sobota, 23 kwietnia 2016

Od Emilie

  Weszłam do wynajętego pokoju w hotelu w centrum miasta. Nie chciałam nic specjalnie drogiego, ale wyszło tak, że wzięłam jeden z najdroższych. Moje fundusze nie miały końca, dzięki temu że potrafiłam oszczędzać... no i rodzice od piątego roku życia wkładali na konto tyle pieniędzy.
  Walnęłam torbę na bok i wyłączyłam telefon. Rodzice się dobijali. Ale musiałam to zrobić. Mimo tego, że wyrządziłam im krzywdę wraz z Gabi. Tak nasze życie się potoczyło, a ja nie mam zamiaru się nad nim użalać.
  Walnęłam się na łóżko i wzięłam w ręce książkę z biblioteczki. Usłyszałam kroki, wyczułam czyjąś obecność. Nie miałam chyba na razie żadnych rozwiniętych umiejętności, ale nawet człowiek czuje, że nie jest w pomieszczeniu sam.
  Z ciemnego przedpokoju wyłonił się Jansen. Odłożyłam książkę i wpatrywałam się w niego z uśmiechem.
-No, czekałam aż przyjdziesz.
-I dlatego uciekłaś?
-Im mniej będziesz wiedział tym lepiej. - westchnęłam.
-Może jednak powiesz mi, co się dzieje, hm?
-Nie chcesz odpuścić... lubię jak facet jest uparty. - zażartowałam.
-Później pożartujemy...
  Usiadł obok mnie na łóżku a ja leżałam w takiej samej pozycji, bez słowa wpatrując się w niego z uśmiechem.
-Oh, daj spokój...
-Nie, nie dam.
  Podniosłam się i siedziałam teraz po turecku. Spojrzałam mu w oczy, a potem na jego usta. Przegryzłam wargę i uśmiechnęłam się lekko.
-Tak trzymaj. - szepnęłam i wstałam.
  Podeszłam do stolika gdzie leżał mój czarny plecak. Wyciągnęłam z niego ciuchy jak gdyby Jansena tu w ogóle nie było. Usłyszałam jak wstaje.
-Kurwa!
-Też kobieta. Tylko krocze robocze. - zażartowałam znowu.
  Też zaśmiał się pod nosem.
-Powiedz mi, co jest.
  Odwróciłam się do niego.
  Podeszłam do niego, złapałam za koszulkę i spojrzałam w oczy.
-Działam dla Lucyfera. - szepnęłam i puściłam go.
-Co? Żartujesz sobie?
-Nie, mówię serio. Ale zapewniał, że dobrze robię...
-Od kiedy?
-Co od kiedy?
-Od kiedy działasz dla niego.
-Od miesiąca, może dwóch.
-Dokładniej.
-Załóżmy, że półtora miesiąca.
-Co Ci uderzyło do głowy, by zgadzać się na sojusz z Lucyferem?
  Wzruszyłam ramionami.
-To chyba moja sprawa, co?
-Dobra, trzeba coś z tym zrobić.
-Nie! - zatrzymałam go. - Mam czas na wybranie stron...
-Ani aniołowie ani demony nie pozwolą ci wybrać. Od razu cię zabiją, albo zamkną gdzieś.
-Moja siostra będzie z nimi rozmawiać...
-I tak pewnie wiedzą. Musisz stąd wyjechać.
-Nie ma opcji.
   Nagle straciłam przytomność.

  Obudziłam się w samochodzie. Zdezorientowana spojrzałam na Jansena. Byłam zła.
-Nie bądź taka. - mruknął żartobliwie.
-To nie czas na żarciki. - syknęłam przez zęby.
-Ale się słodko złościsz. - zaśmiał się.
  Spojrzałam na drogę.
-Gdzie jesteśmy?
-Dalej w Seattle. Jedziemy do twojej siostry.
-Co?! Zawracaj!
-Nie. Skoro rozmawiała z aniołami powinna wiedzieć co i jak. A założe się, że wie więcej na ten temat niż ty.
-Świnia.
-Dzięki. - mrugnął do mnie.
 
  Na miejscu siostra uspokoiła Eryka, by nie atakował ani mnie ani Jansena. Choć podejrzewam, że sam wahałby się przez zaatakowaniem Jansena.
-Więc... aniołowie wiedzą... jednak postanowili dać ci miesiąc...
-Miesiąc na to by podjęła decyzję gdzie chce przystąpić?
-Tak. - przytaknęła Gabi. - Jednak... Emilie... - położyła swoją dłoń na mojej. - Oni nie będą czekać dłużej,  za równo miesiąc przyjdą i będą żądać odpowiedzi. Lucyfer to samo. Jednak... możesz wybrać człowieczeństwo...
-Żartujesz? - parsknęłam.
-Robisz źle...
-Nie wtrącaj się. - powiedziałam głosem Lucyfera.
  Sama się wystraszyłam, Jansen spojrzał na mnie jakby coś go mocno uderzyło w twarz.
-Przerwiemy to. - zapewnił Jansen. - Ale macie jakieś pomysły jak to zrobić?
-Nie chcemy się w to mieszać. - odparł Eryk.
-Przestań! Pomożemy... - powiedziała Gabi.
-Nie. Mamy czekać wraz z Aniołami. Sama podejmie decyzję. A jeśli ktoś chce jej pomagać, to napewno nie my.
-Ale...
-Koniec dyskusji.
  Patrzyłam na nich, milczałam wraz z Jansenem słuchając ich wymiany zdań.
  Nagle wstałam i spojrzałam na Jansena. Potem na swoją siostrę i jej stróża.
-Wychodzimy. - szepnęłam.
-Co? Czekaj... - zawołała za mną Gabi jednak nie słuchałam jej.
-Na razie trzymaj się ode mnie z daleka.

  Wsiadłam do samochodu Jansena i czekałam, aż również do niego wsiądzie. Gdy tak zrobił, spojrzał się na mnie oczekując... sama nie wiem czego. Jednak nawet nie potrafiłam na niego spojrzeć. Zacisnęłam zęby i odgarnęłam włosy za ucho. Pokręciłam głową.
-Co tak patrzysz? - spytałam.
-Chciałbym wiedzieć co teraz myślisz. Skoro wiesz, że robisz źle działając dla Lucyfera. Przez ciebie nie dość, że wszedł do tego świata to jeszcze może wyrządzić wiele szkód.
-Nie wycofam się. Nie teraz.
-Dlaczego ni... - przerwał, gdy przed samochodem pojawił się Damon.
  Przestraszona zesztywniałam, wpatrując się w niego. Był wściekły.
-Jedź. - poprosiłam.
-Kto to jest?
-Powiedziałam, jedź! - podniosłam głos a on ruszył prawie przejeżdżając Damona.
-Możesz mi w końcu wszystko powiedzieć? - spytał podirytowany.
-Nie oczekuję od ciebie pomocy. Bo nie da się z tym nic zrobić. - odparłam, wpatrując się cały czas w drogę. - To był posłaniec Lucyfera, jeden z jego zaufanych ''kumpli''. Miałam z nim... nawet nie wiem, czy mogę to nazwać romansem. Po prostu to trwało... tydzień... może więcej... a od czasu gdy od niego odeszłam pojawił się Lucyfer... i zaczął mnie przekonywać... Nie umiałam odmówić po dłuższych i częstrzych wizytach...
-Ktoś o tym wiedział?
-Nikt. Tylko ja.
-Czy on sprawia ci jakieś zagrożenie?
-Będzie chciał mnie zabrać do Lucyfera...
  Milczał, dodał gazu i jechał przed siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz