I w tym momencie przypomniałam sobie pierwszą styczność z nimi wszystkimi.
  Michael i jego grupka...
  Już wiedziałam gdzie i kogo szukać.

  Na następny dzień spotkałam się z Michaelem, oczywiście to było nie lada wyzwaniem, jednak... po dłuższych podjętych próbach szukania odnalazłam go.
-Nie mogę umówić jakiejś małolaty z dowództwem, żartujesz sobie.
-Nie żartuję. - odparłam z uśmiechem.
-Niby czemu miałbym pójść na to tak bez problemu?
-Mam informację, dobrą grupę, przechwycone bronie z trzech transportów tirowych z organizacji od Dantego.
  Zamyślił się głęboko.
-Jakie informacje?
  Wyjęłam swojego laptopa z torby i położyłam przed twarzą Michaela. Włączyłam program i zaczęłam hakować, pokazałam mu pliki ojca, dokumenty firmy, które wiadomo, potrzebował do przewozu. Gdzie są drzwi tylne, wejściowe, główne, boczne, gdzie mają bronie i gdzie jest wjazd do magazynu. Zaskoczyłam go, jednak zaraz spoważniał.
-Jutro zapraszam tutaj w to samo miejsce. Mówiłaś o jakiejś grupie, ja widze tu tylko 4 osoby...
-Nie zaryzykuję życia reszty. Poza tym, jeszcze jedno. Wiem gdzie są pojmane istoty, pracuję nad większą połową jednak widzę sens w tym...
-Jutro przedstawisz to na większym forum. - kiwnął mi.
  Widziałam w jego oczach zaskoczenie. Pewnie nie sądził, że przyjdę z takimi argumentami i nowymi rekrutami do ich oddziałów. Jednak nie oddam ich, to wiedziałam na pewno. Jeśli oczywiście będą chcieli tam wstąpić ja nie mogę im zabraniać.
 
  Weszliśmy następnego dnia tym samym składem. Przede mną szedł Harry a za mną Dennis i Fill.









  Czułam na sobie wzrok wszystkich zebranych. Dopiero po chwili zaczęła sie prawdziwa dyskusja. Moja grupa siedziała cicho, podobnie do mnie na razie nie zapytanej o nic.
-Skąd informacje o ich spotkaniu panno...? - zaczął jakis siwy facet.
-Collins - przytaknęłam, a wszyscy spojrzeli po sobie. - Wydobyłam informacje ze zhakowanego wcześniej systemu.
-Jesteś córką kierowcy transportu, którego chcieliśmy złapać od dawna, prawda?
-Owszem. Jednak zapewniam, że nie jest już zagrożeniem dla was jak i dla całej reszty. Przejmujemy broń z tirów które dostarczają je za granicę, przejęliśmy parę ładunków...
-Gdzie je trzymacie?
-W naszej sali treningowej w Seattle.
-Panno Collins... czego pani oczekuje od nas?
-Pomocy, współpracy, sukcesu przeprowadzonego planu.
-Doskonale. A więc ilu ich tam będzie?
-Około 25 osób. W tym córka przywódcy, jak mniemam. Potrzebuję od was naprawdę dużej ilości osób profesjonalnych, by cała akcja przebiegła pomyślnie.
-Jak widzisz przebieg akcji?
-Ja będę przynętą z racji tego, że będzie tam ktoś, kto porwał mnie całkiem niedawno.
  W tłumie siedzących zobaczyłam Asha, który dziwnie mi się przyglądał. Jakby nie mógł rozpoznać we mnie... samej siebie. Zmrużyłam oczy i odwróciłam wzrok.
-Kiedy mają to zebranie?
-Jutro przed zachodem słońca.
  Chwila ciszy, dziwne pomrukiwania nieznanych mi zebranych twarzy. Głównie zwracałam uwagę na siwego mężczyznę siedzącego na czele wszystkich i Michaela, który bacznie mi się przyglądał.
  Po kilkunastu minutach podjęli decyzję.
-Zgoda. Ale pod jednym warunkiem.
-Słucham.
-Przechwyconą broń dostaniemy my.
-Część broni.
-3/4.
-Niech będzie - kiwnęłam głową.
-I potrzebuję kogoś takiego, kto będzie hakował ich systemy. Umiesz wywoływać awarie...
-Potrafię nawet więcej.
-A więc przydzielę wybranych przeze mnie ludzi na jutro.
-Seattle, budynek Collinsa, boczna brama. - odparłam i wyszłam.
  Bronx cały w skowronkach cieszył się na zbliżającą się wojnę. Ja cieszyłam się, na spotkanie i zemstę na Wesie.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz