sobota, 16 kwietnia 2016

Od Jansen'a

Po kilku dniach życie w piekle zaczęło mnie nudzić, było to dla mnie jak zamknięcie się w celi
przed samym sobą. Pierwsze dni były znośne, rozglądałem się po okolicy i przyglądałem się
panującym tu procedurą ale po tych parunastu dniach wyszedłem zaczerpnąć świeżego powietrza.
Poszedłem do baru, piłem, piłem i piłem. Dlaczego piłem ? Aby zapomnieć. O czym zapomnieć ?
Aby zapomnieć ,że się wstydzę. Czego się wstydzę ? Wstydzę się, że pije.
Nie widziałem innego wyjścia jak bawić się ile tylko się da aż znajdzie się jakiś sposób.
Śpiewałem na scenie, oczywiście mój wokal po parunastu kielichasz był tak zły ,że ochroniarz
szarpał się ze mną abym zszedł ze sceny. W trakcje szarpaniny, popchnąłem go a ten spadł,
napiłem się piwa które trzymałem w ręce i grzecznie zszedłem. I znów piłem.
Nagle gdy sięgałem po kolejnego kieliszka ktoś zakrył mi go dłonią, drobną, bladą.
W pierwszej chwili pomyślałem ,że to Emilie, ale gdy spojrzałem sie na twarz dziewczyny zawiodłem się była to blondyna którą kiedyś uratowałem przed napastliwym chłopakiem, pamiętam to, rzuciłem się na niego i tłukłem go jak psa, czułem przyjemność z każdego ciosu, omal go nie zabiłem, nie tak miało być.
Dziewczyna pokiwała głową nic nie mówiąc.

Obudziłem się w jednej z sypialni nad barem, przed zamglonymi oczami zauważyłem sylwetkę
kobiety, blond włosy, koszula w kratkę. Usiłowałem złapać ostrość.
-Pij twardzielu - powiedziała podając mi wodę
Odsunąłem ją delikatnie ręką i przekręciłem się na plecy.
-Nie trzeba
-To twój pogrzeb.
Spojrzałem sie na nią i uśmiechnąłem.
-Co - spytała
-Wyjedzmy gdzieś
-Jesteśmy gdzieś
Usiadłem i oparłem się o ścianę nad głowa.
-Nie. Gdzieś indziej.
-Kochanie, ledwo się znamy. No i jesteś pijany.
-No tak ale broniłem twojego honoru, co nie ?
-Też tak myślałam. - spuściła wzrok i myślami wracała do tamtego wydarzenia, po chwili znów się na mnie spojrzała - Gdy mu przywaliłeś pomyślałam że nikt nie zrobił dla mnie czegoś takiego.... Ale ty
nie przestawałeś bić i wtedy zrozumiałam ,że mój honor nie ma tu nic do rzeczy.
-Tyle wniosków z bójki ? Dobra jesteś
-Była kelnerką w zajeździe. Poznawałam i złych i dobrych kolesi. Może przez chwilę myślałam ,że
jesteś dobry ale udajesz złego. Nieważne. Może jesteś.. - nieznacznie się odwróciła
-Typem który zalicza każdą małomiasteczkową szmatę na swojej drodze ?
Lekki uśmiech towarzyszący jej podczas całej rozmowy właśnie zszedł z jej twarzy.
-Naprawdę znasz się na ludziach bo ten opis pasuje do mnie jak ulał.
Odwróciła sie zrobiła dwa kroki do przodu i znów stanęła przy moim łóżku, lekko uśmiechnięta.
-Widzisz ? Jestem tak porąbana ,że wyjdę i będę myśleć, że na to zasłużyłam. - czułem łzy i gorzki
żal w jej głosie.
Patrzyłem jak wychodzi. A gdy trzepnęła drzwiami nie miałem już tyłeczka na który mógłbym
się patrzeć.

Wieczorem jechałem impalą, po prostu przed siebie, padał deszcz. Jechałem nie patrząc się na nic,
prócz tego co jest przede mną, minę miałem jedną z tego typu ,,jechać, załatwić kolesia i po sprawie"
Nagle zadzwonił mi telefon. ,,Dzwoni Sam ODBIERZ-ROZŁĄCZ" westchnąłem i odebrałem.
-Masz otwarty rachunek w barze. Pij śmiało. - powiedziałem
-Może tak zrobię - usłyszałem obcy głos w telefonie, wcale nie był to ktoś przyjemny.
-Kto mówi ?
-Ja ? Z tej strony karma, bracie.
-Masz telefon mojego brata ?
-Mam telefon twojego brata.
Po chwili ciszy spytałem.
-Nie żye ?
-Jeszcze nie. Jeśli pojawisz się, gdzie ci każę nic mu się nie stanie.
-Skąd mam wiedzieć ,że nadal żyje ?
Przez chwilę w telefonie panowała cisza po czym usłyszałem ciche ,,mów" ale za tym słowem
znów była cisza, nagle usłyszałem uderzenie i sapnięcie Sama.
-Dowód życia - powiedział a między słowami usłyszałem jak Sam mówi moje imię. - masz długopis?
-Posłuchaj mnie. Nie będzie żadnych targów ani spotkań. Ale gwarantuje ci, że po drodze
znajdę cię i zabije.
Koleś lekko się zaśmiał
-Słaba pociacha dla twojego martwego brata
-Mówiłem żeby mnie zostawił. W cokolwiek się wpakował, to jego problem.
-Przekażę mu, podrzynając mu gardło. - koleś był non stop pewny w głosie
-Zrób to, bo zna mnie i wie, że można o mnie powiedzieć jedno. Jestem słownym człowiekiem.
Rozłączyłem się i odłożyłem telefon.

Następy dzień, znów byłem w klubie, tym razem z laseczkami tańczącymi na róże. Stałem przy jednej i podziwiałem jej wdzięki, w tle leciała nawet przyjemna muzyka. Położyłem kasę pod jej nogami. Ona spojrzała się na nią.
-Śmiało podnieś to.
Zaśmiała się i parsknęła.
-Skończyliśmy.
-Hey, hey, hey - złapałem ją za kolano gdy chciała odejść
Nagle jakiś koleś złapał mnie za ramię i odwrócił.
-Nie dotykaj jej - powiedział
Nie zastanawiając się długo zarypałem mu z bańki, walnąłem nim o stół bilardowy obok i uderzyłem
w mordę, po kolejnym uderzeniu upadł dryblas na ziemię. Gdy chciał wstać, kopnąłem go w brodę, aż głowa ciężko opadłą mu na posadzkę. Rzuciłem sie na niego z pięściami, jeden gong, drugi i trzeci. Odsunąłem się trochę by spojrzeć na niego zadowolony. Gdy odchodziłem jeszcze raz go kopnąłem.Poprawiłem koszulę i wziąłem swoj kieliszek leżący obok na scenie , na któej tańczyła dziewczyna,zabrałem jeszcze swoje pieniądze których nie podniosła i wyszedłem.
Na zewnątrz potrącił mnie jakiś dzieciak i reszta kego koleżków się z tego śmiała.
-Spadaj dziadek.
Już myślałem co z nim zrobić gdy za sobą usłyszałem głos Crowley'a
-Dzieci co nie ? W moich czasach szanowało się dorosłych. Oczywiście, wtedy każdy po 30
był antykiem. Teraz 40'latki mieszkają wciąż z mamusiami. Przesiadują na sympatia.pl i robią
zdjęcia swojego jedzenia.
-Czego chcesz Crowley ?
-Pogadać. Musimy porozmawiać o twoich problemach radzenia sobie ze złością.
Poszliśmy do baru...

-Dla mnie 2 mocne a dla kolegi coś wyczesanego z najmniejszą parasolką jaką macie.
Pokazałem palcami jak małą, uśmiechnąłem się, spojrzałem na Crowley'a a on na mnie i odwróciliśmy 
wzrok za siebie.
-Jak się masz - spytał - na skraju, stłumiony, nie spełniony ?
-Brzmisz jak reklama viagry. - powiedziałem
-Tu nie chodzi o.... Biednego Deana. Tu chodzi o to coś, to cię zmienia.
Przybliżyłem się do niego, spojrzałem w oczy, i pokiwałem głową z nieznacznym uśmiechem
-Zauważyłem - zmieniłem oczy na czarne
-I wiem ,że chciałbyś żeby ta impreza trwała. Chcesz mieć ubaw, ubaw , ubaw, aż dasz radę to
z siebie wyrzucić.
Pokiwałem głową udając zamyślonego
-Ale tak na prawdę.... To potrzebujesz kogoś teraz zabić. Nie chodzi o to czy chcesz. Nie chodzi
o to czy tak zdecydujesz. Potrzebujesz tego.
Spowrotem zmieniłem oczy na swoje i akurat przyszło zamówienie.
-Wasze drinki  - zamówienie podał nam koleś w białej, srokatej koszuli.
Wypiłem pierwszego. Crowley dostał drinka pełnego parasolek.
-Danke - powiedział z udawanym uśmiechem. Spojrzał się na mnie- Pogódź się z tym, kochany. Jesteś uzależniony, a śmierć jest twoim narkotykiem i spędzisz resztę swojego życia w pogoni za tym.
-Więc ?
Więc... Jestem tutaj aby ci to ułatwić.
-Chcesz, żebym kogoś zabił dla ciebie.
-Chce ,żebyś kogoś zabił dla nas. Spójrz... i tak się w końcu załamiesz. Złość, żądza krwi będzie się
w tobie zbierać.Tak długo ,aż w końcu tego nie wytrzymasz. A wtedy - wzruszył dłońmi, nie całymi ramionami tylko dłońmi. - Więc, pytam, chcesz się wyładować na cywilu czy na kimś kogo to czeka?
-Na przykład
Wyjął z kurtki telefon i podsunął mi go, było na nim zdjęcie niebrzydkiej kobiety, blondynki.
-Mindy Morris. Troszcząca się matka, kochająca żona. Zdradliwa ladacznica. Po tym jak jej mąż Lester odkrył jej miłosny romans, doszło do bardzo nie przyjemnej wymiany zdań. Koniec końców Mindy zażądała rozwodu... i 50 % majaku. Ale Lester..
-Lester wolał oddać swoją duszę, bardziej aniżeli połowę swoich śmieci.
-Żyjemy w bardzo materialnym świecie. Tak czy inaczej Mindy jest trupem. Więc dlaczego nie weźmiesz tej roboty. Nakarm bestię.
Westchnąłem, sięgnąłem po kieliszek i sie zgodziłem. Problem w tym ,że Mindy mieszka na tej samej
ulicy co bliźniaczki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz