środa, 20 kwietnia 2016

Od Emilie

  Gdy jechałam na sprawę w sądzie za rzekomy handel narkotykami wszędzie byli dziennikarze. Moja matka spadnie na dno, nie zarobi nawet grosza w żadnym serialu ani filmie. Pewnie wokół domu już krąży paparazzi a matka mnie znienawidziła. Wokół sądu paparazzi podbiegło do mnie i robili mi zdjęcia, zadawali pytania. Adwokat odpowiedział, że wszelkie pytania udzielę po sprawie sądowej.

-Nie handlowałam żadnymi narkotykami. - odparłam stanowczo.
-A jednak w pani torbie znalazła się spora ilość narkotyków, co wyglądało jakby pani nimi handlowała. - odparł wysoki sąd.
-Torba była... - nie mogłam wrobić zaginionej zresztą siostry w handel, narobię jej kłopotów. - to była moja torba...
-To w końcu jak to jest?
  Westchnęłam.
  Dwóch paparazzi robiło zdjęcia, ktoś ich widocznie wpuścił. Już było mi wszystko jedno. Jeden kręcił moje wypowiedzi a drugi robił zdjęcia.
  Nie mogłam wydusić z siebie ani słowa.
-Wiemy, że ma pani siostrę bliźniaczkę ale Gabriela wyjechała... Czy to przypadek? Mogła podłożyć pani narkotyki i wyjechać. Policja już ją ściga...
  Serce mi się poruszyło. Przegryzłam wargę.
-To... ehm... to... - spuściłam wzrok.
-To w końcu przyznaje się pani do winy?
  Przegryzłam wargę aż do krwi.
-Tak... to moja torba... i to ja handlowałam narkotykami...
  Sala ucichła, a paparazzi zwiększyło swoją aktywność fleszy, cykania i kręcenia z wielkim podnieceniem, na pewno jeszcze dziś wszystko będzie na każdej stronie internetowej i każdym kanale tv. Moja matka się na mnie wypnie, zniszczyłam jej dobre imię... nasze... dobre imię...
-Emilie Bennu Clarke zostaje skazana na prace społeczne w pobliskim szpitalu...
-Dlaczego wyrok jest tak łagodny? - usłyszałam po rozprawie od dziennikarzy.
-Ponieważ przyznała się do tego.
-Ale na początku kłamała, wyrok powinien być ostrzejszy...
-Koniec wywiadów. - poprosiłam ze łzami w oczach mojego adwokata.

  Wsadzili mnie do samochodu adwokata i odjechaliśmy do więzienia po moje ubrania. Wyszłam z więzienia i wróciłam do domu z ciężkim sercem. Mama patrzyła w okno w kuchni nie odwracając się do mnie, miałam wrażenie, że nie oddycha i zmieniła się w zimny sopel lodu.
  Odstawiłam na ziemię torbę. Po tym wszystkim co ja powiedziałam rodzicom... teraz za tą całą cholerną sytuacje z narkotykami... a przysięgam, że to była moja torba, Gabi, fakt, ma taką samą... ale chyba ich nie pomyliłam... gdy przysnęłam w lesie ktoś mógł mi to podłożyć... Boże... sama nie wiem co się stało.
  Byłam w rozsypce, moja psychika się załamała, ratunkiem było wsparcie mamy... Stefana... chociaż ze Stefanem dawno się nie słyszałam. Podążyłam w stronę mamy, tępo się w nią wpatrując. Stanęłam naprzeciwko niej, chcąc się chociaż do niej przytulić. Nie mogę prosić o pomoc, nie mogę prosić o wybaczenie. A ona nie może usłyszeć słowa przepraszam od swojej, jak na razie, jedynej obecnej córki.
-Mamo... - szepnęłam, a raczej starałam się wydusić z siebie słowo.
  Moje usta poruszały się jedynie, ale nikt nie mógłby usłyszeć co powiedziałam. Nikt mnie nie słyszał. I nikt nie usłyszy.
  Mama odwróciła się od okna. Była ubrana w swoje ciemno granatowe zgrabne jeansy i luźną białą koszulkę z czarnym koniem. Tą, którą dostała ode mnie i Gabi dwa lata temu. Nie miała łez w oczach, widziałam tylko miłość. Podeszła do mnie i przytuliła mnie bez słowa, a ja w szoku objęłam ją.
-Mamo... - znów nie mogłam wypowiedzieć żadnego słowa, tylko moje usta poruszały się bezgłośnie.
-Córeczko... będzie dobrze...
-Ja tego nie zrobiłam... - wreszcie wypowiedziałam, bardzo cicho ostatnie słowa jakie chciałam wypowiedzieć.
-Wiem kochanie, wiem to. Wierzę ci... - pogłaskała mnie po głowie.
  Spłynęła mi jedna łza po policzku.
-Od jutra zaczynasz pracę w szpitalu... pamiętaj, że nic się nie zmieniło, dalej cię kochamy z tatą...
  Odsunęłam się od mamy i odwróciłam się. Ruszyłam do przed pokoju i założyłam czarną bluzę na siebie. Złapałam za klamkę.
-Gdzie idziesz? Skarbie? - mama spojrzała na mnie.
  Milczałam. Patrzyłam na nią, widziałam pustkę w moich oczach. Smutek, żałość i złość na siebie. Na cały świat.
  Założyłam kaptur na głowę i podążyłam przez ulewę kilka domy dalej do Stefana. Zapukałam do jego drzwi. Nie chciałam z nim rozmawiać, ale wszyscy znajomi się ode mnie odwrócili. Nikt nie chce rozmawiać z dilerem. Wszyscy będą mówić za moimi plecami.
  Na wycieraczce zobaczyłam zamoczoną gazetę a na nagłówku byłam ja. Przemoczona spojrzałam na ciągle nie otwierające się drzwi i miałam się już odwrócić.
  Jednak uchyliły się.
-Emilie? - usłyszałam głos Stefana.
  Spojrzałam się na niego bez żadnego wyrazu na twarzy.
-Słuchaj... nie mogę teraz...
  Odwróciłam się i odeszłam.
  On też.
  Brakuje mi kogoś kto mnie zrozumie. Ale wszyscy odeszli.
  Wszyscy się odwrócili.

  Minęło kilka dni, a paparazzi łaziło za mną krok w krok. W szpitalu miałam od nich spokój, tam spotykałam się z wieloma tragicznymi sytuacjami jak i szczęśliwymi. Jednak moje życie straciło sens, zniszczyłam sobie swoje ja. Moja mama odzywa się do mnie, ale ja nie odpowiadam. Nikomu.
  W szpitalu jestem bardzo rozchwytywana, o, córka Angeliny, spójrzcie. Tak mówią, na okrągło.
  Wpadło na mnie jakieś małe ośmioletnie dziecko. Chłopiec spojrzał na mnie ze łzami w oczach. Kucnęłam przy nim.
-Zgubiłem mamę... i Isia.
-Kto to Iś? - odezwałam się zachrypniętym głosem.
-To mój pluszak... taki piesek...
-A gdzie twoja mama?
-Lekarze nic mi nie mówią, unikają mnie i odpowiedzi... a ja tęsknię...
-A gdzie twój tata?
-Tata w pracy... Dużo pracuje...
-Zaprowadzę cię do pielęgniarki.
  Oddałam go w jej ręce, jednak chłopiec uparł się by spędzić czas ze mną. Jednak pielęgniarka nie dopuściła do tego, bo znała mnie z telewizji i gazet. Znów zatopiłam się w milczeniu. Na zawsze. Do nikogo nie mogłam się już odzywać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz