Wsiadłam do taksówki i pojechałam do rodziców. Musiałam pokazać się mamie po tym wszystkim co ich spotkało przeze mnie i Gabi. Ona pewnie nie może na razie się z nimi widywać, więc co dopiero ja - jestem nieobliczalna w każdy momencie.
Zapukałam, ale nikt nie otwierał. Wygrzebałam klucze z kieszeni. Włożyłam do zamka, ale nie był to dobry klucz. Zmienili zamki? Ale czemu?
Po chwili otworzyła mi mama, zbladła na mój widok ale nawet nie chciała wpuścić mnie do środka. Ściągnęłam brwi i wpatrywałam się w nią.
-Czego chcesz? - spytała.
-Mamo... chciałam... was odwiedzić...
-Po tym wszystkim masz czelność przychodzić tu?
-Ale to... to był mój dom... nasz...
Nie spodziewałam się takiego odrzucenia.
-Nie chcę mieć problemów z ojcem i Gabi...
-Jakich problemów i co ma do tego Gabi?
-Ty wybrałaś złą drogę. Wiedzieliśmy, że kiedyś to nastąpi ale miałam nadzieję, że nie wybierzesz zła... ale wybrałaś.
-Wiedziałaś o tym?
-Oczywiście. - parsknęła. - Miałam wychowywać potomka jednego z aniołów, miałam o tym nie wiedzieć?
-Aha. Czyli o to chodzi, tak? Że ona jest wyjątkowa a ja jakimś pomiotem piekielnym?
-Muszę być teraz oschła. Nie mogę pozwolić byś zbliżała się do Gabi.
-Co? Przecież widujemy się...
-Już nie będziecie się widywać. Przykro mi Emilie ale nie możesz tu już przychodzić.
-Słucham?! Czekaj... - zamknęła mi drzwi przed nosem a ja osunęłam się po drzwiach i zakryłam twarz dłońmi.
Oddychałam głęboko i próbowałam zrozumieć co się właśnie stało. Oddech mi przyśpieszał, czułam znajome pieczenie pentagramu, jednak próbowałam to powstrzymać. Nie umiałam. Nie byłam na tyle silna i nie miałam o tym pojęcia. Zawsze Damon uczył mnie jak mam to wzniecać, jak ogień który potem nie może zgasnąć.
Wbiłam sobie paznokcie w skórę głowi, palce zaplotłam we włosy i po chwili to minęło, ale wiedziałam, że zaraz nastąpi ''atak''. Gwałtowny, bolesny dla mnie wewnętrznie. Gdy to ignoruję, robią mi się rany na ciele, jakby zadrapania, jakby demony wezwane przez samego Lucyfera próbowały mnie osobiście okaleczać.
I tak się stało. Znałam siebie dość dobrze by wiedzieć co właśnie się stanie. Ruszyłam przed siebie szukając czegoś, a raczej kogoś do zaspokojenia mojego pragnienia. Do uspokojenia mojej mrocznej duszy i cząstki Lucyfera we mnie. Pragnęła śmieci, pragnęła kolejnej duszy by Lucyfer odzyskiwał siły i był na tyle mocny, by wrócić na swój tron.
A ja wiedziałam, że robię źle. Tylko nie myślałam jak ja, tylko jak głodna cząstka Lucyfera.
Coś podpowiadało mi imię mojej siostry, wtedy Lucyfer byłby aż za silny, gdyby dostał jej duszę. Ale powstrzymałam się na tyle by nie myśleć o siostrze, zmieniłam się na inny cel i ruszyłam dalej po mieście szukając kogokolwiek do zaspokojenia bólu i głodu. Czułam jak jeden z demonów sunie mi pazurem po plecach, skrzywiłam się lekko ale nic na to nie mogłam poradzić. Zasłonięcie miejsca ręką nawet nie pomoże przed raną.
Dostawałam szału, gdy w pobliżu nie było wystarczającej duszy do zaspokojenia Lucyfera. Musiałam wybierać, nie mogłam zabić kogokolwiek, bo to nie zaspokoi mnie i diabła. W końcu wyczułam dziewczynę, szczęście aż od niej kipiało, leciała zadowolona gdzieś.
Dusza osoby, z której mogę wyssać to całe szczęście... i zostaje tylko strach i przerażenie... i ból... żadna dusza nie zaspokaja bardziej od właśnie takiej. Przynajmniej ja tak mam, a Lucyfer będzie zaspokojony.
Podeszłam do niej i zaciągnęłam ją między budynki, wyssałam z niej szczęście, wszystko co dobre, całą jej duszę, a ona upadła na ziemię lodowata, blada, że prawie sina. Trzęsła się i jej oczy ukazywały nic innego jak pustkę.
Zaraz po tym zdarzeniu ciemna siła wyszła ze mnie a ja spanikowana ujrzałam dziewczynę i właśnie doszło do mnie co ja najlepszego zrobiłam.
Zadzwoniłam do szpitala i gdy słyszałam dźwięk karetki zniknęłam z miejsca zdarzenia i starałam się gdzies uspokoić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz