sobota, 10 września 2016

Od Lucy

  Obudziłam się w nocy, mój telefon świecił mi po oczach. Otworzyłam jedno oko w stronę komórki, jednak nie miałam ochoty ani nawet siły go sięgać. Wpatrywałam się w niego, po jaką cholerę nagle zaczął świecić się ekran. Dopiero po chwili doszło do mnie, że wibruje.











  Spróbowałam sięgnąć go ręką ale zamiast tego zrzuciłam butelkę z wodą, pod nią zdaje się był jakiś list. Najpierw sięgnęłam telefon, dzwonił Fill. Byłam zaskoczona, to on nie został zamknięty przez policję tak samo jak Finnick?
-Słucham? - wyszeptałam słabo, zachrypniętym głosem.
-Lu, dobrze cię słyszeć...
-Cz-czego... chc-esz...?
-Przysługi.
-C-co-o...?
-Nie wsyp mnie gdy policja zwinie cię na przesłuchania. Zwal winę na Finnicka. No zrozum, nie mogę przecież trafić do kicia za nic! No, prawie za nic...
-Ni-e wiem naw-wet skąd t-tam było to świ-ństwo, Fill... - wydukałam. Coraz ciężej było mi mówić.
-Dobra mała, ale możesz coś tam pokręcić, nie? No nieźle ci to idzie...
-N-nie. - odparłam stanowczo. - Nie b-biorę w ty-m udzi... udziału...
-Nie masz wyjścia. Albo to zrobisz albo z Finnickiem cię wkopiemy.
  Zmroziło mnie. Nie mogli przecież...
-To co? Mamy układ, nie? Do usłyszenia, zdrowiej tam. - zaśmiał się i rozłączył.
  Upuściłam telefon na pościel. Potem dopiero podniosłam list i wodę, której się napiłam gdy jedną wolną ręką otwierałam kopertę. Mogłam stwierdzić, że tak oficjalnie to tylko ojciec mógł mi coś wysłać czy dać. Nawet nie powinnam tego czytać, przecież go i tak tu nie ma. Nigdy go nie ma kiedy powinien się zjawić. Nawet, gdy umierałam z początku. On się nie zjawił.

    Droga Lucy

     Już dawno mogłem ci to powiedzieć, gdy już odkryłaś prawdę. Jednak bałem się, że nas odepchniesz. Mnie i matkę... no i Simona... Obiecałem, że nigdy tego Ci nie powiem, jednak... sama znasz prawdę, prawie. Anna nie jest twoją matką, a ja nie jestem twoim ojcem. Od kiedy nam cię podarowano byłaś dla nas oczkiem w głowie. Anna nie mogła mieć dzieci, dlatego jej siostra, która była twoją matką podarowała jej ciebie. Tak, była... Już nie żyje. Nie wiem ile się dowiedziałaś, jednak przepraszam, że mnie z Tobą nie ma. Mam sporo pracy, w biurze...

  Podarłam list i wrzuciłam do kosza. Nie ma to jak z rodzinnej tajemnicy która być może odmieni moje życie przejść do biznesów. Wiedziałam, że Anna nie jest moją matką, jednak to, że już nie żyje dotknęło mnie. Gdyby żyła chciałabym ją poznać bliżej...

   Rano poczułam, jak ktoś wyjmuje mi wenflon. Otworzyłam oczy i wtedy ktoś odszedł do stolika obok. Spojrzałam na rękę.
-Proszę przytrzymać przez chwilę. - poprosiła pielęgniarka miło się do mnie uśmiechając.
  Spojrzałam na miejsce po wenflonie, z początku nie wiedziałam czemu został wyjęty i co się dzieje.











-Wychodzi pani ze szpitala, jednak dopiero wieczorem. Lekarz powiedział, że można wyjąć wenflony.
  Liczba mnoga? To ile ich miałam?
-Niepokoją nas pani siniaki na ramionach i szyi, pojawiają się z dnia na dzień... z czymś takim się jeszcze nie spotkaliśmy...
  Tylko mogłam jej słuchać, bo byłam w jeszcze większym szoku niż poprzednio po przeczytaniu listu od ojca. Byłam wściekła, że nawet na chwilę nie raczył do mnie przyjść.
  Do środka wszedł lekarz. Zaprosił mnie na badania, dopiero po południu udało mi się namówić go, bym wyszła nieco wcześniej do domu. Mój stan go martwił, dlatego kazał mi przychodzić dwa razy w tygodniu by sprawdzać powstające siniaki i mój osłabiony stan. Nadal dla niego był nieco lepszy niż krytyczny, ale to nadal nienajlepszy stan organizmu by wyjść ze szpitala.
-Pani ojciec zaraz tu będzie. - dopowiedział na koniec.
  Westchnęłam.
  Po co? Jestem pełnoletnia, sama sobie wrócę do domu, co to za problem zadzwonić po taksówkę. Nie jestem jeszcze aż tak umierająca, że powinien przyjeżdżać po mnie ojciec czy matka.
  Gdy drzwi do gabinetu się otworzyły i wparował do środka ojciec z falą pytań czy na pewno mogę wrócić do domu westchnęłam i odwróciłam wzrok naciągając na siebie kurtkę.














-... wszystko w nie najlepszym porządku. Zawsze może się pogorszyć jej stan, może zasłabnąć, z powodu dużej utraty krwi. Jest tu nie za długo, więc można powiedzieć, że wypuszczam ją wbrew zasadom...
-Dzięki Garry. - mruknął ojciec i podali sobie ręce.
  No oczywiście! Musiał zaprowadzić mnie do lekarza-znajomego.
-Christoph się martwił o nią... - wspomniał lekarz.
  No pewnie. Dopiero teraz doszło do mnie, że to ojciec mojego kumpla. Który również dawno mnie nie odwiedzał. Jak się chwalił, nowa dziewczyna więc pewnie... dlatego. Znów zeszłam na dolny tor, rozumiem to, jednak nie powinnam iść w zupełną odstawkę. Bo kiedy mnie potrzebuje to zawsze przyleci w pierwszej kolejności do Collins, a potem jak sobie znajdzie laskę na tydzień to Collins idzie na samo dno w zapomnienie.
  Wsiadłam do samochodu i od razu zrobiło mi się słabiej po kilku krokach. Jednak nic nie powiedziałam ojcu, starałam się sprawiać normalne wrażenie. Podążyłam w stronę samochodu ojca, wiedziałam, że źle, że wychodzę... jednak dłużej bym tam nie wytrzymała...

  Na kolację ku mojemu zdziwieniu przyszli rodzice Roksany i w tym ona, jakby mało ciśnienie mi skakało na widok czy wspomnienie I C H razem czy nawet Jamie'go. Jednak milcząc zachowywałam swoje ciśnienie i stan zdrowia na poziomie takim jaki był jeszcze w szpitalu.
-... Roksana ostatnio opuszcza się w poziomie z nauką. - ciągnęła jej zadufana w sobie mamuśka. - Przez jej nowego chłopaka...
  Uśmiechnęła się dumnie, a ja wbiłam paznokcie w stół.
-No tak, ale wiesz... on jest super... no nie, Lucy? Znasz go przecież... Ale pewnie nie wiesz, że jesteśmy razem... - ciągnęła.
-Gratulacje. - przerwałam jej.











  Uśmiechnęła się z uniesioną głową, nie spuszczając ze mnie wzroku. Jakby chciała we mnie wzbudzić tę cholerną zazdrość. Byłam silna, nie mogłam sobie pozwolić na coś takiego. CO MNIE ONI OBCHODZĄ? Niech sobie są razem, jak im wygodnie...!
-Ach, Lucy - wtrącił ojciec Roksany. - jak po wyjściu ze szpitala?
  Jej ojciec chyba jedyny był normalny. Nie obnosił się z forsą ani z inteligencją jak jego żona, czego nie mogłam powiedzieć o ich córeczce. Wrodziła się w mamusię, była po prostu wredną suką.
-Na razie jestem na wyjściu ''warunkowym''. Jak się nie pogorszy to znaczy, że organizm robi postępy. - odparłam.
  Dopiero po chwili poczułam ból na plecach. Skrzywiłam się, mama zesztywniała widząc moją minę. Była już przewrażliwiona na moim punkcie. Nie dziwiłam jej się... mimo tego że nie była biologiczną matką zależało jej na mnie... zrozumiała swoje błędy.
-Przepraszam na chwilę. - wydukałam i weszłam do łazienki.
  Spojrzałam w lustro. Miałam wielki ślad po zadrapaniu.
-Co do cholery...? - szepnęłam.
  Zawołałam mamę, która w sekundy znalazła się przy mnie. Pokazałam jej to, a ona od razu kazała wracać do szpitala. Jednak udało mi się namówić ją na powrót dopiero jutro rano. Coś się działo, a ja nie wiedziałam dokładnie co...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz